Jesteśmy produktem kryzysu

Ali Abi Issa: przewodniczący Rady Naczelnej Ligi Muzułmańskiej w RP, Imam wrocławskiej społeczności muzułmańskiej.

Michał Bojanowski: Jak trafiliście do Bejrutu?

Ali Abi Issa: Moi rodzice pochodzą z położonej obok Ma’alot Tarszichy, wioski oddalonej 28 km od Akki. W 1948 roku, kiedy mieli bodaj 13 lat, uciekli do Bejrutu, do obozu dla uchodźców. Mówię bodaj, bo w wojennej zawierusze poginęły dokumenty. Tam się pobrali. Na początku mieszkali w namiocie podarowanym przez UNRWA (red.: Agenda Narodów Zjednoczonych dla Pomocy Uchodźcom Palestyńskim na Bliskim Wschodzie). Takie namioty w obozach dla uchodźców z czasem przekształcały się w małe domki, najpierw jednopoziomowe, potem dobudowywano kolejny na dachu. Namiot dotrwał jeszcze do czasów moich braci, gdy ja się urodziłem, dom miał już parter i pierwsze piętro. Pamiętam cynkowy, metalowy daszek i symfonię deszczu odbijającego się od niego.

Ilu was było w domu?

Sześcioro. Tato, mama – dawno już nie żyją, trójka chłopaków i trzy dziewczyny. Dwie siostry mieszkają w Ramallah, jedna w Algierii, brat w Ameryce, drugi w Australii, a ja we Wrocławiu.

Jak wyglądało życie w obozie?

Mama nie pracowała, a tata na początku pracował w różnych firmach. Kiedy się urodziłem, prowadził już własny sklep i dzięki niemu zdobywał pieniądze na wykształcenie dla nas wszystkich. To jest kompleks Palestyńczyków: nie mają państwa, więc muszą się uczyć. I faktycznie powodowało to, że ludzie wykształceni mogli mieć od razu lepsze życie, nie musieli być tragicznie biedni, pomimo że byli uchodźcami.

Nie było w domu biedy?

Jedliśmy bardzo dużo chleba. Dzięki sklepowi rodzice mogli wykształcić szóstkę dzieci, ale musiało się to odbyć kosztem dobrych ubrań czy lepszego jedzenia.

Żyliście o wiele gorzej niż Libańczycy?

Oczywiście. Obóz dla uchodźców to jest ognisko biedy w Bejrucie.

A jak oni was traktowali?

Jak wyjechałem stamtąd, to powiedziałem sobie, że nigdy w życiu tam nie wrócę.

Kiedy to było?

Studiowałem biologię w Bejrucie. Kiedy wybuchła wojna, musieliśmy uciekać. Zaczął się konflikt szyicko-sunnicki, a Palestyńczycy byli zapleczem sunnitów i musieli płacić najwyższą cenę tej wojny. Dominowała wtedy amerykańska idea osiedlenia Palestyńczyków w Libanie. Miejscowi przestraszyli się. Ta wojna była trochę po to, żeby uchodźcy, którzy mają jakiekolwiek możliwości, uciekli z kraju. Tak też się stało. Znaczna część arabskich emigrantów w Szwecji czy w Danii to właśnie Palestyńczycy z Libanu. Gdyby zostało tam pół miliona Palestyńczyków, sunnici byliby większością. Na to nie zgodziliby się ani szyici, ani druzowie, ani chrześcijanie. Wszystkim było na rękę, żebyśmy wyjechali. Więc ci, którzy mieli szansę, wyjechali.

Rodzice wyjechali razem z wami?

Nie. Tata umarł w Bejrucie parę miesięcy po tym, jak dotarłem do Polski, i wtedy mama wyemigrowała do Australii, do mojego brata. Umarła w zeszłym roku w grudniu, akurat była w Ramallah.

Pierwsze wrażenie z Polski?

To było w październiku. Gdy wyszedłem ze starego terminala na Okęciu i zobaczyłem dywan z żółtych, czerwonych, brązowych liści, powiedziałem sobie: „Boże, to jest mój kraj, nigdy stąd nie wyjadę!” Ta myśl dojrzewała we mnie też później, gdy bardziej się zagłębiałem w polską kulturę, dużo tu znalazłem dla siebie.

Rodzice wychowywali was w tęsknocie za Palestyną?

Tęsknota w obozie dla uchodźców jest ogromna. Wszyscy myślą, że jutro wrócą do domu.

Był Pan w Izraelu?

Byłem tam już dwa razy na polskim paszporcie. Chciałem pokazać żonie i dziecku miejsce, z którego pochodzę.

I jak?

W Bejrucie wszystko nas odróżniało od Libańczyków. Jedliśmy inne ciasta, inaczej wystawialiśmy towary. Nasza kultura była całkowicie inna niż tamtejsza. Gdy dotarłem do Akki i wyszedłem na stare miasto, poczułem się jakby na nowo w obozie. Usłyszałem, że ludzie mówią w ten sam sposób. Wystawiają swoje ciasta w takich samych furmankach, oszklonych z każdej strony, z podobnymi drzwiczkami, tak, jak pamiętałem z dzieciństwa. Libańczycy mieli inne zwyczaje. Byłem u siebie.

Jak było w Tarszisze?

Taksówkarz chciał nam coś tam pokazać, stanął na moment, ktoś się na niego zirytował, bo zablokował drogę, i rzucał w niego wiązanką, którą pamiętam z dzieciństwa. Nikt w Bejrucie nie rozumiał, o co w niej chodzi, dziwne, odmienne przekleństwo. I nagle usłyszałem to tam na izraelskiej ulicy. Tego nie można się pozbyć, to jest gdzieś głęboko w nas zapisane.

W Tarszisze spotkałem mężczyznę, który znał mojego ojca, i on zaczął mnie oprowadzać po mieście. „Tu był dom tego, tu był dom tamtego”, mówi, „a tu był dom twojego dziadka”. Okazało się, że ludzie w obozie w Bejrucie usytuowali swoje namioty dokładnie w taki sam sposób, jak ich domy stały w Tarszisze. Nawet ścieżki w obozie wyglądały tak samo, jak tamtejsze uliczki. To kwestia strachu. Ludzie czują się silniejsi, kiedy widzą tego samego sąsiada obok.

Doświadczyłem tam, co czują Żydzi czy Niemcy, gdy wracają do miejsc, z których pochodzili ich rodzice. Nieraz byłem świadkiem, jak Niemiec prosi o możliwość wejścia do rodzinnego domu, coś gdzieś chce zobaczyć, dotknąć, i ktoś mu tutaj, na Dolnym Śląsku, odmawia. Zasmucony, że przyjechał tyle setek kilometrów, odchodzi z niczym.

A Wam ktoś odmówił?

W rodzinnym domu mojego dziadka mieszka chrześcijanka. Przeniosła się tutaj z innej wsi, gdy wszyscy uciekali. Poprosiłem ją, żeby mnie wpuściła. Wszystkich wpuściła, mojego brata z Ameryki i tego z Australii, a jak ja byłem z żoną, powiedziała, że nie i koniec. Nie wpuściła mnie. Wydaje mi się, że nie dlatego, że była złośliwa. Bóg chciał mi powiedzieć: „Jesteś podobny do tych ludzi. Przyjeżdżają na Karłowice i chcą zobaczyć hełm niemieckiego pradziadka, i im nie pozwalasz.” Palestyńczycy, Żydzi, Ślązacy, Niemcy, Polacy, wszyscy jesteśmy częścią tego dziwnego projektu przesiedleń i wypędzeń.

Wróciłby Pan do Tarszichy?

Zarówno kultura izraelska, jak i palestyńska to dla mnie już coś odległego. Choć tęsknię, jestem teraz kimś zupełnie innym. Do Ramallah bym nie wrócił, ewentualnie do Tarszichy lub do Akki. Tak, myślę, że mógłbym mieszkać w Akce .

W Izraelu?

W Izraelu. Nie mam z tym problemu. Żyłbym tak, jak żyją tam inni Palestyńczycy. Zresztą uważam, że problem izraelsko–palestyński jest nie do rozwiązania. Myślę, że to mógłby być jeden kraj dla obu narodów. Tyle, że wtedy my demograficznie bylibyśmy silniejsi, naturalne jest więc, że Izrael się na to nie zgodzi. Ale gdybym dostał propozycję zamieszkania w Akce, to bym tam zamieszkał, nawet jeśli to miasto w Izraelu. Nie czekam na taką propozycję, ale gdyby się pojawiła, mógłbym zamieszkać w Akce.

Przyjechał Pan do Wrocławia. Jak wyglądała wtedy społeczność muzułmańska?

Może zacznijmy od początku. Pod koniec lat 50. muzułmanie zaczęli przyjeżdżać do Wrocławia na studia. Głównie z państw socjalistycznych: Libia, Algieria, Syria czy Irak. Później, po Układzie Warszawskim, pojawiło się dużo studentów z Organizacji Wyzwolenia Palestyny i z innych krajów arabskich, jednak nie naftowych, związanych z blokiem zachodnim.

Na początku lat 90. dostaliśmy od Politechniki małą piwnicę przy Podwalu 27. Tam mieścił się pierwszy meczet. Odwiedziłem to miejsce w 1997 roku (mieszkałem w tym czasie w Opolu). Modlących się było bardzo dużo, a miejsca na jakieś 40 osób. Przychodzili studenci i bogaci zagraniczni turyści i to oni zaczęli zbierać pieniądze na nowy meczet. Willa przy Kasprowicza 24, w której mieści się teraz nasze centrum, została wykupiona przez Katarczyka i obywatela Emiratów.

Gdy padł pomysł kupienia tego miejsca, byłem już we władzach Związku Muzułmańskiego. Spełniało ono nasze potrzeby, ponieważ jego najdłuższa ściana usytuowana jest w kierunku południowego wschodu (Mekki), dzięki czemu, modląc się, nie marnujemy przestrzeni – każde piętro można było przeznaczyć na inną działalność: meczet, szkołę religii, kursy języków obcych, klub, sklep.
Ale mimo to zwlekaliście z zakupem.

Obok jest klasztor franciszkanów i baliśmy się, że dojdzie do konfliktu i dlatego Związek Muzułmański długo nie zgadzał się na kupno. Gdy kolejny raz wystąpiono z tą samą prośbą, poprosiliśmy, aby zapytano zakonników – jeżeli się zgodzą, to my też się zgodzimy. Powiedzieli, że to dla nich zaszczyt. Franciszkanie są bardzo dobrymi sąsiadami. Wystarczy na nich spojrzeć, aby dostrzec ich duchowość. Do dziś bierzemy udział w organizowanym u nich Asyżu, spotkaniu międzyreligijnym. Świetna idea, wspólna modlitwa wyznawców różnych religii, zapoczątkowana w Watykanie.

Ile osób modli się u was?

Willa robi się już trochę ciasna. W piątek i święta ludzie modlą się na zewnątrz. W sali mieści się około 250 osób. Kiedy modlą się w korytarzu a część osób jest na zewnątrz, to znaczy, że przekroczyliśmy tę liczbę.

I tak co tydzień?

Zależy, czy nasze święto pokrywa się z jakimś świętem katolickim, bo gdy ludzie mają wolne, łatwiej jest im przyjść. Muzułmanie mają prawo iść do pracodawcy i poprosić o dzień wolnego, jednak zazwyczaj tego nie robią. Na święta w tym roku przyszło bardzo dużo ludzi, ale i wspólnota teraz mocno się rozwija, we Wrocławiu pojawia się wielu Saudyjczyków. Polska stała się krajem zachodnim, więc automatycznie studia są dobre, poziom naukowy odpowiedni. Sam skończyłem uczelnię w Opolu, więc cieszę się z takiej metamorfozy [śmiech].

Poza tymi dawnymi studentami, kto jest w waszej wspólnocie?

Głównie członkowie ich rodzin. Przede wszystkim Polki, żony tych dawnych studentów. Mało jest za to konwertytów. Często przyjeżdżają do nas ludzie z Zachodu, robią konwersję, po czym wracają do swoich krajów. Mamy też studentów ze Skandynawii, którzy przyjeżdżają tu na tańsze studia. Nie należą do grup, które zostają w Polsce, bo poziom życia w ich krajach jest dobry. Kolejna grupa to ludzie z Zachodu, ale też Pakistańczycy i Hindusi, którzy przyjeżdżają tu pracować w firmach takich jak IBM czy Siemens.

I włączają się w życie społeczności?

To jedyny meczet we Wrocławiu, nie mają wyjścia.

Trafiają tu bez problemu?

Jesteśmy znani w całej Europie. Często przed przyjazdem kontaktują się z nami, pytają, gdzie można kupić mięso z uboju rytualnego, gdzie modlić się i tak dalej.

Gdzie można kupić mięso halal we Wrocławiu?

Nie można.

A w sklepie obok meczetu?

Mięso, które tam jest sprzedawane, pochodzi z Berlina, przez co jest bardzo drogie. Można więc importować, albo nielegalnie dokonywać uboju rytualnego.

A inne produkty?

Kwestia halalu dotyczy przeważnie mięsa. Inne produkty nie muszą być przygotowywane rytualnie, nawet nabiał. Dla muzułmanów halal jest łatwiejszy niż dla Żydów koszerność.

Czyli ciastka, które jemy, to są zwykłe ciastka ze sklepu?

Tak, ale zanim je kupiłem, sprawdziłem składniki, nie znalazłem niczego zabronionego, jak np. żelatyny wieprzowej, czy spirytusu.

A kebab, który znajduje się obok meczetu?

Mięso, z którego jest robiony, pochodzi od Turków, oni utrzymują, że jest halal. I choć część społeczności nie ufa temu, to ja tam jem. Należę do szkoły, która uważa, że skoro mięso jest ubite przez ludzi Księgi, to wolno je jeść. Jeżeli nie mam pewności, że ten, który zabił zwierzę, nie jest ateistą – w islamie nie wolno mi jeść mięsa z uboju ludzi niewierzących w Boga – to nie jem takiego mięsa. Jeżeli zaś rzeźnik był Żydem, chrześcijaninem lub muzułmaninem, to wszystko jest w porządku. Niektórzy używają trudniejszej definicji i nie jestem dla nich wtedy autorytetem. Ale większość tu we Wrocławiu jednak rozumie halal bardziej elastycznie.

Jak więc określić wasz meczet?

W krajach muzułmańskich do meczetu należącego do szkoły hanafickiej przychodzą sami hanafici. Tutaj wszyscy ludzie przychodzą do tego meczetu. Trochę tak jak w gminie żydowskiej?

Tym chyba się rządzą małe społeczności.

Przychodzą tu hanafici, malikici, szafiici, hanbalici. Wszystkie te szkoły różnią się podejściem do wielu kwestii w islamie. Np. szkoła hanaficka, do której zalicza się Tatarów, Palestyńczyków, czy Turków, miała bardziej rozwinięty system prawny, gdyż Abu Hanifa żył w Persji, która na początku islamu była wielkim imperium posiadającym skuteczne narzędzia, które pomagały w wysnuciu prawa z tekstów źródłowych. Dlatego Abu Hanifa w sprawach kodeksu cywilnego czy rodzinnego ma przewagę. Inni dominują nad nim na przykład w sprawach doktrynalnych.

Zaskakujące, że w wielu kwestiach jesteśmy podobni do Żydów. Nie w werdyktach, ale w metodach. Kto, co, jak myśli, dlaczego mówi tak lub nie. Na przykład kiedy jajko nadaje się do spożycia.

Też sprawdzacie, czy nie mają zarodków?

Zależy. Są ludzie, którzy mówią, że trzeba wyrzucać jajko z zarodkiem, gdyż jego zjedzenie jest zakazane. Jeżeli widzę zarodek, to wyrzucam takie jajko, ale dlatego, że się brzydzę, a nie dlatego, że nie jest ono halal.

I mimo tych podobieństw, to Was ludzie panicznie się boją. Jak silna jest islamofobia we Wrocławiu?

Jest bardzo silna, ale lepiej rozszerzmy to pytanie do całej Europy. Powody są oczywiste. Globalizacja, ropa, zacofanie społeczności muzułmańskiej sprzyjające powstawaniu grup mszczących się na cywilizacji. Nie zapominajmy, że w Afganistanie ktoś stworzył grupy bojowników, żeby walczyły z Rosjanami, i ktoś później potrzebował się ich pozbyć. Jakoś tak się dzieje, że w dobie kryzysu, gdy nikt nie ma pieniędzy, ci bojownicy mają ich w nadmiarze. Nie tylko jakieś obce wielkie mocarstwa stwarzają te monstra, które zresztą najłatwiej wyprodukować w oparciu o religie monoteistyczne.

W interesie wielu państw Bliskiego Wschodu jest chęć udowodnienia światu, że tylko one mogą zapewnić spokój w regionie. To problem wszystkich państw naftowych, którym demokracja jest mocno nie na rękę. Do tego jeszcze ignoranci ze swoją, rozwijaną w podziemiu, „czarną doktryną” islamu. Połączmy to wszystko razem, pomnóżmy przez interesy, które kraje zachodnie mają w państwach arabskich, i mamy nieźle wybuchową mieszankę.

W Pańskich wypowiedziach słychać echa porównań do sytuacji Żydów w Europie na początku XX wieku.

Zaczytywałem się w myśli Benno Jacoba, przedwojennego rabina z Breslau. Protestował przeciwko propagandzie antysemickiej, przez którą – jak uważał – Hitler doszedł do władzy. W jej świetle Żydzi nie zasługiwali na poważanie, patriarchowie żydowscy byli oszustami i złoczyńcami, ich Bóg – plemiennym bożkiem, ich religia rozpustnym i podłym zabobonem i tak dalej. A co się mówi teraz o islamie? Że to religia, która chce na ciebie skoczyć i zabić. Moja linia obrony podobna jest do tej, której używał Benno Jacob. Tym razem to my jesteśmy produktem kryzysu europejskiego.

Najgorzej, że ten kryzys dotyczy również wartości. Stare religie stały się nieatrakcyjne. Być może ktoś myśli, że znalezienie wroga zewnętrznego zjednoczy Europejczyków. Stary Kontynent znalazł się w takim miejscu, że, aby nie nastąpił zmierzch cywilizacji, trzeba coś zrobić, a najłatwiej znaleźć wspólnego wroga. I choć wydaje mi się, że jesteśmy w bardzo podobnej sytuacji jak niegdyś Żydzi, to, mam nadzieję, że skończy się to inaczej.

Nawet jak założymy, że straszny islam to panaceum na choroby Europy, to jednak ciężko zlekceważyć ekstremistów.

I jest wiele powodów, żeby ich nie lekceważyć. ISIS (Państwo Islamskie) działa tak, że i ja się boję. Natomiast przed ISIS islamofobia w Europie była rozwijana na potrzeby interesu różnych grup, na przykład w celu budowania populistycznego elektoratu. Dzięki ekstremistom islamskim grupy, które miały marną szansę na karierę polityczną, nagle triumfowały. Karykatury Mahometa pokazały, że na muzułmanach można zrobić niezły biznes. My nie umieliśmy na to w sposób cywilizowany zareagować, co nam na pewno nie pomogło. W islamie pierwszym prawem człowieka jest prawo do ochrony uczuć religijnych. W Europie to kwestia drugorzędna.

Na Zachodzie są ekstremiści, ale mówienie o zachodnim ekstremizmie islamskim to uleganie propagandzie. Muzułmanie na Zachodzie są tacy sami, jak ci we Wrocławiu. Wartości, które islam proponuje ludziom, to miłosierdzie, nie zabijanie. Jeżeli ktoś krzywdzi społeczeństwa europejskie, to według muzułmanów jest przestępcą. To jest poniżej wszelkich norm moralnych, jeżeli ktoś chce się mścić na tym, kto go karmi. Nasza religia każe dziękować podwójnie, potrójnie. Tyle dziękuj, ile Bóg przyjmie od ciebie.

Może czują się odrzuceni przez społeczeństwa zachodnie?

Kraje zachodnie sprawują taką opiekę nad człowiekiem, jakiej muzułmanie u siebie nigdy nie zaznali, nie można powiedzieć, że Zachód nie opiekował się muzułmanami i dlatego muzułmanie chcą się mścić. Postawy niewdzięczności, jak ta w Londynie czy Madrycie, to sytuacje wyjątkowe. Jesteśmy wdzięczni Europie, która dała nam schronienie. Sam przyjechałem z Bejrutu i prawa studenta w obcym kraju przewyższały libańskie chyba tysiąc razy. Tu nie ma miejsca na niewdzięczność.

Nie czujecie się obywatelami drugiej kategorii?

W sprawach dotyczących religii w Polsce bywa ciężko. Polityk boi się narazić swoim wyborcom pomagając muzułmanom. Gdy wystąpiłem z prośbą o rozszerzenie willi o siedem metrów, nie dostałem zgody, mówiono, że to zabytek. Bardzo nam na tym zależało, bo nie mieścimy się w meczecie. Ale w sprawach normalnego życia nie widzę tutaj żadnego problemu.

A na Zachodzie?

Norwegowie czy Szwedzi są zamknięci w sobie, bardzo skryci. Przeciwieństwo muzułmanów. Zderzenie temperamentów i cywilizacji. Tutaj urzekła mnie otwartość, której nie ma na Zachodzie. Pierwszego dnia po przylocie do Polski jechałem do Opola, i ani przez moment nie przestawałem rozmawiać z ludźmi w pociągu. Chociaż nie mówiłem po polsku, a oni po angielsku. Trochę gestykulując, trochę zgadując, rozmawialiśmy przez kilka godzin.