Jeden z dwóch ojców

Rodziny z dwoma ojcami albo dwoma matkami przestają być w Izraelu czymś egzotycznym. Dyskusja nad umożliwieniem parom homoseksualnym surogacji w kraju rozbrzmiała ponownie w mediach po trzęsieniu ziemi w Nepalu, który jest jednym z miejsc, gdzie rodzą się dzieci izraelskich gejów. 

O godzinie, na którą umówił się ze mną na wywiad, Nir napisał, że się spóźni – jego syn był trochę chory i trudno było mu zasnąć, a to Nir, nie jego partner, zawsze usypia Matana. Nir ma 42 lata i swojego partnera nazywa młodziakiem, bo Dor niedawno obchodził 34. urodziny. Żyją ze sobą od lat 13, ich syn urodził się w zeszłym roku. Nir zgodził się opowiedzieć o tym jak został ojcem, choć woli pozostać anonimowy.

Mateusz Kamiński: Czy pamiętasz dokładnie, kiedy postanowiliście zostać rodzicami?

Nir: Rozmawialiśmy o tym latami. Zaczęło się chyba od wyboru imion, trochę dla żartu, bez decyzji o rodzicielstwie. Nie podjęliśmy jej w jednym momencie, działo się to stopniowo. Z biegiem czasu zaczęliśmy rozmawiać o tym coraz poważniej. Kiedy mój brat został ojcem (jakieś sześć i pół roku temu), poczuliśmy, że także bardzo tego chcemy. To chyba wszystko przyspieszyło, bo przestaliśmy mówić o pragnieniach i zaczęliśmy rozmawiać o tym, jak je realizować.

Skąd decyzja o surogacji?

Doszliśmy do niej drogą eliminacji. Pary homoseksualne mają kilka możliwości do wyboru. Jedną z nich jest dzielone rodzicielstwo, które nie wydawało nam się zbyt rozsądne, bo wymagało spotkania kolejnej osoby – takiej, którą byśmy widzieli jako rodzica razem z nami. Konieczne byłoby także dzielenie się, a to nie jest coś, w czym jesteśmy dobrzy, za bardzo jesteśmy egoistyczni.

Potem myśleliśmy o adopcji międzynarodowej – mamy w rodzinie osobę, która się na to zdecydowała. Ale to jest kobieta i dla niej było to względnie proste, mężczyznom na nią z reguły się nie pozwala. Jest możliwa jedynie w Ameryce Południowej, w Gwatemali – tam okazało się to niewykonalne, natomiast odkryliśmy, że prawdopodobnie pozwala na nią prawo w Ekwadorze. Jednak kobieta z jakiejś organizacji pozarządowej, odpowiedzialna na miejscu za międzynarodowe adopcje, powiedziała, że oni dopiero sprawdzają, jak to może wyglądać, w związku z tym tylko jedna taka procedura jest w toku – chcą najpierw ją zakończyć, a my musimy poczekać. Ponieważ czekaliśmy już od dziesięciu lat, nie zdecydowaliśmy się, bo chyba od razu musielibyśmy zostać dziadkami.
I tak okazało się, że jedyna opcja, która nam została, to surogacja. Myśleliśmy o niej już wcześniej, ale wydawała się bardzo droga i skomplikowana. Poza tym uważaliśmy, że adopcja jest o wiele lepsza – to ratowanie kogoś, kto tego potrzebuje; para nie musi też rozważać kwestii rodzicielstwa biologicznego, co jest sprawiedliwe.

Zdecydowaliście się więc na surogację w Indiach. Jak wyglądała cała procedura?

Zaczęliśmy w Indiach, a skończyliśmy w Tajlandii. W tym czasie Indie odebrały możliwości surogacji mężczyznom, którzy nie są w heteroseksualnych związkach i nie są żonaci od przynajmniej dwóch lat.

Sama procedura jest trochę nudna: trzeba iść do centrum medycznego i oddać nasienie. To chyba najbardziej niezręczna rzecz na świecie, jeżeli marzysz o dziecku poczętym z miłości i wielkich oczekiwań. Wcześniej trzeba się jeszcze zbadać na obecność chorób wenerycznych, by mieć pewność, że nie zarazi się czymś matki surogacyjnej.

Jest więc badanie i oddanie nasienia w centrum medycznym. Stamtąd próbki trafiają do Indii. Potem do centrum przyjeżdża młoda kobieta, dawczyni naszej komórki jajowej. Na miejscu wykonywane jest zapłodnienie in vitro, które w naszym przypadku udało się za pierwszym razem. Myślę, że matka przy okazji zrobiła sobie wycieczkę po Indiach na nasz koszt, co mogło dla niej nie być zbyt komfortowe, bo po zabiegu medycznym raczej nie czuła się najlepiej. Ale mam nadzieję, że bawiła się dobrze.

Pomagała nam duża i uznana izraelska firma Tammuz, która we wszystkim pośredniczyła. Tworzą ją wspaniali ludzie, pomocni nie tylko wobec nas – bardzo dbali o prawa wszystkich zaangażowanych w tę sprawę.

Zaangażowane osoby to biologiczny ojciec, biologiczna matka i matka surogacyjna. Jak wybieraliście każdą z nich?

Szczerze mówiąc, tej pierwszej próby w Indiach dokładnie nie pamiętam. Było to traumatyczne, skończyło się usunięciem martwego płodu. Z tego, co mi się przypomina, mogliśmy wtedy pomieszać nasienie, co sprawiło, że nawet nie wiedzieliśmy, kto był ojcem biologicznym.

Natomiast wybór dawczyni komórki jajowej odbywał się za pomocą bazy – katalogu, w którym umieszczone są informacje m.in. o nawykach, hobby, wyglądzie dawczyni. To jednak – moim zdaniem – nie ma znaczenia. Dla mnie jedynym ważnym czynnikiem była historia medyczna: zdrowie i brak chorób genetycznych.

Czy ważne było, aby była Żydówką?

Wcale. Religia nie jest dla mnie istotna (chociaż mam nadzieję, że rabin tego nie przeczyta i nie cofnie konwersji Matana). Dor chciał jedynie, żeby była wysoka, bo sam jest niewysoki i wolał, by dziecko nie było niskie.

Ale jednak zdecydowaliście się na konwersję?

Musieliśmy, bo jego matka nie była Żydówką. Nie wiem, czy wiesz, ale w Izraelu nurt sefardyjski i aszkenazyjski inaczej traktują dziecko rodzone przez surogację. Pojawia się bowiem pytanie, co determinuję matkę: komórka jajowa czy łono. Każda grupa twierdzi co innego. Na szczęście w naszym przypadku ani dawczyni komórki jajowej, ani surogatka nie były Żydówkami, więc tak czy inaczej musieliśmy zrobić Matanowi konwersję.

Jak zareagował rabin, gdy do niego przyszliście w sprawie konwersji syna?

Ponieważ nie jesteśmy ortodoksyjni, poszliśmy prosto do rabina reformowanego, dla którego dwóch gejów i ich dziecko to nie problem. Wręcz przeciwnie – był świadomy złożoności sytuacji, kwestii samej surogacji i rodziców homoseksualnych. Cała społeczność jest też bardzo otwarta, więc konwersja dziecka była przyjemnością.

Zapytał nas także, dlaczego zależny nam na konwersji Matana. Powiedzieliśmy, że ważne jest, by był częścią społeczności i mógł doświadczyć życia jako Żyd. Nie musieliśmy kłamać ani robić czegoś wbrew sobie po to tylko, żeby być częścią narodu Izraela. W końcu wszyscy jesteśmy Żydami, nawet jeśli sekularnymi.

 

IN VITRO PO ŻYDOWSKU – WYWIAD Z RABINEM MICHAELEM SCHUDRICHEM

 

A jak wybraliście matkę surogacyjną?

Na to nie mieliśmy wpływu – o tym decyduje firma. Trochę męczył mnie brak osobistego kontaktu, trochę rozczarował. Z drugiej strony dało to pewność, że nikt nie chciał wymuszać na nas pieniędzy.

Jak wyglądała dalsza procedura?

Przeprowadzono implementację i matka surogacyjna zaszła w ciążę. Byliśmy bardzo szczęśliwi po pierwszych badaniach prenatalnych. Około siódmego tygodnia odbyły się kolejne – byliśmy w siódmym niebie. Wszystkie informacje dostawaliśmy przez internet, dzięki czemu z jednej strony byliśmy na bieżąco, a z drugiej – mogliśmy mieć jakiś dystans na tym etapie (możliwe jest rozczarowanie). Ale to i tak nie pomogło, kiedy w jedenastym tygodniu, po kolejnych badaniach, okazało się, że płód nie ma pulsu i konieczne było usunięcie go. To było straszne, cała odległość świata nie mogła powstrzymać smutku. Potrzebowaliśmy wiele czasu, zanim podjęliśmy decyzję o kolejnej próbie, a do tego czasu Indie zmieniły prawo i odebrały mężczyznom możliwość surogacji. Ponieważ nadal nasze embriony były zamrożone w centrum medycznym, wysłano je do Tajlandii. Niestety, nie przetrwały podróży; nie wiadomo, czy błąd popełniono, gdy je zamrażano, czy gdy rozmrażano już tam na miejscu.

Potem z kolei przez kilka miesięcy nie mogliśmy znaleźć odpowiedniej dawczyni komórki jajowej. Jedna kandydatka, która wydawała się odpowiednia, miała oddać komórkę w RPA, ale ze względu na jakieś problemy zdrowotne sprawa została przesunięta w czasie. Potem niestety kobieta miała wypadek samochodowy, a później pracodawca nie zgodził się na jej kolejną nieobecność, więc musiała zrezygnować.

Było nam przykro, straciliśmy kilka miesięcy, ale niedługo potem dostaliśmy wiadomość, że jest wolna dawczyni, bo zrezygnowała jakaś para.
Sprawdziliśmy jej profil… Mam taką refleksję, że z czasem wymagania obniżają się – jeśli ma puls, to może być. A ona nie tylko miała puls, ale wyglądała też trochę izraelsko i miała ciemne włosy tak, jak ja.

W centrum medycznym znajdowały się jeszcze próbki z naszą spermą – wysłano je do Bangkoku, gdzie odbyło się kolejne zapłodnienie in vitro. Tym razem mieszanie spermy nie było możliwe. Poprosiliśmy, żeby zapłodniono komórki jajowe nasieniem każdego z nas i aby wybrano ten embrion, który będzie lepiej rokował, niezależnie od tego, kto zostanie ojcem biologicznym. To było łatwiejsze, niż gdybyśmy sami mieli wybierać. I ponownie – pierwsza implementacja komórki udała się.

Znów byliśmy bardzo szczęśliwi, tym razem jednak przez pierwszą połowę ciąży nie pozwaliśmy sobie za bardzo na życie tym szczęściem. Pierwsza próba i usunięcie płodu to była trauma, więc za drugim razem nawet nikomu nie mówiliśmy. Jednak tydzień po tygodniu, miesiąc po miesiącu przychodziły same dobre wiadomości.

Kiedy dotarło do ciebie, że będziesz ojcem?

Chyba w połowie ciąży, gdy w czasie USG lekarz zbadał wszystkie organy płodu. Zorganizowano wtedy dla nas serię spotkań: dwa z psychologiem, dwa z pedagogiem i jedno dotyczące reanimacji niemowląt; wszystkie bardzo przydatne dla rodziców.

Psycholog, który sam jest homoseksualnym rodzicem, powiedział, że w tym momencie ciąży możemy już sobie pozwolić na radość. Czasami tak jest, że potrzeba, by ktoś pozwolił ci wyluzować się i być szczęśliwym. Oczywiście bywaliśmy trochę niespokojni, ale – jak widać – wszystko skończyło się dobrze.

Kiedy polecieliście do Tajlandii?

Jakieś trzy czy cztery dni przed datą wyznaczoną na cesarskie cięcie. Kontrakt, który podpisaliśmy z matką surogacyjną, określał szpital, w którym miał odbyć się poród, ale nie mówił nic o porodzie. Decyzja: naturalny czy cesarskie cięcie należała do rodzącej i do lekarza.

Powiedziano nam, że to matka surogacyjna sama tak postanowiła. Byłem tym zdziwiony, choć dla nas było to dobre, bo ułatwiło zaplanowanie. Potem nie rozmawialiśmy z tą kobietą, jak było naprawdę. Żałuję trochę, bo okazało się, że inne surogatki też decydowały się na cesarkę – czułem w związku z tym pewien dyskomfort, bo jeśli wszyscy wybierają to samo, to może ktoś na ten wybór wpływa.

Ale w ogóle z nią spotkałeś?

Tak, widzieliśmy się. Nie mówiła po angielsku, więc rozmawialiśmy przez tłumacza wysłanego przez firmę rekrutującą matki surogacyjne. To, co usłyszeliśmy, mogło więc być stronnicze.

Taka jest cena korzystania z surogacji w Azji: nie można być wszystkiego w stu procentach pewnym. I to też pewnie wpływa na obecną dyskusję o surogacji w Izraelu. Na ile jest to wolna wola, czyja jest to wola, czy możemy oceniać osoby ze Wschodu za pomocą zachodnich kryteriów.

Wrócimy do tego za chwilę. Opowiedz jeszcze, jak wyglądał dzień porodu?

Przylecieliśmy kilka dni przed nim ale matki surogacyjnej nie widzieliśmy aż do cesarskiego cięcia. Ponieważ to była operacja, nie pozwolono nam obu być przy tym i kazali zadecydować, kto wejdzie na salę. I zanim zdążyłem się odezwać, Dor już założył fartuch, maskę i wbiegł do środka. Bardzo demokratyczna decyzja! Dwie minuty później był już na zewnątrz z inkubatorem, w którym leżał Matan. Lekarze tam są bardzo fachowi.

Dor matkę widział tylko przez chwilę. Po samym porodzie nie pozwolono nam się z nią spotkać, bo oczywiście musiała odpocząć. Następnego dnia też nie było to możliwe – personel odradził rozmowę z kobietą ze względu na dziennikarzy, których wtedy było wszędzie pełno. Podobno australijska para porzuciła jedno z bliźniąt, które im się urodziły, bo miało zespół Downa. Byłem strasznie sfrustrowany – akurat dzień po narodzinach Matana jego matka surogacyjna obchodziła czterdzieste urodziny, chcieliśmy do niej iść i wręczyć prezenty.
Spotkaliśmy się dopiero kilka dni później.

Co pamiętasz ze spotkania?

Łzy.
Nie wiedzieliśmy, jak będzie ono wyglądać ze względu na różnice kulturowe. Tajowie są zazwyczaj cisi, skromni i jakby wycofani. Ku naszemu zaskoczeniu i radości matka surogacyjna okazała się cudowna i może trochę nieśmiała. Dor, dla którego nie jest to typowe, w ciągu sekundy ją przytulił i zaczął płakać.

Przez cały okres ciąży dostawaliśmy listy i zdjęcia, ale spotkanie z nią twarzą w twarz znaczyło spotkać kogoś, kto daje ci największe szczęście w życiu. Byliśmy jak na haju. To było cudowne. I choć nie mówiła po angielsku, a my – po tajsku, jakoś mimo to rozumieliśmy się, nawet bez tłumacza.

Pierwsza myśl, gdy zobaczyłeś Matana?

Nie myślałem. Płakałem tylko. Jest kilka zdjęć, na których wyglądam, jakbym wypalił ogromne ilości marihuany. Nie było żadnej myśli, tylko czyste emocje.

Jak zareagowały wasze rodziny na narodziny Matana?

Obie rodziny od samego początku były bardzo zaangażowane – jesteśmy ze sobą bardzo blisko. Na każdym etapie chcieli wiedzieć jak najwięcej. No, chyba, że wyczuwali, że nie chcemy za dużo mówić. Czekali na informacje, ale nie naciskali. Gdy byliśmy w Tajlandii, starali się nie dzwonić co kilka godzin, a i tak rozmawialiśmy codziennie.

Mieszkaliśmy w hotelu obok szpitala, razem z innymi parami z Izraela. Po trzech dniach od narodzin dołączył do nas Matan a miesiąc po porodzie wróciliśmy do domu.

Czy wiecie, kto jest ojcem biologicznym Matana?

My tak, oczywiście. Ale na tym etapie ma wiedzieć poza nami tylko Matan.

Nie musieliście udzielić tej informacji, żeby wypełnić dokumenty?

Aby Matan mógł wjechać do Izraela, konieczny był paszport. Aby mógł go dostać, trzeba było udowodnić, że rodzic jest Izraelczykiem, więc zrobiliśmy badania DNA. To są dane poufne, których nie ujawniamy. Chcieliśmy, żeby rodziny poznały Matana jako Matana, żeby pierwsze spotkania nie były przez to stronnicze – po pewnym czasie ta informacja, czysto genetyczna, będzie już nieistotna.

Co zaskoczyło cię najbardziej w byciu rodzicem?

Sądziłem, że nie będę dużo spał i że utracę wolność osobistą. Rzeczywistość okazała się o wiele bardziej ekstremalna: prawię wcale nie śpię, chociaż nie przeszkadza mi to aż tak bardzo. Utrata wolności jest o wiele bardziej znacząca, chociaż, znowu, wcale mnie nie martwi. Nie mam życia poza uszczęśliwianiem małego.

Jak zareagowałeś, kiedy usłyszałeś o tym, co wydarzyło się ostatnio w Nepalu?

Najpierw zadzwoniłem do moich dwóch przyjaciół, którzy mają niedługo jechać tam na narodziny swoich dzieci. Chciałem dowiedzieć się, czy mają kontakt z ludźmi na miejscu, czy matka surogacyjna i jej rodzina są bezpieczni, czy wszystko w porządku z ciążą. A potem pomyślałem, że to straszne, co tam się stało.

Na Facebooku działa grupa dla rodziców homoseksualnych, której jestem członkiem. Tej samej nocy zaczęliśmy zastanawiać się, jak możemy pomóc ludziom w Nepalu. Nie tylko surogatkom, ale, oczywiście, motywacja wynikała z doświadczeń rodziców, którzy stali się rodzicami właśnie dzięki kobietom z Dalekiego Wschodu.

Sądzisz, że cała ta sytuacja doprowadzi do zmiany prawa w Izraelu?

Nie. Za każdym razem, jak coś takiego się dzieje, debata zaczyna się ponownie. Jestem pesymistą, poprzedni rząd miał coś zrobić, ale po wyborach sprawa umarła. Nawet nie jest mi przykro, bo sposób, w jaki chcieli to zrobić, miał tyle ograniczeń, że mogło to zaszkodzić surogacji za granicą. Czytałem ten projekt, to było złe prawo.

Czy planujecie rodzeństwo dla Matana?

Tak! Tydzień czy dwa przed trzęsieniem ziemi rozmawialiśmy z przedstawicielem Tammuzu. I choć jeszcze go nie wysłaliśmy, to już podpisaliśmy kontrakt.
To już dobry czas, żeby Matan miał brata albo siostrę. No i boimy się, że cały czas może coś się zmienić i będzie to niemożliwe później. Pieniędzmi na procedurę będziemy martwić się potem.

Ile musieliście zapłacić do tej pory?

Około 80 tysięcy dolarów.