Wiedzą sąsiedzi, jak kto siedzi

Niemcy mordowali na rynku dzieci, kończyło się wyprowadzanie na śmierć Żydów z Korczyny. Miała 11 lat. Matka kazała jej iść w stronę obcego człowieka. Nic więcej nie powiedziała. Ten wsadził ją na rower i odjechał, jak ojciec, który przypadkowo zabrał dziecko w nieodpowiednie miejsce. Gdy po trzech latach opuszczała jego dom, nie podziękowała, nie była w stanie nawet odwrócić się i ostatni raz spojrzeć w stronę tych, którzy uratowali jej życie.

Wojenna historia Soleckich, którzy ocalili młodą Madeleine od śmierci, skończyła się jednak dla nich tragedią, która do dziś nie została wyjaśniona.

 

Pochodził z Podkarpacia. Ukończył dwa kierunki studiów na Politechnice Lwowskiej, gdzie pracował w katedrze chemii do momentu, kiedy jej kierownik, Ignacy Mościcki, został wybrany na prezydenta. O jego dobre wykształcenie zadbała matka, Wiktoria Solecka, która na przełomie wieków, jeszcze za czasów Franciszka Józefa, zakładała i kierowała szkołami w Korczynie koło Krosna. Przed wojną, będąc już na emeryturze, zamieszkała w okazałym domu. Założyła nowoczesne gospodarstwo sadownicze, które miało stać się podstawą utrzymania rodziny w czasie wojny.

Wraz z żoną i dziećmi Stanisław Solecki odwiedzał matkę zazwyczaj podczas kilku letnich tygodni. Po opuszczeniu Lwowa, żył między Nowogródkiem, Białymstokiem i Wilnem. Gdy wybuchła wojna, zdecydował, że u matki będzie bezpieczniej. Trudna podróż, podczas której na długie tygodnie musieli się rozdzielić, trwała aż do początku grudnia. W korczyńskim domu żyli do końca wojny. Jednak jej koniec, zupełnie niespodziewanie, przyniósł śmierć i cierpienie.

Stanisław wiedział, co dzieje się w okupowanym kraju. Szybko wstąpił w struktury ruchu oporu. Po niemiecku mówił tak dobrze, jak po polsku, zawsze był więc w stanie wybronić się w konfrontacji z Niemcami. Tych z kolei było wiele, bo dom znajdował się przy głównej drodze z Krosna do kopalni ropy naftowej, położonej w górach za Korczyną. O różnych porach dnia i nocy, najczęściej jednak w lecie, pojawiały się samochody z niemieckimi dygnitarzami, których przyciągał piękny dom i sad. Chcieli czereśni, jabłek, porzeczek. Siłą rzeczy wywiązywały się rozmowy, w których Solecki świetnie się sprawdzał.

Tak, mniej więcej, a szczególnie z okien sąsiadów, wyglądało ich życie do sowieckiej ofensywy w 1944 roku.

 

Jerzy, najstarszy z synów: Na przełomie 1941 i 1942 roku reprezentant korczyńskich Żydów poprosił babcię Wiktorię, aby przekonała ojca, żeby zgodził się na przejęcie magazynu towarów żelaznych. W ten sposób próbowano zabezpieczyć żydowskie mienie na wypadek konfiskaty. Po uzgodnieniu z władzami podziemia, ojciec przyjął tę propozycję. Dochody z działalności były przeznaczane na pomoc żywnościową Żydom w getcie w Krośnie i w Rzeszowie, oraz zatrudnionym jesienią 1942 roku przy rolniczych pracach polowych w okolicy.

 

Andrzej, najmłodszy syn: Korczyńscy Żydzi wybrali ojca, bo mu ufali. W naszych rodzinnych zapiskach przetrwały nazwiska polskich pracowników administracji niemieckiej – wójta, sołtysa, granatowych policjantów. Dali oni nieźle w kość miejscowej ludności, a zatem i tamtejszym Żydom. Gdy Niemcy rozpoczęli likwidację Żydów, miejscowa ludność zagarnęła wszystko to, co pozostawili. Wprowadzili się od razu do żydowskich domów i mieszkań. Przejmowali majątek, biznesy i nieruchomości. Zaczęły się tworzyć zręby normalnych, polskich porządków.

 

Na kilka zaledwie dni przed pogromem w Korczynie Jadwiga i Stanisław Soleccy zdecydowali się wziąć na przechowanie Madeleine, którą – dla bezpieczeństwa – nazwali Zosią. Jadwiga, jak wspominała po wojnie, dziewczynki wcześniej nie znała, zatem to Stanisław musiał być inicjatorem całego przedsięwzięcia.

W czasie pogromu, nazywanego „akcją wysiedleńczą”, dzieci na rynku głośno płakały. Płacz irytował oficera SS, więc postanowił zaprowadzić porządek. Rozkazał policjantom poukładać dzieci przy murze, jedno obok drugiego. Precyzyjnie, żadnego nie pomijając, wszystkie pozabijał. Gdy kończył mu się jeden magazynek, ładował następny. Nieco uspokojony, kazał policjantom ułożyć ciała na samochodzie. Matki patrzyły, jak giną ich dzieci. Ojcowie wpatrywali się w zabite ciała swoich maluchów. I mieszkańcy Korczyny, trochę jak na pomylonym festiwalu, przyglądali się wszystkiemu.

Może właśnie wtedy matka Madeleine wskazała dziecku kierunek i powiedziała: „Idź, zajmą się tobą!”. Nie dała jej walizki i ubrań na zmianę. Dziewczynka wskoczyła po chwili na rower Stanisława i odjechała z nim, jak z ojcem, który przypadkowo zabrał dziecko w nieodpowiednie miejsce.

Nie zaprowadził jej jednak od razu do domu. Bał się, że ktoś z mieszkańców może ich śledzić. Niemcy nigdy nie zgadliby, że to żydowskie dziecko, ale znała je lokalna policja. Madeleine wyróżniała zjawiskowa, nordycka uroda i to, że nie pochodziła z Korczyny. Stanisław zostawił ją w polu kukurydzy i prosił, aby tam na niego poczekała. Gdy wrócił, już jej nie było. Był pewien, że ktoś wyłuskał ją z tych pól i oddał Niemcom. Rozgoryczony poszedł do domu. Miał ją w rękach i stracił.

Wieczorem ktoś zapukał do drzwi. Znalazł błąkającą się wśród pól dziewczynkę, podawała jakieś nazwisko, brzmiało jak „Soleckich”, więc ją przyprowadził.

 

Jadwiga:  Zdawało się nam, że przechować dziecko, to nic trudnego, ot, po prostu włączy się je do naszych dzieci, jako dziecko kuzynów czy innych krewnych. Od razu pozwoliliśmy jej biegać po ogrodzie, a i w mieszkaniu poruszała się swobodnie, bez specjalnych środków ostrożności. Ale jak to mówi przysłowie „wiedzą sąsiedzi, jak kto siedzi”. Problemy nie dały długo na siebie czekać. Ciekawość sąsiadów momentalnie okazała się zgubną. Zaraz zaczęli pytać, a kto to, a skąd, może to Żydóweczka? Widocznie musieli ją już przedtem widzieć w miasteczku. Nie było chwili do stracenia; przerażeni, zrozumieliśmy, że Zosię (Madeleine) należy ukryć, aby jej oko ludzkie nie widziało. Wiedzieć mogli o niej tylko domownicy i najbliższa rodzina.

 

Andrzej: Niemcy byli bezwzględnymi mordercami, to nie ulega wątpliwości. Ale rodzice bardzo obawiali się sąsiadów i tych spośród Polaków, którzy tworzyli niemiecką administrację Korczyny. Ich zachowanie, jak i postawa tamtejszego kleru, który nie wykazywał żadnej solidarności z Żydami, zasługuje absolutnie na potępienie. Podobnie część inteligencji, włącznie z tymi, którzy przejęli w szkołach obowiązki po mojej emerytowanej babci. Rodzice nigdy od nikogo nie oczekiwali solidarności czy pomocy. Ale na pewno łatwiej byłoby im pomagać, gdyby w Korczynie pojawił się choć cień zrozumienia dla losu Żydów. Tymczasem w naszym domu w różnych momentach było więcej Żydów, którym rodzice udzielali schronienia w pełnej obawie przed Niemcami i Polakami.

 

Jadwiga: Tego samego tragicznego dnia, już późnym wieczorem, zjawiło się u nas jeszcze trzech Żydów, którzy uniknęli pogromu. Błagali o ratunek. Straszna rozpacz w ich oczach, bezradność i roztrzęsione nerwy nie pozwoliły nam odmówić ich prośbie, udzieliliśmy im schronienia. Cała czwórka, bo i Zosia (Madeleine) z nimi, spędziła pierwszą noc w niedostępnych zaroślach naszego ogrodu. Tam pod kocami, w ciszy usypiającej przyrody, łomotały cztery przerażone ludzkie serca.

 

Trzem Żydom Soleccy zorganizowali kryjówkę w lesie, gdzie co noc przynosili im jedzenie. Zosia (Madeleine), poza momentem, gdy wraz z innym żydowskim dzieckiem ukryta była poza domem, znalazła schronienie na strychu, gdzie przebywała przez kilka lat, do końca wojny.

 

Jadwiga: Była to dziewczynka inteligenta, bystra, mądra i rozumiała doskonale swoją sytuację. Miała zrobiony na strychu schowek z desek ułożonych tam od dawna, gdzie w razie potrzeby umykała.

 

Madeleine: Najstarszy syn Soleckich, Jerzy, był bardzo złośliwy. Nigdy mnie nie uderzył, nie skrzywdził fizycznie, ale mówił rzeczy, które bardzo raniły. I sprawiało mu to przyjemność. Gdy się zaśmiałam, to patrzył na mnie i mówił: „Zobacz, jak się śmiejesz. Z twojej matki robią mydło”. Znajdował rzeczy, które mogły mnie dotknąć. Wszyscy byli zdenerwowani, wyczuwało się napięcie, a on to wykorzystywał. Ja nie wiedziałam, jak się bronić, byłam łatwym celem. Przy ojcu nie pozwalał sobie na takie zachowania. Lubił czuć, że ma władzę. Unikałam go. Nigdy się nie skarżyłam, bo oni mieli masę problemów, a ja nie byłam w sytuacji, w której można było narzekać.

 

Jerzy: Nie rozumieliśmy, że ona żyje w innym świecie, że jest w ogromnej traumie. Dla nas to był czas walki, dla niej oczekiwania na najgorsze, biernego czekania. Czasami nawet przez dwa tygodnie nikt do niej nie przychodził, poza dostarczaniem jedzenia. Wszystko zależało od sytuacji, która wciąż się zmieniała.

 

Madeleine: Trzech młodych chłopaków i obca dziewczyna. Czego więcej trzeba? To często tak się dzieje. Choć nie żywię już urazy, nie chciałabym go spotkać. Kiedy moi synowie przyjechali do Polski, jeszcze żył. Przeprosił. Może więc się zmienił.

 

Jerzy: Nie jestem w stanie nic do niej powiedzieć. Ale jeżeli to ma jakiekolwiek dla niej znaczenie, to chcę powiedzieć, że rozumiem, że raniłem ją swoim zachowaniem, ale nie zdawałem sobie wtedy z tego sprawy.

 

Nadchodziła zima.

 

Madeleine: Dach składał się tylko z dachówek. Kiedy zimą padał śnieg, przenikał do środka, topił się i zamarzał. Jak to do cholery było możliwe, że nigdy się nawet nie przeziębiłam? Po prostu miałam przeżyć. I tyle. A druga rzecz, że byłam kompletnie odizolowana. Był taki moment, kiedy chciałam stamtąd uciec, ale bałam się konsekwencji. Nie chciałam postawić w niebezpieczeństwie tej rodziny. Nie lubiłam ich, ale nie chciałam nikogo za sobą pociągnąć.

 

Jadwiga: Nadchodziła zima, Zosię (Madeleine) trzeba było zabrać ze strychu do mieszkania, do pokoju babci. Często zdarzało się i tak, że córkę swoją 7-letnią wysyłałam na noc do swojej matki, mieszkającej w pobliżu, a Zosia zajmowała jej łóżeczko. Na wypadek rewizji, ilość dzieci zgadzałaby się ze stanem rzeczywistym. Każda noc prawie stawała się jednym wielkim ryzykiem.

 

Jerzy: Czasami spała w łóżku z mamą, czasami jedna z sióstr szła do drugiej babci, aby liczba domowników się zgadzała. Niekiedy, w zależności od sytuacji, to ona była ewakuowana do drugiej babci.

 

Madeleine: Żyłam cały czas w świecie fantazji. Myślałam o różnych rzeczach, opowiadałam sobie historie, których byłam główną bohaterką. Po wojnie zdałam sobie sprawę, że nie umiem porozumiewać się z innymi, że nie mam właściwych reakcji. Ludzie starali się mi pomóc, ja nie wiedziałam, jak na to odpowiadać.

 

Jadwiga: Zwyczajnie siedziała na strychu dość widnym, czytała książki i różne pisma w olbrzymi stos tam złożone lub pomagała w jakiejś domowej mojej pracy. Łuskała groch, obierała ziemniaki lub coś szyła. Dla zabicia czasu bawiła się lalkami lub rozwiązywała zadania matematyczne. Zaś do spania wślizgiwała się obowiązkowo pod stos desek.

 

Madeleine: Przez cały ten czas było wiele okazji do przypadkowej śmierci. Pewnego razu Niemcy szukali w domu nielegalnego mięsa, akurat Soleccy mieli nowego psa, który przyszedł mnie odwiedzić. Gdy wrócił na dół, pytali, skąd ten pies wraca. Myśleli, że wyczuł tam może jakieś ukryte mięso. Wtedy kobieta, która pomagała Soleckim w domu, bez namysłu odpowiedziała, że w tamtym miejscu matka urodziła małe i dlatego pies tam wraca. Uwierzyli.

Kiedyś byłam na polu, chyba wyrywałam cebulę. Obok przechodził front, Niemcy wciąż strzelali do Rosjan. Pocisk upadł koło mnie i nie eksplodował. Myślisz, że mną to wstrząsnęło? Ani trochę. To była po prostu jedna z sytuacji, które mi się przytrafiły. Nie wiedziałam, co to strach. Przeleciał tak blisko mnie, że obsunął mi się kapelusz.

 

Kilka tygodni po ofensywie sowieckiej, która choć nie przetoczyła się przez Korczynę, to była dość w tamtych okolicach intensywna, Madeleine wyszła z ukrycia. Było to w listopadzie 1944 roku.

 

Andrzej: Mama przygotowywała Madeleine do pozostania z nami, choć jednocześnie kontaktowała się z Polskim Czerwonym Krzyżem, aby odnaleźć jej rodzinę. Rok szkolny 1944/1945, choć był niepewny, w okolicach Korczyny był już rokiem nauki, w tym sensie, że dzieci były przygotowywane do rozpoczęcia szkoły od września.

 

Madeleine: Nie chodziłam do szkoły, wiedziałam, że nie ma tam dla mnie przyszłości. Myślę, że nie zostałabym u nich. Pewnie poprosiłabym Jadwigę, żeby spróbowała się skontaktować z moją rodziną, gdyby sama tego nie zrobiła.

 

Andrzej: Mama przygotowywała Madeleine do szkoły i równocześnie do pierwszej komunii jako polskie dziecko, gdyby nikt się nie po nią nie zgłosił.

 

Madeleine: Po wojnie nie chciałam uciekać, zawdzięczałam im życie. Pracowałam w ogrodzie, starałam się pomóc, jak tylko mogłam. Czekałam, aż ktoś mnie odbierze. Oni teraz opowiadają tę historię trochę inaczej. Nie byłam już dzieckiem, a większość ukrywanych dzieci była znacznie młodsza. Dużo dzieci zostało w tych rodzinach, gdzie były ukrywane. Ja zawsze wiedziałam, że odejdę.

 

Wojna w Korczynie się skończyła. Niemcy uciekli, Sowieci pogonili za nimi na Słowację. Grupa najświatlejszych ludzi, związanych z ruchem oporu na Podkarpaciu – przyjaciół Stanisława – starała się zapanować nad końcowowojennym chaosem.

 

Andrzej: Pod koniec 1944 roku mój ojciec wraz ze swoimi najbliższymi przyjaciółmi z AK stworzyli komisaryczną administrację gminy Korczyna. Ojciec był wójtem. Jego najbliższy przyjaciel, szef  lokalnej komórki AK, został komendantem milicji ludowej, inny kolega sekretarzem gminy, jeszcze ktoś sołtysem Korczyny. Gdy zaplanowano wybory na 8 maja 1945 roku, ojciec zadeklarował, że będzie w nich startował. Na początku kwietnia rozpoczęła się kampania wyborcza.

 

Jerzy: 22 kwietnia do naszego domu przyszło dwóch mężczyzn – jak się później okazało – udających milicjantów, mówili, że potrzebują ojca w biurze. Po krótkiej rozmowie wyszli z nim. Następnego dnia znaleziono ojca w pobliskim lesie, pobitego na śmierć.

 

Andrzej: W żadnym polskim archiwum nie natrafiliśmy na jakikolwiek ślad tej zbrodni. Nie toczyło się w tej sprawie nigdy żadne postępowanie. Zadajemy sobie pytanie o to, co się stało, już 70 lat. W Korczynie mieszkałem do matury, to jest do 1959 roku, później wracałem tam jeszcze na wakacje w czasie studiów. Moi koledzy wielokrotnie mówili, że ojciec zginął w wyniku spisku trzech bogatych mieszkańców Korczyny, którzy podczas okupacji sprawowali władzę administracyjną w imieniu Niemców. Ojciec wielokrotnie powtarzał, że wszystkie niegodziwości, jakie popełnili na Żydach, będą po wojnie rozliczone. Stanowił dla nich śmiertelne niebezpieczeństwo. Co ciekawe, cała trójka wkrótce miała opuścić Korczynę i nigdy tam nie wrócić.

Babcia Wiktoria często powtarzała mamie: „Jadziu, po co ten Stasiu angażował się w gminie, odżegnywał się tym korczyniakom, że się z nimi po wojnie rozliczy za te wszystkie niecne rzeczy, które robili podczas okupacji”. Część mieszkańców dzień i noc tropiła tych, których Niemcy podejrzewali o jakikolwiek ruch oporu. Ojciec oskarżał ich, że w bezwzględny sposób rozgrabili pożydowskie mienie.

Komuniści nie wynajmowali zbirów, którzy potajemnie, gdzieś w lesie za domem bili kogoś na śmierć. Gdy władza ludowa ugruntowała się w Polsce, wszyscy przyjaciele ojca, z którym tworzył pierwsze władze gminy, byli represjonowani. I choć wszystkich wywieziono z Korczyny, to wrócili na początku lat 50. Nikt nie zginął. Mówiąc językiem poety jest pewien rachunek krzywd, których rodzina Soleckich doznała na Podkarpaciu.

 

Jadwiga [w liście do PCK]: Podpisana donosi, że u siebie wychowuje już 3 rok tj. od 12.08.1942 r. dziewczynkę Izraelitkę, córkę Samuela i Gitli z Takslów Wagnerów. Madeleine Wagnerówna pozostaje u mnie od pogromu izraelickiego, ma lat obecnie 14. Ocaliliśmy jej życie, a obecnie chciałabym ją oddać tylko w ręce rodziny. (…) Matka prawdopodobnie nie żyje, ojciec wyjechał do Rosji jeszcze w 1939 r. a ona jedynaczka przechowała się. (…) W Nowym Yorku była siostra jej matki Blumenfeld Cyla. Może ona będzie wiedziała o ojcu dziewczynki lub sama się nią zaopiekuje. (…) Póki mąż podpisanej żył, było lżej żyć, obecnie sama wdowa po śp. inż. Stanisławie Soleckim, zamordowanym przez faszystów, mająca własnych sześcioro dzieci żyje w bardzo ciężkich warunkach…

 

Madeleine: Po jakimś czasie skontaktował się z nami Jeszajahu Drucker. Pracował dla rządu polskiego, przemierzał Polskę w poszukiwaniu ukrywanych żydowskich dzieci, wcześniej walczył w Armii Andersa. Wyszliśmy razem z domu Soleckich. Nie byłam w stanie obejrzeć się za siebie. Taka była moja reakcja. Odeszliśmy kawałek. Chciałam się odwrócić, ale nie mogłam. Nie powiedziałam Jadwidze nawet dziękuję. Zresztą nasza relacja nie była taka. Cieszyli się, że zostałam im odebrana. Mieli pewnie nadzieję, że otrzymają jakieś pieniądze, albo coś innego.

Atmosfera w rodzinie nie była za dobra. Ojciec Solecki został zamordowany, było dużo problemów. Jadwiga pewnie poczuła ulgę, że nie ma już ciężaru i nie musi się mną zajmować.

 

Andrzej: Przez wiele lat mama prowadziła korespondencję z rodziną Madeleine. Nie mogła pogodzić się z tym, co się stało. Ale nie mogła się również pogodzić z faktem, że Madeleine nigdy się do niej nie odezwała.

Jej ciocie próbowały to tłumaczyć. Młoda dziewczyna dostała się do rodziny zupełnie jej obcej, świadoma, że jej życie jest w ciągłym niebezpieczeństwie. Narastał w niej ogromny uraz, straciła przecież wszystkich bliskich. Jeżeli ma być kiedykolwiek normalnym człowiekiem, to musi się od tego wszystkiego odciąć i w sensie geograficznym, i każdym innym. Ja to rozumiałem, ale mama nad tym bolała.

 

Madeleine: Czuję się trochę winna, że nie starałam się nawiązać z nimi kontaktu, kiedy Jadwiga jeszcze żyła. Nie robiłam tego celowo, po prostu życie potoczyło się inaczej. W 1957 roku przeprowadziliśmy się z USA do Izraela. Tamte wydarzenia były dla mnie przeszłością. Języka polskiego zapomniałam dość szybko, po dwóch, może trzech latach. Unikałam ludzi, którzy mówili po polsku, choć nie byłam do końca tego świadoma. Kiedy przyjechałam do Nowego Jorku, trafiłam na kurs angielskiego. Wszyscy w grupie byli uchodźcami, całkiem sporo dziewczyn pochodziło z Polski, ale ja zaprzyjaźniłam się z Węgierką. Dopiero po latach zdałam sobie sprawę z tego, co robiłam. Miałam też wujka, który wciąż słuchał polskiego radia – doprowadzało mnie to do szału. Zresztą sztukę unikania różnych rzeczy opanowałam przecież do perfekcji.

 

Andrzej: Z ulgą po kolei opuszczaliśmy Korczynę. W naszych sercach to zranienie, że w Korczynie, na moment przed końcem wojny, przed finałem całego naszego dramatu ukrywania Madeleine, zabito ojca w tak nikczemny sposób, było zbyt bolesne. Nie byliśmy arystokracją, ziemianami, ale jak na ówczesne standardy – byliśmy dość dobrze sytuowani. Żadnych problemów. I nagle znaleźliśmy się na krawędzi egzystencjalnego przetrwania. Przecież wszystko opierało się na ojcu. Nagle on ginie, kończy się wojna i zostaje sześcioro dzieci, dwie staruszki i żydowskie dziecko – wszyscy na głowie mojej mamy.

A jednak udało jej się nas wszystkich wykształcić. Po kolei wyjeżdżaliśmy na studia, głównie do Wrocławia. Mama mieszkała w Korczynie do 1970 roku, kiedy po wypadku i zbyt pochopnie postawionej diagnozie, amputowano jej nogę. Przez 15 lat nie mogła się z tym pogodzić. Umierała w męczarniach. W 1985 roku przewieźliśmy ją do Korczyny, żeby mogła umrzeć w rodzinnym domu i być pochowana razem z mężem.

 

W 1963 roku Władysław Bartoszewski na łamach „Tygodnika Powszechnego” opublikował apel, aby przekazywać informacje na temat ratowania Żydów przez Polaków w czasie wojny. Tak Andrzej Solecki zaczął rozmawiać ze swoją matką o tamtych wydarzeniach. Wtedy też spisała ona swoje wojenne wspomnienia, które w skróconej wersji pojawiły się w książce Bartoszewskiego „Ten jest z ojczyzny mojej”. Liczyli, że książka dotrze do Madeleine. Czasami odradzała się u nich myśl, aby skontaktować się z nią, ale nigdy nie doszło to do skutku.

 

Andrzej: Przełomowym wydarzeniem była dość alergiczna reakcja mojego najstarszego brata Jerzego na wieść o tym, że ten, wolałbym nie wymieniać go z imienia i nazwiska, pan z Torunia, bo ciężko go nazwać duchownym, budując tę swoją sławetną świątynię, chciał poświęcić w niej ścianę na upamiętnienie nazwisk Polaków ratujących Żydów.

Jakby grom z jasnego nieba na niego spadł. I choć był już bardzo chory, to postanowił dołożyć wszelkich starań, żeby odszukać jakikolwiek ślad po Madeleine. Uznał, że nie po toruńsku powinno się opowiadać historię drugiej wojny.

 

W czerwcu 2014 roku Madeleine dostała telefon z Yad Vashem, że ktoś z Polski próbuje się z nią skontaktować. Był to najstarszy z synów, Jerzy Solecki.

 

Madeleine: Jestem przekonana, że on widzi rzeczy inaczej, niż ja je wtedy widziałam. Zadzwonił do mnie, ale ja nie byłam w stanie z nim rozmawiać. Moje dzieci były z nim w kontakcie. Myślę, że one będą szczęśliwe, że zdecydowałam się opowiedzieć swoją historię, ponieważ nigdy wcześniej o tym nie mówiłam.

Soleccy uratowali mi życie – co do tego nie ma żadnych wątpliwości. Kiedy patrzę na moje dzieci, wnuki – jestem im za to wdzięczna. Nie było mi łatwo. Miałam 19 lat, kiedy wyszłam za mąż. Wszyscy uważali, że byłam bardzo dojrzała. To nie prawda. Ale życie dobrze mi się ułożyło. Byłam z mężem przez 60 lat, do jego śmierci. Stworzyliśmy normalny dom.

 

Niedługo po telefonie Jurka Soleckiego, Madeleine złożyła świadectwo w Yad Vashem, rozpoczynając tym samym staranie o przyznanie odznaczenia Sprawiedliwych wśród Narodów Świata Jadwidze i Stanisławowi. Nie myślała o przyjeździe do Polski, ale zachęcała synów, aby skorzystali z zaproszenia i zobaczyli miejsce, gdzie przeżyła wojnę. Jonny i David odwiedzili Jurka, który oprowadził ich po Korczynie i okolicach, opowiadając wojenną historię ich matki. Zmarł 17 maja 2015 roku. I choć nie doczekał wręczenia medalu, to po spotkaniu synów Madeleine powiedział, że może już umierać.

Gdy dopełniono formalności i Soleccy zostali uznani za Sprawiedliwych, Madeleine zdecydowała się wraz z osiemnastoma członkami swojej rodziny przylecieć do Polski na przyznanie odznaczenia. Uroczystość odbyła się w synagodze Rutika w Dzierżoniowie 28 lutego 2017 roku. Zanim jednak przyjechali do Dzierżoniowa, odwiedzili dom w Korczynie. Madeleine jeszcze raz weszła na strych.

Rodzina Madeleine poznała dzięki Soleckim swoją historię. Do tej pory nie znalazł się jednak nikt, kto opowiedziałby o zamordowaniu Stanisława. 

 

Przeczytaj historię Bronisławy,

uratowanej przez polską Sprawiedliwą: To wszystko jest jak sen