Zapiski z wygnania. Rozmowa z Sabiną Baral

„Zapiski z wygnania” to przede wszystkim opowieść o młodej dziewczynie, która wiele lat później opisuje, jak w jednej chwili zmieniło się całe jej życie. To opis dwóch podróży: rzeczywistej i wewnętrznej, opowieść o dojrzewaniu i poszukiwaniu własnej tożsamości. Mniej w niej polityki, więcej osobistych zmagań, historii, wyznań: na temat Polski i Wrocławia, tego, kim była i kim jest teraz; opowieść o miejscach i ludziach, miłości, zaufaniu, relacjach z rodzicami.
Sabina Baral pokazuje trudną drogę, którą przeszła – od momentu „wyjazdu” z Polski aż po przyjazd z rodzicami do USA, gdzie mieszka do dziś. Opisuje podróż przez miasta i kontynenty, spotkania z ludźmi, poznawanie ich – często tragicznych – losów. Nagle musiała stawać przed problemami, o których wcześniej nawet nie myślała, nie zdawała sobie być może z nich sprawy, żyjąc w Polsce.
W „Zapiskach…” ważne są relacje autorki z rodzicami, dla których konieczność wyjazdu z Polski była chyba trudniejsza niż dla młodej dziewczyny; musieli odnaleźć się, podobnie jak ona, w nowej rzeczywistości, ale na zawsze już mieli czuć się w niej trochę zagubieni. Musiała się nimi zaopiekować i pomóc zapuścić korzenie w nowym miejscu.
„Świat się rodzicom dramatycznie skurczył. Kiedyś w końcu nauczą się angielskiego na tyle, żeby się dogadać w sklepie lub w urzędzie, ale z gazetą, książką czy filmem, a szczególnie z żartami w rozmowie już zawsze będzie im trudno”.
Interesujący jest początek książki, w którym odnajdziemy opis młodości autorki we Wrocławiu, wspomnienia miasta i jego miejsc oraz ludzi. A później ten, mało powiedziane, trudny moment, w którym trzeba wszystko zostawić, sprzedać, rozdać – wtedy przedmioty i miejsca, może z pozoru nieistotne nabierają symbolicznego znaczenia, nie da się ich zabrać, trzeba o nich zapomnieć, podrzeć pamiętnik, aby nikt nie mógł już go przeczytać. Trzeba zapomnieć o Polsce, bo powrotu już nie ma.

Dorota Kozłowska: Czy wybaczyła pani Polsce Marzec?

Sabina Baral: Marzec zmienił moje życie na zawsze – to była krzywda. No cóż, to było dawno temu i już się z tym uporałam. Ale żeby odpowiedzieć ściśle: w kontekście faktu, że Polska o wybaczenie w żadnym sensie nigdy nie prosiła, mogę tylko odpowiedzieć „NIE”. Miałam taką nadzieję, wtedy, jako ta dziewczyna, która darła swój pamiętnik, miałam nadzieję, że kiedyś wszystko będzie wyglądało inaczej. I miałam też tę nadzieję po czterdziestu latach, myślałam, że faktyczne ktoś może przyjdzie do mnie z polskim paszportem i z prośbą o wybaczenie. To by, prawdę mówiąc, nic w moim życiu nie zmieniło, ale uznałabym, że sprawę zamknęliśmy i możemy iść dalej – każdy w swoją stronę. Uważałam, że moje dzieci czułyby się lepiej, miałyby poczucie, że ich mamę łączy z Polską więcej, niż fakt, że tam się urodziła. Piętno Zagłady istnieje, moje dzieci zdają sobie sprawę, że nie miałam babci ani dziadka, to jest część mojej historii. Wiedzą też, że potem nas wyrzucono (z Polski). Dobrze byłoby popatrzeć na to z perspektywy czasu i powiedzieć, że to faktycznie był tylko rząd – ale przecież wiem, że nie.

Wyobrażała sobie pani, jakby wyglądało życie, gdyby pani nie wyjechała?

Ja sobie nie wyobrażałam, ale mój tata tak. On mi mówił: „Ty byś pracowała w ‚Elwro’, wrocławskich zakładach produkujących urządzenia elektroniczne, i w pewnym momencie ktoś by sobie przypomniał, że jesteś Żydówką i wywaliliby cię”. Mój tata miał takie przepowiednie. Myślę, że wyszłabym za mąż za Jacka, klepalibyśmy trochę biedę, angażowalibyśmy się we wszystkie zakręty losu, które spotkały Polaków po naszym wyjeździe… A ja bym ciągle przerabiała ten temat. Ważne jest, by zauważyć, że ci, którzy zostali, nie zostali przecież jako Żydzi, ale raczej jako Polacy. Wielu chodziło ze spuszczoną głową – a ja sobie tego nie wyobrażałam, musiałabym nauczyć się pokory, ale dlaczego? Można mi powiedzieć różne rzeczy, że np. zrobiłam coś źle – będę pokorna, będę szukała rozwiązania. Ale to jest problem, którego ja nie stworzyłam – ja się po prostu urodziłam Żydówką. A po tragedii Zagłady, z szacunku dla tych, którzy oddali życie za tę prawdę urodzenia, poczuwałam się, i wtedy, i dzisiaj, w zdwojonym obowiązku, aby przeżywać moje życie właśnie jako Żydówka.

Jakie emocje towarzyszą pani powrotom do Wrocławia? Czy podąża pani szlakami dzieciństwa i młodości?

Rzadko przyjeżdżam tu. Piszę chyba o tym w książce. Na zlocie mojej klasy, w Ratuszu, cytowałam Miłosza:

”… W starości wybrałem się do miejsc,
po których błądziła moja wczesna młodość…
Przedzierałem się gąszczem tam, gdzie kiedyś był park,
ale nie znalazłem śladów alei…”

I faktycznie ten Wrocław nie jest już mój… Nikogo tu nie mam, nikogo nie znam, nikt mnie nie wita…. Moja młodość należy do tego miejsca i temu nie można zaprzeczyć, nie staram się też tego robić, nie da się przecież odrzucić przeszłości. Przyjeżdżałam do Wrocławia z każdym swoim dzieckiem osobno – pokazywałam im te stare zakamarki, wszystko, co było dla mnie ważne. Przecież stąd pochodzę.

W książce opisuje pani swoją podróż przez różne miejsca: miasta i kontynenty. Ale nie można pozbyć się wrażenia, że jest to też pani podróż wewnętrzna: ku dorosłości i chyba ku określeniu własnej tożsamości. Czy tak w istocie było?

Ciekawym momentem, i w książce, i w moim życiu, był czas spędzony w Rzymie. HIAS (Hebrew Immigrant Aid Society, Hebrajskie Stowarzyszenie Pomocy Imigrantom – przyp. red.), w którym wtedy pracowałam, zorganizował może rok temu uroczystą kolację w mojej okolicy; poproszono mnie o wygłoszenie przemówienia. Mówiłam wtedy między innymi o tym, że ja w tym Rzymie faktycznie dojrzałam. Zmieniłam się tam ze studentki w dorosłą, może nawet starą osobę. Z beztroskiej córki nagle stałam się odpowiedzialna za rodziców. Zrozumiałam wiele spraw, o których wcześniej nawet nie myślałam, bo nie dotyczyły mnie. Piszę o tym trochę w woalce – do tamtej pory moimi zmartwieniami były równania różniczkowe, a tam musiałam nauczyć się mówić delikatnie i z uwagą o kocie, bo dla kogoś ten kot był całą rodziną. Ma pani w pewnym sensie rację, nie dość, że dojrzewałam, to zyskiwałam jeszcze moc przynależności – po trochu, stopniowo, najpierw pozbywając się brzemienia, tego co wiązało się z wyjazdem – widoku moich rodziców, ich smutku związanego z wygnaniem.

Porusza pani w książce problem tożsamości, pisze pani, że: „(…) tożsamość jest kwestią wyboru. To, kim jestem i gdzie przynależę, zależy od punktu widzenia. Tylko ludzie i systemy, które praktykują ignorancję lub nienawiść, decydują o tożsamości innych i za tę tożsamość ich sądzą”. Jak wobec tego określa pani teraz swoją tożsamość?

Jestem Amerykanką, bez cienia wahania. Absolutna większość ludzi, która przyjechała do Ameryki, mówi o sobie, że są Amerykanami. Tożsamość to jest wielki dar od naszego jestestwa dla miejsca, i ja ten dar daję Ameryce, bez wahania.

A pani rodzice? Z nimi było chyba trochę inaczej, czy oni także mówili o sobie, że są Amerykanami?

Nie. Oni byli zagubieni. Nie tęsknili za Polską i nie czuli się jej częścią, ale nie czuli się też częścią Ameryki. To było ich wyzwanie – po wygnaniu już nigdzie nie należeli. Tęsknili za harmonijnym życiem, które rozumieli. Tęsknili za praktycznymi rzeczami, za tym, że w Polsce mama mogła dogadać się z rzeźnikiem. Ja mówiłam dobrze po angielsku, to ułatwiło moje lądowanie. Rodzice nigdy nie nauczyli się języka na tyle, żeby np. rozumieć lub opowiadać dowcipy po angielsku.

Ważną rolę w pani książce pełnią przedmioty. Podarła pani swój pamiętnik, kiedy okazało się, że nie można go wywieźć z Polski.

Nie chciałam, żeby ktoś go nawet dotykał. A jeśli chodzi o przedmioty, to ma pani rację, były i są ważne. Co mi zostało? Lutowany garnek i świeczniki…

Często podkreśla pani, że to, co stało się w konsekwencji wydarzeń Marca 1968, nie było wyjazdem, emigracją, ale wygnaniem.

Oczywiście. Emigracja jest z wyboru. Myśmy nie mieli wyboru.

Dlaczego napisała pani właśnie teraz, po tylu latach?

Ta przyszywana ciocia Ruta z Krakowa, o której wspominam w publikacji, strasznie mnie do tego namawiała. Uważała, że to ważne; że trzeba opowiedzieć, jak było, co się stało, co czuliśmy… Ruta ciągle mnie do tego pomysłu pchała, ale ja nie chciałam, byłam ciągle na nie… a potem umarła i nie było już się z kim sprzeczać. Ta książka to zadośćuczynienie jej prośbie, ale i moje rozliczenie. Młodzi Polacy ledwo wiedzą o tych wydarzeniach, dziwią się, pytają: „Naprawdę?”. W podręcznikach szkolnych podobno Marzec prawie nie istnieje, a na pewno – nie w swojej wadze i wymowie… A to się przecież naprawdę stało.