Święta praca. Bractwa pogrzebowe w Polsce

Ze śmiercią obcuje w najbardziej dosłowny sposób. Nikt go do tego nie namawiał, po prostu kilkanaście lat temu postanowił, że pochówki żydowskie na Dolnym Śląsku muszą być na odpowiednim poziomie. Zajął się najpierw ceremonią, a potem, po szkoleniu, także przygotowywaniem ciał. To, co robi, judaizm nazywa największą micwą – chesed szel emet, prawdziwie dobrym uczynkiem, bo za jego spełnienie nie oczekuje się nic w zamian. – Kiedyś ten straszny koniec był dla mnie szokujący. Ta świadomość, że człowiek – ładny czy nieładny – zamienia się w galaretę, którą zjadają robaki. Jest w tym coś koszmarnego. Teraz mam do tego stosunek, przyznam, dość neutralny. Takie są prawa natury, taka jest kolej rzeczy – mówi.


Wydawany w międzywojennej Warszawie jidyszowy dziennik „Unzer Ekspres” 3 maja 1935 roku donosił o ciekawym wydarzeniu, jakie miało miejsce na żydowskim cmentarzu na Woli. Był nim pierwszy od ponad dwudziestu lat dzień bez żadnego pochówku. „W statucie bractwa pogrzebowego znajduje się punkt stanowiący, że w dniu, w którym nie odbędzie się żaden pogrzeb, należy zorganizować przyjęcie na znak ukontentowania”, tłumaczyła krótka notka w gazecie, pokazywana na wystawie Bejt almin – dom wieczności na warszawskim cmentarzu żydowskim na Bródnie. Kiedy o godzinie czwartej po południu poprzedniego dnia okazało się, że do kancelarii cmentarza nie wpłynęło żadne zgłoszenie o zgonie, zebrano wszystkich pracowników bractwa i pośpiesznie zorganizowano przyjęcie, na którym, jak odnotowano, „bawiono się z wielką radością”. Nie oznacza to jednak, że w Warszawie nie umarł tego dnia żaden Żyd – w mieście funkcjonowały wówczas dwa cmentarze, a osoby ubogie chowano przeważnie na Bródnie, po prawej stronie Wisły (więcej na ten temat w artykule Chodź na Pragę).

Osiemdziesiąt lat później żydowskie życie i żydowska śmierć w Warszawie, jak i w innych polskich miastach, niewiele ma wspólnego z realiami, które opisuje „Unzer Ekspres”. Bractwa pogrzebowe (hebr. chewra kadisza) nie mają zorganizowanej struktury, a żydowskie pogrzeby, z pełnym religijnym obrządkiem, odbywają się rzadko – nawet w dużych miastach jest ich zaledwie kilka rocznie. Przygotowaniem zmarłych do pochówku zajmują się rabini, pracownicy gmin żydowskich, jak i osoby, które na co dzień wykonują inne zawody i otwarcie przyznają, że nie są specjalnie religijne. W Warszawie, Krakowie czy Wrocławiu ekipę mężczyzn i kobiet potrzebnych do tahary, rytualnego obmycia zwłok, z reguły udaje się zebrać bezproblemowo. Gdzie indziej, jeśli nagle pojawi się taka potrzeba, obdzwania się najbliższe gminy żydowskie w poszukiwaniu tych, którzy, nie bacząc na swoje plany, są w stanie tego samego lub kolejnego dnia przyjechać, dajmy na to, z Warszawy do Katowic. Nikt z nich nie dostaje za swoją pracę wynagrodzenia, nikt też specjalnie się z nią nie obnosi.

– Właściwie nikt nie wie, że to robimy, również rodziny zmarłych – mówi Małgorzata Zajda, od siedmiu lat członkini krakowskiej chewry kadiszy. Choć nie musi być anonimowa, woli trzymać się z boku.

– Najbliższe osoby nie widzą zmarłej w takim stanie, w jakim ja ją widzę. Wolę, żeby ci, którzy chowają kogoś bliskiego, nie wiedzieli, że ja to robię i nie wypytywali później o szczegóły – przyznaje. 

 

Ktoś musi

Jeśli miałoby się znaleźć coś, co łączy członków współczesnych bractw pogrzebowych w Polsce, to nie będzie to ani religijność, ani praca w żydowskich organizacjach, ale poczucie powinności. 

Przemysław Szpilman, od szesnastu lat opiekun cmentarza żydowskiego na Woli, swoją inicjację przeżył w 1997 roku. Mieszkał wtedy jeszcze w swoich rodzinnych Katowicach, przyjechał do Warszawy na Pesach i akurat w tym samym czasie zmarł zasłużony członek tamtejszej gminy.

– Zaproponowano mi uczestnictwo w tej ostatniej posłudze i nie odmówiłem – opowiada. Zapytany o wątpliwości i problemy z przełamaniem strachu twierdzi, że wtedy się nad tym nie zastanawiał.

– Nie brałem pod uwagę tych wszystkich, mówiąc wprost, nieprzyjemności, jakie przy wykonywaniu tej pracy mogły zaistnieć. Zgodziłem się, bo tak było trzeba – przyznaje. Obecnie kilka razy do roku uczestniczy w taharze, ale w związku z pracą na cmentarzu robi to rzadziej, bo odpowiedzialny jest też za szereg innych rzeczy związanych z pogrzebami.

Rabin Eliezer Gurary z krakowskiego Chabadu do Polski przyjechał dwanaście lat temu z Izraela i tu wziął udział w pierwszej taharze.

– Nigdy wcześniej nie widziałem martwego ciała, nigdy go nie dotykałem – mówi. Pierwszy raz nie był dla niego łatwy. Otworzenie worka z ciałem, zderzenie z jego zapachem, mycie zmarłego – nie są to przyjemne czynności. Ale Gurary, który rocznie uczestniczy w kilku taharach, uważa, że trzeba skupić się na tym, co jest do zrobienia.

– Wierzymy w Mesjasza, dlatego wszystko powinno być gotowe na jego przyjście. Robimy to, by każdy mógł być pochowany po żydowsku ‒ tłumaczy.

– Dla mnie czymś naturalnym było zacząć prowadzić pogrzeby, bo w moim domu tata zawsze dowodził tymi sprawami. Ale tahara była szokiem – mówi David Basok, rabin wrocławskiej gminy. Odkąd trzy lata temu przyjechał z Izraela do Polski, uczestniczył w sześciu taharach. Za pierwszym razem nie wiedział, czego dokładnie się spodziewać. Nastawił się na coś o wiele gorszego, a okazało się, że całkiem dobrze sobie poradził. – Oczywiście to nie jest łatwe – przyznaje. – Jestem najmłodszy z całej wrocławskiej chewry kadiszy, inni mają więcej życiowego doświadczenia. Poza tym pełnię posługę rabina i ludzie mi się przyglądają, więc muszę sobie radzić. Taharę po prostu trzeba wykonać.

– Jak każdy normalny człowiek, miałem dystans do pogrzebów. Żadnych inklinacji, zapędów, żeby się tym zająć – mówi Anatol Kaszen, pracownik socjalny zajmujący się opieką nad starszymi członkami wrocławskiej gminy. Każdy, kto go zna, przyzna, że Anatolowi bliżej do bon vivanta niż do osoby, która miałaby się zajmować zwłokami. To jednak on sprawił, że wrocławskie bractwo pogrzebowe po latach komunistycznej prowizorki (a po 1968 roku właściwie nieistnienia) zaczęło na nowo funkcjonować. Na początku lat dwutysięcznych pojechał na pogrzeb do jednej z dolnośląskich miejscowości. Zmarły miał żonę katoliczkę, w związku z czym na pogrzebie przeważali nie-Żydzi. Nagle objawił się tam ktoś z lokalnej gminy i w poszarpanej kurtce wymamrotał kilka słów. Zabolało go to, zwłaszcza że czuł, że to w jego kierunku – Żyda i pracownika gminy – kierowane są pełne niesmaku spojrzenia.

– Zrobiło mi się głupio. Pomyślałem, że trzeba coś zorganizować, bo rzeczywiście nie można tak ludzi chować. Ta ostania droga musi mieć uroczysty charakter – mówi. Zajął się najpierw pogrzebami, a potem, po szkoleniu, także taharą. – Ktoś po prostu musiał to robić–  tłumaczy. – Trzeba się liczyć ze społecznością, w której się żyje, to wszystko musi jakoś wyglądać.

Śmieje się, że jak dotąd nie miał żadnych reklamacji, wszystko – i tahara, i pogrzeb – robione jest po prostu, po ludzku.

– Jak to się dzieje, że w głowie pojawia się pomysł dołączenia do chewry kadiszy? – pytam Małgorzatę Zajdę. – Nie pojawia się, to zostaje zaproponowane – odpowiada. Ona nie odmówiła, bo uznała, że ma taki charakter, że sobie poradzi. – Jestem pod tym względem twarda. Nie boję się widzieć śmierci, nie mam do martwego ciała dramatycznego stosunku: nie boję się go dotknąć, nie brzydzę się – mówi. W przygotowaniach do pochówków uczestniczy od kilku lat i w tej chwili jest najstarszą kobietą w krakowskiej chewrze kadiszy. Energiczna, konkretna, z osobowością aktywistki, nie ma już jednak tyle sił co młodsze koleżanki, a tahara to także ciężka fizyczna praca – ciało trzeba podnieść, obmywać je w określonej pozycji, tak aby spełnić przepisy halachy. Czasami wychodzi zmęczona, ale wie, że zbyt dużo osób do tej pracy się nie rwie. Zdarza się, że po pierwszym razie ktoś stwierdza, że jednak nie da rady. Dlatego robi to dalej. – Byłoby mi wstyd odmówić – przyznaje. 

 

Luźne węzełki

Tahara (od hebrajskiego słowa tahor oznaczającego rytualną czystość) ma przygotować ciało na złożenie w ziemi. Taharą kobiet zajmują się kobiety, a mężczyzn – mężczyźni. W wyjątkowych przypadkach do tahary mężczyzn można dopuścić kobietę, ale nigdy na odwrót.

Przed oczyszczeniem rytualnym ciało zmarłego musi zostać dokładnie umyte i oczyszczone z elementów, które mogłyby sprawić, że woda gdzieś nie dotrze. Jeśli zmarły swoje ostatnie dni spędził w szpitalu, trzeba wyjąć wszystkie wenflony, zdjąć bandaże i plastry. Jeśli na ciele została krew, powinna zostać zebrana, na przykład wacikiem, i pozostawiona przy zmarłym. Członkowie chewry kadiszy zajmują się paznokciami, rozczesują włosy i dokładnie myją ciało. Najpierw głowa, później prawa strona ciała, na końcu lewa. Przy wszystkich czynnościach, w określonych momentach, recytują wersy z Tory, Księgi Psalmów lub Proroków. Wiele z cytatów pochodzi z Pieśni nad Pieśniami i opisuje piękne ciała oblubieńców – „Uda jego jako słupy marmurowe, postawione na cokułach szczerozłotych, postać jego jako Liban, smukły jako cedry”.

– Zwłoki są cały czas częściowo przykryte, bo nie chcemy tej osoby zawstydzać – tłumaczy rabin Basok. Ciału trzeba okazać szacunek i delikatność, tak jakby należało do żyjącej osoby. Nie można położyć go głową w dół, szarpać, spieszyć się, czy być niechlujnym.

– Nie wiem, czy tak powinno się robić – zwierza się Małgorzata – ale ja do tych pań mówię. Wydaje mi się, że to jest ludzkie. „Kochana, podniosę ci główkę. Włosy zaczeszę tak, że będziesz ładnie wyglądać”. Nie mogę się opanować.


Kobiety, których taharą zajmuje się Małgorzata, to najczęściej jej znajome z klubu seniora działającego przy krakowskim JCC. Trudno zachować dystans, kiedy widzi się, że przed pójściem do szpitala któraś zrobiła sobie paznokcie, chciała jeszcze dobrze wyglądać, liczyła na to, że za kilka dni będzie z powrotem w domu. – Widzę zadbaną, fajną babkę. Miała taką chęć życia – mówi. Dlatego wszystkim swoim paniom obiecuje, że będą świetnie wyglądały, a tam, na górze, będzie im naprawdę dobrze. Wie, że w odprowadzaniu na tamten świat są zdane na nią. Wystrzega się przede wszystkim narzekania. – Osoba, która tam leży, miałaby słyszeć, że kręcimy nosem na to, że musimy coś koło niej zrobić? – pyta. 

Po oczyszczeniu ciała następuje obmycie rytualne. W Izraelu domy przedpogrzebowe wyposażone są w mykwy, do których zwłoki przenosi się na specjalnych dźwigniach. To jednak nie jest normą, większość żydowskich bractw pogrzebowych na świecie radzi sobie bez mykwy, na ciało zmarłego wylewając określoną przez halachę ilość wody, odpowiadającą biblijnej mierze dziewięciu kawim. W praktyce są to trzy wiadra wody, wylewane nieprzerwanym strumieniem – kiedy jedna osoba kończy wylewać jedno, druga zaczyna kolejne. Ciało jest wtedy w pozycji stojącej, może być oparte o ustawiony w pionie stół do obmywania. Przyjmuje się, że do tahary potrzeba czterech-pięciu osób, z których dwie będą podtrzymywały zmarłego, dwie oblewały ciało, a jedna recytowała modlitwy. ‒ Pamiętam nawet, jak byłam ubrana podczas swojej pierwszej tahary – śmieje się Małgorzata. – Wyglądałam jak kosmonautka, bo spodziewałam się, że będę cała mokra.

Ostatnią czynnością, jaką należy wykonać przy zmarłym, jest ubranie go w szaty, w których zostanie pochowany, tak zwane tachrichim. Zrobione są z białego lnu, takie same dla kobiet i mężczyzn, biednych i bogatych, aby nikt nie wyróżniał się przed Bogiem. „(…) Strój ten nie powinien być zbyt wystawny, gdyż jest to zakazane”, mówi Szulchan Aruch, żydowski kodeks prawa. Tachrichim, w skład których wchodzi koszula, spodnie, nakrycie głowy i okrycie wierzchnie, przywożone są z zagranicy, na zapas. Podobnie ziemia z Izraela, której garstki używa się podczas pochówku. Mężczyźni chowani są dodatkowo w talicie, którego używali do modlitwy, jednak z jednym obciętym rogiem – zmarły nie jest już zobligowany do wypełniania micw, dlatego talit nie może być koszerny. A ze względu na to, że zmarły nie jest w stanie spełniać swoich obowiązków, mężczyźni odwiedzający cmentarz nie powinni eksponować swoich cicit, frędzli na rogu talitu, aby nie wystawiać go na „kpinę” [Kicur Szulchan Aruch 199:15]. „Jutro do nas dołączy, a dzisiaj nas obraża”, mówi jeden z talmudycznych traktatów, przestrzegając przed znieważeniem nieboszczyka.

– Węzełek w talicie zawiązujemy tak, żeby osoba sama mogła go otworzyć ‒ tłumaczy rabin Gurary. – Powinniśmy móc się poruszać, kiedy obudzimy się po przyjściu Mesjasza.

 

Krakowskim zwyczajem

– Cała idea tahary to z jednej strony podkreślanie, że ważna jest dusza, za którą się modlimy, a z drugiej strony oddawanie należnego honoru ciału – mówi rabin Basok. Większość praw odnoszących się do prawidłowego pochówku spisana została w Szulchan Aruch. Choć każda społeczność ma swoje zwyczaje, odmawiane są te same modlitwy i wykonywane te same czynności. Jednym z ostatnich etapów przygotowania ciała zmarłego do pochówku jest na przykład zamknięcie mu oczu i położenie na powiekach skorupek stłuczonego jajka.

– Jajka są okrągłe i symbolizują cykliczność życia: narodziny i śmierć ‒ wyjaśnia rabin Gurary, odnajdując stosowny zapis w Szulchan Aruch. Niektóre społeczności zastępują jajko potłuczoną porcelaną, w jeszcze innych powieki skrapia się dodatkowo odrobiną wina. – Wszystko to wywodzi się z Krakowa – zwraca uwagę. Remu, żyjący w XVI wieku autor komentarza do Szulchan Aruch, mieszkał w Krakowie, jego grób do dziś znajduje się na tamtejszym cmentarzu, i to właśnie krakowskie zwyczaje posłużyły mu za podstawę do komentowania halachicznych praw. Ale jak mówi rabin Basok, nie tylko o wykładnię religijną chodzi w żydowskim pochówku. – Wypełniamy jedną z najstarszych tradycji w życiu żydowskim, podkreślamy ciągłość pokoleń.

 

Iść ze zmarłym

Wprawionym członkom chewry kadiszy tahara zajmuje około godziny. Najlepiej, żeby była wykonana na krótko przed pogrzebem. Krakowska gmina jest wyjątkowa, bo wojnę przetrwał tam budynek domu przedpogrzebowego. Daleko w nim jednak do luksusowych warunków. Ogrzewanie? Ciepła woda? Małgorzata tylko się uśmiecha.

– Obojętnie w jakich warunkach się jest, trzeba wszystko zrobić tak samo. Jest skromnie, ale mamy wszystko, co niezbędne – mówi.

– Teraz tahara odbywa się najczęściej w zakładzie pogrzebowym, rzadziej w miejskich kostnicach czy szpitalach – opowiada Przemysław Szpilman. Dom przedpogrzebowy na wolskim cmentarzu, którym zarządza, został zniszczony w 1943 roku. Podobnie jest we Wrocławiu. Kiedy Anatol wchodzi do kostnicy na komunalnym cmentarzu, gdzie z reguły czeka ciało, najpierw zakrywa chrześcijańskie symbole, które tam wiszą. 

Kilka godzin po taharze powinien mieć miejsce pogrzeb, po hebrajsku lewaja, od czasownika lewalot, iść z kimś. Towarzyszenie zmarłemu w ostatniej drodze uważane jest za jedną z zasług, która będzie miała duże znaczenie w przyszłym świecie.

Halacha mówi, że pogrzeb powinien odbyć się najszybciej, jak to możliwe – tłumaczy rabin Basok. – W Torze czytamy, że jeśli ktoś został powieszony, to nie wolno ciału pozwolić wisieć, powinno się je pogrzebać tego samego dnia. Stąd interpretacja, że każde ciało należy pochować jak najszybciej.
W Izraelu wciąż jest praktykowany zwyczaj pochówku w ciągu jednej doby (przede wszystkim w Jerozolimie, ale i w innych miastach), w Europie jednak nie pozwala na to prawo.

– To rzecz szczególnie dla nas bolesna – mówi rabin Gurary. Według żydowskich wierzeń dusza nie oddziela się całkowicie od ciała w momencie śmierci, mistyczna księga Zohar mówi o stopniowo następującym procesie oddzielania się poszczególnych części duszy i wymienia aż trzy z nich. Dlatego tak dużą wagę przywiązuje się w tradycji żydowskiej do czuwania przy ciele zmarłego, dbania o to, żeby cały czas ktoś przy nim był i dawał duszy poczucie bezpieczeństwa oraz ochronę przed złymi duchami. Jeden z poradników dla członków chewry kadiszy instruuje: „Pozostawienie zmarłego samego byłoby wyrazem braku wrażliwości, świadczącym o tym, że jest on już bezwartościowy, tymczasem jego istota (hebr. neszama ‒ dusza) jest wciąż, w niefizycznej formie, obecna w pobliżu jego ciała”.

– Czekanie powoduje cierpienie osoby, która umarła. Przez trzy dni jej dusza zawieszona jest pomiędzy ziemią a niebem – tłumaczy rabin Gurary, dodając, że nic jednak nie może zrobić, nie będzie przecież działał przeciwko prawu. 

Anatol wspomina, że jeszcze przed 1968 rokiem na wrocławskim cmentarzu żydowskim przy ul. Lotniczej chowano zmarłych tradycyjnie, bez trumien.

– Budowało się trumnę z deszczułek na nieboszczyku, który już leżał – opowiada.

– W Torze jest napisane, że człowiek powstał z ziemi i do ziemi powróci. Dlatego ma jej dotykać bezpośrednio – mówi rabin Gurary, po raz kolejny zwracając uwagę, że prawo w Europie nie pozwala na zrealizowanie tego wymogu. Rozwiązaniem są trumny z dziurą w miejscu, gdzie spoczywa głowa zmarłego – minimum konieczne do spełniania halachy. 

 

Odchodzą sami znajomi 

– To jest uczucie, że zrobiło się coś naprawdę dobrego dla tego człowieka – mówi Małgorzata Zajda. Po zakończonej taharze stara się odciąć od tego, w czym brała udział, nie myśleć o tym, nie roztrząsać. Wie, że ciało zostało godnie przygotowane na cokolwiek, co je czeka. Ale przede wszystkim wie, że jej udział w taharze to dobry uczynek.

– Jak się zdarzy potem jakiś mały grzeszek, to wydaje się, że będzie łatwiej wybaczony – śmieje się. 

Przemysław:

– Na początku to była satysfakcja, duma, poczucie, że zrobiło się coś dobrego. I cały czas tak jest. Natomiast ze względu na to, że ciągle obcuję ze śmiercią, traktuję już teraz taharę zupełnie normalnie. Niemniej jednak staram się zawsze pamiętać o tym, że jest to coś niezwykle ważnego.

Rabin Basok, kiedy po skończonej taharze wraca do domu, spędza czas ze swoją rodziną. Zdarza mu się, że kiedy zajmuje się ciałem osoby w podeszłym wieku, przypomina mu się zmarły dziadek, za którym bardzo tęskni.

– Zawsze po pogrzebie staję gdzieś z boku, żeby mieć chwilę na oddech. Także po to, aby być pomocnym rodzinie zmarłego. Taka jest moja rola, żeby powiedzieć, co mają zrobić, kiedy mogą się rozejść – ludzie w żałobie czekają na takie wskazówki.


Zdradza, że kilka razy zaprosił mężczyzn uczestniczących w taharze do domu na drinka – żeby chwilę porozmawiać, powoli powrócić do normalnego życia. Czasami jednak wszyscy muszą szybko wracać do pracy – jeden jest prawnikiem, inny opiekunem cmentarza. 

W taharze nie powinni uczestniczyć bliscy zmarłego, ale w mało licznych gminach żydowskich w Polsce najczęściej wszyscy się znają. Dlatego członkowie chewry kadiszy mają o wiele cięższe zadanie, bo często zajmują się osobami, z którymi się przyjaźnili.

– Ostatnio sami znajomi umierają – mówi Anatol Kaszen. I dodaje, że jest mu ciężko, bo wielu z jego podopiecznych jest już bardzo wiekowych. Odchodzą, a on, przejeżdżając swoim małym fiatem obok ich domów, odczuwa pustkę.

– Zawsze mogłem tam wstąpić i byłem mile widziany, a teraz już nikogo tam nie ma. Co zrobić.

 

Prawdziwy akt dobroci

– Może ten artykuł to dobra okazja, żeby podziękować członkom chewry kadiszy – zastanawia się rabin Basok.

Jego żona, Danielle, dodaje:

– W Polsce ludzie mało wiedzą na ten temat, często nie wiadomo, komu podziękować po pogrzebie. Uczestnictwo w taharze to akt życzliwości, którego nie widać. To nie jest niczyja praca, wszyscy robią to w ramach wolontariatu.


W Izraelu chewra kadisza ma zupełnie inny charakter, pracują w niej ludzie zatrudnieni na etat, tak jak w polskich firmach pogrzebowych. Przeprowadzają kilka tahar dziennie, a krajem co jakiś czas wstrząsają skandale, w których na jaw wychodzi, że członkowie bractw lekceważąco traktują rodziny zmarłych albo każą płacić za podstawowe usługi, które według prawa przysługują każdemu za darmo.

– W latach osiemdziesiątych w Izraelu było wiele przypadków korupcji, cmentarze były po prostu biznesami, a jeśli ktoś chciał mieć grób w dobrej lokalizacji – cokolwiek to znaczy – musiał zapłacić – tłumaczy rabin Basok. W końcu kilka osób poszło do sądu, wprowadzono też możliwość niereligijnych pochówków, zatem bractwa pogrzebowe muszą się teraz bardziej starać – proste prawo wolnego rynku.

– Jednak w Izraelu chewra kadisza jest emocjonalnie odseparowana od zmarłego, w Polsce to zupełnie inne realia – dodaje Danielle. Dlatego w zeszłym roku rabin Basok zorganizował we wrocławskiej synagodze skromną uroczystość, w której podziękował członkom bractwa. Tradycja ta wywodzi się z Izraela, gdzie siódmego dnia miesiąca adar, czyli w jorcajt Mojżesza, który zmarł w nikomu nieznanym miejscu, obchodzi się dzień wdzięczności dla chewry kadiszy. Ma przypominać o ważnym zadaniu, jakie spełniają jej członkowie.

– Chewra kadisza wykonuje coś, co nazywamy chesed szel emet, aktem prawdziwej dobroci, bo nie można nic w zamian za to dostać – tłumaczy rabin Gurary. – Wszystko, co robi, robi w sposób święty. 

Przed wojną, z racji ogromnej wagi wykonywanego zadania, trafiali do niej ludzie najbardziej religijni i szlachetni. Członkostwo w bractwie było wyróżnieniem, dodawało prestiżu i respektu. Nie każdy mógł do niego należeć, a tradycja zajmowania się pochówkiem często przechodziła z pokolenia na pokolenie. Dziś nie ma takiej selekcji, bo i niewielu jest ortodoksyjnych Żydów.

– Korzystamy także z dobrej woli osób, które są w mniejszym stopniu przywiązane do tradycji i religii, choć większość członków warszawskiej chewry kadiszy jest jednak szomer Tora u-micwot, przestrzega Tory i jej przykazań – tłumaczy Przemysław. 

– Ci ludzie wychodzą ze swojej pracy, odkładają wszystko na bok i na dwie godziny przychodzą tutaj – mówi rabin Basok. Czasami – tak zdarza się zwłaszcza w przypadku kobiecej sekcji chewry kadiszy – muszą pojechać do innego miasta, w zasadzie natychmiast, bo inaczej nie ma jak przeprowadzić tahary. Ktoś wycofał się po pierwszym razie, bo było mu za ciężko, ktoś inny się rozchorował albo nie ma go w kraju. Małgorzata Zajda przyznaje, że jest w niej trochę żalu z tego powodu.

– Mam już swoje lata, swoje obostrzenia, powinnam być w Krakowie. Są młodzi ludzie, ale oni nie garną się do tej pracy.


I dalej, kiedy jest taka potrzeba, jedzie na drugi koniec Polski. Do tego się zobowiązała i tylko choroba może ją usprawiedliwić.

Rabin Gurary ostatniego dnia każdego żydowskiego miesiąca pości. Jak tłumaczy, robi tak na wypadek, gdyby okazało się, że podczas tahary z jakiegoś powodu nie potraktował zmarłego z odpowiednim szacunkiem.

– Jeśli zrobimy coś nie tak, ta osoba nigdy nie będzie mogła się poskarżyć, więc trzeba być bardzo ostrożnym i dbać o to, żeby wszystko zostało wykonane zgodnie z żydowskim prawem – mówi. Cytuje fragment z Szulchan Aruch, gdzie napisane jest, że jeśli ktoś zostanie pochowany nie bezpośrednio w ziemi lub (tak jak w Europie) bez styczności z nią, grzech spoczywa na osobie odpowiedzialnej za pochówek. 

– To jest właśnie największa micwa, bo jest bezzwrotna – dodaje Anatol Kaszen. Zupełnie na odwrót niż w dowcipie, który sobie przypomina: – Dlaczego cię nie było na pogrzebie Goldberga? – On na moim też nie będzie. 

 

Perspektywa na życie

Czy praca, a raczej posługa w chewrze kadiszy, pozwala inaczej spojrzeć na własną śmiertelność?

Rabin Eliezer Gurary:

– Wiem, jak wygląda koniec życia i że też kiedyś znajdę się w tym samym miejscu i ktoś inny zajmie się moim ciałem. Cały czas powinna nam przyświecać myśl, że to, co mamy teraz, jest dane tylko na jakiś czas, że powinniśmy skupić się na tym, co najbardziej istotne. Będąc członkiem chewry kadiszy widzisz, jak ktoś, kto był kiedyś królem, staje się niczym. To daje inną perspektywę na życie.

Przemysław Szpilman:

– Inaczej patrzy się na śmierć, inaczej na życie doczesne. Myślę, że praca w bractwie pogrzebowym zmienia człowieka na lepsze. 

Małgorzata Zajda:

– Nie mam poczucia, że boję się starości. Nabrałam dystansu, pogodziłam się z tym, że nie zawsze muszę być wesołą, pogodną Małgosią, że proces starzenia się jest naturalny i nie trzeba z nim walczyć. Trzeba natomiast czerpać z młodości, otaczać się młodymi, brać od nich energię, radość. Jeśli oni to potrafią, to my też.

Anatol Kaszen:

– Nie wiem, czy zaakceptowałem śmierć, ale wiem, że jest to do zrobienia. „Nie wszystek umrę”. Zostawia się potomstwo, ono jest jakimś przedłużeniem. Kiedyś nasza kopia pojawi się jeszcze na tym świecie – raz, drugi albo trzeci. Jest to jakiś rodzaj nieśmiertelności. Oczywiście bez pamięci, ale czy ta pamięć jest coś warta? Może lepiej zacząć wszystko od początku.