W Koźminku aniołki przyszły na herbatę

Dwie rodziny ratujące Żydów. Rodzeństwo, które donosiło na swojego brata i jego żydowską żonę. Przyzwoity niemiecki komendant, zabity po wojnie. Żydówki, które zaginęły razem ze swoimi kosztownościami.

Fragmentaryczny, zbudowany z opowieści żyjących świadków obraz Zagłady w Koźminku pod Kaliszem ratuje od zapomnienia grupa jego mieszkańców.

 

BOHATEROWIE HISTORII

W każdym małym mieście historie poszczególnych rodzin łączą się ze sobą. Nie inaczej jest w Koźminku, w którym jedna opowieść prowadzi do drugiej, od czasów wojny, do dzisiaj.

Bohaterów opowiedzianej tu historii jest wielu. Są ci, którzy podczas wojny musieli się ukrywać. To Szlamek Bruks i jego ojciec Chaim, a także Sabina (z domu Berent) i jej matka Chana (z domu Matusiak). Są ci, którzy, ryzykując własne życie, im pomagali. To Stanisława i Władysław Umerle oraz Stanisława i Józef Kapłonek wraz ze swoimi rodzinami. A w ich historiach, jak to bywa, mnóstwo jest zarówno bohaterów, jak i ludzi podłych.

Opowieść jednak nie kończy się na wojnie. Jej bohaterkami są też trzy kobiety związane współcześnie z Koźminkiem, które odkrywają żydowską przeszłość miasta, a przy tym poznają historię własnych rodzin. Kapłonkowie, ukrywający pod swoim dachem Szlamka i Chaima Bruksów, to rodzina Donaty, która o koźmineckich Żydach nakręciła wraz z mężem film. Justyna przewodniczy stowarzyszeniu „Spotkajmy się”, które działa na rzecz budowy lapidarium na zniszczonym cmentarzu żydowskim. Iza, której dziadek okazał się jedynym ocalałym z Zagłady bratem Chany Matusiakowej, o historii swojej rodziny zdecydowała się napisać książkę.

 

PRZED WOJNĄ

Koźminek

Przed wojną w Koźminku rytualne zabicie krowy kosztowało cztery złote, zabicie cielaka nieco ponad półtora złotego, a poderżnięcie gardła kurze wyceniano tylko na trzydzieści groszy. Gminie żydowskiej przewodził rabin Konsztam. W mieście znajdowała się bożnica, żydowska szkoła, rzeźnia, łaźnia i cmentarz, założony najprawdopodobniej na początku XIX wieku. W latach dwudziestych XX wieku sześćdziesiąt dwa zakłady handlowe na sto pięć w całym mieście należały do Żydów. Mieszkała tam też liczna grupa ewangelików. O historiach koźmińskich Żydów nie wiemy jednak prawie nic. Przeżyć udało się nielicznym.

Kapłonkowie i Bruksowie

Józef Kapłonek zajmował się transportem, miał sześć koni. Szło mu dobrze, obsługiwał wszystkich Żydów w okolicy, zleceń mu nie brakowało. Czasem pracy było tak dużo, że trzeba było wynajmować furmana. Z wieloma Żydami był zaprzyjaźniony, co rusz zapraszano go na wesela dzieci jego klientów.

Chaim Bruks handlował końmi. Tak poznał Józefa, zdarzało się, że razem brali jakieś zlecenie.

I Józef, i Chaim mieli synów. Ryszard urodził się w 1936, Szlamek w 1931 roku. Poznali się jednak dopiero w trakcie wojny.

Berentowie i Matusiakowie

Wszyscy, którzy znają tę historię, mówią, że to była wielka miłość. On, Bertold, był o trzynaście lat starszy i pochodził z zamożnej ewangelickiej rodziny. W Koźminku mówiło się, że są Niemcami, bo nie byli katolickiego wyznania i mieli niepolskie nazwisko Berent (po przodku, który osiedlił się w mieście przeszło czterysta lat wcześniej). Ona, Chana, z domu Matusiak, pochodziła z żydowskiej rodziny, choć miała polskie nazwisko.

Znali się zaledwie rok, kiedy urodziła się Sabina. Chana miała wtedy 17 lat, to było w 1927 roku. Matusiakom cała sytuacja oczywiście się nie podobała, ale co się stało, to się nie odstanie, nie mieli nic do powiedzenia. Babka Matusiakowa zadecydowała tylko, że to ona zajmie się dzieckiem, bo Chana sama sobie nie poradzi. Sabina do ukończenia szóstej klasy wychowywała się więc u dziadków w Kaliszu. Bardzo ją kochali. Chodziła z nimi do synagogi, ale w domu rozmawiali po polsku, a nie po żydowsku. Na jidysz dziadek z babcią przechodzili tylko wtedy, kiedy musieli powiedzieć sobie coś w tajemnicy albo w trakcie sprzeczki. Matka z ojcem mieszkali w Koźminku, bez ślubu, a Sabina przyjeżdżała do nich na wakacje.

Berentowie mieli z tym niepoprawnym związkiem o wiele więcej problemów niż Matusiakowie. Matka ojca, Melinda Berent, niby przyjęła ich pod swój dach, ale synowa się jej nie podobała. Bracia byli jeszcze bardziej powściągliwi, bali się, że Chana uszczknie coś z ich majątku. „Dziadek ich kochał, ale oni go nienawidzili. Nie mogli na niego patrzeć” – mówi syn Sabiny. Do wojny jakoś to było, jeszcze się hamowali.

W 1939 roku, przed wybuchem wojny, Sabina przeprowadziła się do rodziców.

 

Bertold Berent. Data wykonania fotografii nieznana. /Fot. Archiwum rodzinne

Bertold Berent. Data wykonania fotografii nieznana. /Fot. Archiwum rodzinne

 

WOJNA

Berentowie

Ledwo zaczęła się wojna, a bracia Bertolda już zaczęli kombinować, co by tu zrobić z Żydówką w rodzinie. Wszyscy dobrze sytuowani, najbardziej Oleś z Kalisza, rejent z wysoką pensją. Pewnego dnia na ławce pod domem odbywało się rodzinne zebranie. Bertold nie chciał się mieszać, ale skoro przyszedł tam nawet Oleś, Chana wypchnęła męża, żeby posłuchał, o co chodzi. Zszedł na dół i po jakimś czasie usłyszał troskliwe pytanie: „Słuchaj, czy ta twoja żona ci w życiu nie zaszkodzi?”.

Chana postanowiła przeczekać zagrożenie we własnym domu. Za trzydrzwiową szafą ukryte było przejście do pokoju, w którym chowała się, kiedy w okolicy pojawiali się żandarmi. Być może przeżyłaby wojnę, gdyby nie nienawidząca jej rodzina męża.

W sierpniu 1941 roku urodziła drugie dziecko. Po jakimś czasie mały Berek ciężko zachorował na zapalenie płuc. Lekarz Nurkowski przychodził tylko pod wieczór, bo, według Sabiny, „tak podłą ojciec miał rodzinę”, że wszystko musiało odbywać się w największej tajemnicy. Nie było tygodnia, żeby w pobliżu domu Berentów nie pojawił się gestapowiec. Jeden z niemieckich żandarmów miał tuż po wojnie wyznać Bertoldowi: „Panie Berent, drzwi się nie zamykały, bo tak przychodzili na posterunek w pana sprawie. Niech pan nie ma do mnie pretensji, ja musiałem obowiązek wykonać”.

Pierwszego października Bertold wracał z pola, siali akurat zboże przed zimą. Przyszedł żandarm i zapytał, gdzie żona i dzieci. Wiadomo było, że się nie ukryją, zwłaszcza że Berek cały czas kaszlał. Chana, po kilku policzkach wymierzonych przez Niemca, w końcu przyniosła synka. Aresztowali całą czwórkę: Chanę, Bertolda i ich dzieci. Bertold próbował negocjować, żeby chociaż dziecku dali spokój, ale żandarm nie był w nastroju na licytacje. „Dieses Schwein auch mit”, „ta świnia też” – powiedział tylko. Zabrano ich do aresztu w Kaliszu i następnego dnia przesłuchano.

Kaszel chorego dziecka irytował żandarma. Wziął poduszkę i na oczach matki i ojca przytrzymywał ją na twarzy Berka tak długo, aż przestał oddychać.

Sabinę wypuścili, rodziców zatrzymali. Berka trzeba było pochować, ale bracia ojca sprzeciwiali się, żeby leżał na cmentarzu ewangelickim. Sabina musiała sama zorganizować pogrzeb, miała wtedy czternaście lat. Stolarz Lange zbił trumienkę, organista Fischer pomógł w organizacji pochówku. Na  cmentarzu ewangelickim.

„To wszystko rodzina zrobiła, żeby nie rodzina, to może matka by się jakoś ukryła, Berek by przeżył” –  wspomina Sabina.

Bruksowie

Bruksowie na wiosnę 1941 roku trafili do wyznaczonego w Koźminku getta, którego granicę z jednej strony stanowiła rzeka Swędrnia. Podczas akcji likwidacyjnej Szlamek razem z ojcem uciekli przez rzekę do pobliskiej osady Tymianek. Przeczekali tam krótki czas, a potem już do końca wojny ukrywali się u dwóch rodzin: Umerle i Kapłonków. Pozostałych mieszkańców getta Niemcy wywieźli do Łodzi, do Chełmna nad Nerem albo zagazowali w ciężarówkach i zakopali ciała na obrzeżach niedalekiego Gołuchowa. Najstarsi mieszkańcy Koźminka pamiętają widok dzieci wrzucanych na samochody i płacz ich matek.

Szlamek i Chaim najpierw ukrywali się u rodziny Umerle. Gospodarstwo stało na uboczu, otoczone polami, było dobrym miejscem na kryjówkę. W dzień Bruksowie siedzieli w stajni albo w stodole.  Wieczorami przychodzili do domu, żeby się najeść i umyć. Po dziesięciu miesiącach do Władysława Umerle przyszedł funkcjonariusz gminny i zawiadomił, że musi oddać część stajni do dyspozycji wojska niemieckiego. Musieli uciekać. Stodoły, w której się ukrywali, dziś już nie ma, ale po jej rozbiórce rodzina na pamiątkę zostawiła deski, z których wybudowała płot, stojący do tej pory przed ich domem.

Polami Szlamek i Chaim przedostali się do Kapłonków, gdzie zostali aż do końca wojny.

Ryszard Kapłonek nie pamięta momentu, kiedy się zjawili. Na początku rodzice nic mu nie powiedzieli. Od Szlamka dowiedział się już długo po wojnie, że Józef nawet przed własnym bratem trzymał wszystko w tajemnicy. Szlamek przytoczył rozmowę, której był świadkiem. Do stajni, gdzie siedział w sianie, przyszedł brat Józefa i zaczął go wypytywać, gdzie ukrywają się Bruksowie, bo ludzie gadają. Józef udał, że nic nie wie. Brat wyszedł, a on zwrócił się do Chaima: „Upije się, będzie chodził po wsi i opowiadał, że ukrywam Żydów. Takich rzeczy się nie mówi”.

Ryszard nie wiedział, że jego rodzice ukrywają Żydów, dopóki przez przypadek podczas zabawy w chowanego nie znalazł w sianie Chaima. Raz został wieczorem sam, z dziesięć lat starszą siostrą. Na zewnątrz wielki mróz, a ona z jakimś garneczkiem szykuje się do wyjścia. Zaciekawiło go to i spytał, co robi. Odpowiedziała, że niesie herbatę, bo aniołki przyszły i musi im zanieść na rozgrzanie. Był zbyt młody, żeby nie uwierzyć. Potem rodzice nauczyli go, żeby nikomu słowa nie pisnął. Trzymał się tego jak największej świętości.

Szlamek usłyszał od swojego ojca, że nawet, gdyby Niemcy, przeczesując zboże, wbili mu widły w serce, nie wolno mu pisnąć. Zabiją wtedy nie tylko ich, ale całą rodzinę Kapłonków.

„Tu było spokojnie, nikogo nie ruszali, nie wysiedlali”, wspomina Ryszard. Obok ich domu mieszkał komendant niemieckiej żandarmerii, przyzwoity człowiek. Ziemię, żeby się na niej pobudować, kupił od Józefa Kapłonka. Komendant do niczego się nie wtrącał, rzadko się pokazywał. Miał jedną córkę, trochę niepełnosprawną, wiejscy chłopcy nieraz dali jej w kość, ale ani komendant, ani komendantowa nigdy nikogo za to nie upominali. „Inna matka od razu by pogoniła”, mówi Ryszard. Sądzi, że takie sąsiedztwo działało jak parasol ochronny. Nikt nie podejrzewał, że tak blisko komendanta mogą ukrywać się Żydzi.

W dyngusa 1944 roku zmarła siostra Ryszarda, Salomea, ta, która dawała herbatę aniołkom. Poszła oblać sąsiadów, zaczęli ją gonić, uciekała co sił w nogach. Dobiegła do domu, usiadła i dostała zawału. Miała siedemnaście lat.

Weszli Rosjanie. Wojna się skończyła, żona komendanta przybiegła z krzykiem do Józefa Kapłonka, żeby przyszedł, dał dobre słowo. Ale z Rosjanami nie było dyskusji. Zabrali niemieckiego komendanta, wywieźli jakieś dwadzieścia kilometrów dalej. Nie wiadomo jednak, kto go rozstrzelał, podobno nie Rosjanie. Żonie i córce dali spokój. Zostały na zawsze w Polsce. Córka mieszkała w Kaliszu, zmarła nie dalej niż pięć lat temu.

Sabina

„Przeżyłam dosyć. W nocy szłam z grubym kijem, bo psy były puszczone. Boso, żeby nikt mnie nie słyszał” – wspomina Sabina.

Jej rodzice zostali w areszcie, mieli wyznaczony proces na listopad. Nie wiadomo, co działo się potem z matką. Możliwe, że Chana trafiła do getta w Łodzi i tam zginęła. W rejestrze więźniów Auschwitz jej nie ma. Ale to wszystko tylko tropy. Ojciec przez trzy lata był w obozie w Sonnenburgu.

Sabina pamięta sen. „Czy to możliwe, żeby taki sen był?” – pyta. „Matka moja, Chana, mówi do swojej koleżanki: ‘Frania, przyślij mi kawałek chleba, bo jestem taka głodna, nie mam co jeść’. Tak mi się śniło, jakby gdzieś była w jakimś zgromadzeniu, ale to nie było getto”.

Sabinie zabrano nazwisko ojca i wpisano do dokumentów polsko brzmiące nazwisko jej matki, przyznając kategorię „Polka”. Normalnie może zagwarantowałoby to jej bezpieczeństwo, ale kiedy bracia Bertolda pozbyli się już dwóch kłopotów, chcieli i ją wykończyć. Byłaby przecież jedyną spadkobierczynią majątku, gdyby nie wrócił z obozu. Ktoś ostrzegał, że nie powinna dać się złapać na roboty do Niemiec, bo jeśli wyda się, że jest Żydówką, to zamiast do Niemiec, trafi do Auschwitz. A w Koźminku Berentowie przecież doniosą. Uciekała więc z miejsca na miejsce. Trzy razy zbiegła z obozu przejściowego, po drodze tracąc wszystko, co przy sobie miała, choć i tego nie było wiele. Schronienia udzieliła jej dalsza rodzina ojca, Hornowie z Radliczyc, którzy ubrali ją i wykarmili. Przez pewien czas pracowała w warsztacie u Niemca Kühna w Koźminku, ale szybko interweniowali bracia ojca, żeby ją aresztować. Szef, który wiedział o jej żydowskim pochodzeniu, zachował się na tyle przyzwoicie, że kazał im odejść i oficjalnie zarejestrował Sabinę w urzędzie pracy. Wszystko jakoś by szło, gdyby nie przyjaciółka, Niemka, która jej pomagała. Do czasu. Gdy jej mąż był w wojsku, zabawiała się z przelotnymi kochankami. Zapewne jednemu z nich sprzedała pewnego razu buty męża. Kiedy wrócił do domu i zorientował się, że zniknęły, oskarżyła o kradzież Sabinę, która przez to trafiła na pięć miesięcy do więzienia w Kaliszu. Jeden z kuzynów, mniej do niej uprzedzony, „Volksdeutsch siedem razy ranny na wojnie”, próbował nawet się o nią upomnieć. „Ukradła, to musi za to odpowiedzieć” – usłyszał. I tak Żydówka podczas wojny siedziała w więzieniu za kradzież butów.

Skrzynie

Kiedy Szlamek i stary Bruks siedzieli w stodole, do drzwi Kapłonków zapukały dwie Żydówki. Wystraszyły się jednak bliskości domu komendanta i poprosiły, żeby pomóc im w przeniesieniu się do gospodarza, z którym wcześniej były już w kontakcie. O ukrywających się Bruksach nie wiedziały. Miały ze sobą dwie skrzynie, do dziś plotkuje się, że pełne złota. Ojciec Ryszarda najął trzech zaufanych tragarzy i przenieśli skrzynie do gospodarstwa w sąsiedniej wsi. I skrzynie, i Żydówki przepadły bez śladu. Nie wiadomo, co dokładnie się stało, ale ludzie gadają, że niedawno złoto odkopał syn gospodarza.

 

PO WOJNIE


Koźminek

Dziś koźmińska synagoga i mykwa są domami mieszkalnymi, które niczym nie przypominają swojej pierwotnej funkcji. Na cmentarzu nie zostały żadne macewy. Kilka, odnalezionych na terenie boiska szkolnego, a umieszczonych tam po wojnie dla umocnienia terenu, składowanych jest obecnie w Spółdzielni Kółek Rolniczych. Dwadzieścia domów żydowskich rozebrali podczas wojny niemieccy żołnierze. Do pozostałych wprowadzili się po wojnie Polacy.

Bruksowie

Szlamek i jego ojciec Chaim, kiedy skończyła się wojna, chcieli wrócić do swojego domu. Okazało się jednak, że jest już zajęty. „Bieda była, pracy nie było, nic nie było” – mówi Ryszard Kapłonek. „No więc wprowadził się tam lokator, zasiedział i nie chciał wpuścić Chaima”. Sprawa skończyła się tak, że po interwencji u wójta Bruksom pozwolono zająć połowę własnego domu.

Berentowie

Kamieniczkę, w której niewielkie mieszkanie zajmuje teraz Sabina, postawił jej dziadek ze strony ojca w 1906 roku. Rodzina miała ponadto 35 hektarów ziemi i uchodziła za jedną z dwóch najbogatszych w Koźminku. Kiedy skończyła się wojna, Sabina z ojcem zajęli się, jak za dawnych czasów, gospodarką. Tak było do maja 1945 roku, kiedy aresztowano Bertolda, a majątek zakwalifikowano jako opuszczony. U progu z walizkami pojawili się repatrianci ze Wschodu. Powiedzieli do Sabiny i jej babci Melindy, która już wtedy nie wstawała z łóżka, że nie mają czego szukać we własnym domu. Przyszedł ktoś z gminy i próbował uspokajać, że jakieś mieszkanie na pewno sobie załatwią. Sabina wzięła sprawy w swoje ręce, pojechała do Kalisza, do partii, i dostała pismo, że nie wolno jej wyrzucić. Stanęło na tym, że z całego majątku Berentom zostało małe mieszkanko, hektar ziemi i chlewik.

Po sześciu tygodniach ojciec Sabiny został zwolniony z więzienia. Sędzia z Poznania przesłuchał go i stwierdził, że w czasie wojny był lepszy niż niejeden Polak. Zupełnie tak, jakby Polakiem nie był. Próbowali jeszcze walczyć o zwrot majątku, ale bez skutku. „Wszystko zagrabili, posprzedawali, a my jesteśmy dziady” – mówi Sabina.

Bruksowie

Po zakończeniu wojny Chaim Bruks znów zaczął handlować końmi. Jego żona, matka Szlamka, wróciła później. Sabina przypomina sobie spotkanie, podczas którego opowiedziała jej, że w Theresienstadt pracowała w fabryce amunicji. Jesienią 1944 roku pewien Niemiec pocieszał ją, że wojna zaraz się skończy i dla niej jeszcze też zaświeci słońce. Szlamek i Ryszard przez krótki czas chodzili razem do szkoły. Pewnej nocy w 1946 roku do Bruksów przyszedł ktoś z ostrzeżeniem, że muszą uciekać. Z nikim się nie pożegnali, wyjechali.

Berentowie

Jedna z niewielu żydowskich znajomych Sabiny, która przeżyła, powiedziała jej: „Wiesz co, my będziemy wyjeżdżać, bo tu w Kaliszu już na nas patrzeć nie mogą”. Ona nie myślała o wyjeździe. Zaczęła pracować w ogrodnictwie, potem chciała zostać salową, ale nie mogła wytrzymać widoku ludzkiego cierpienia. Rodzina jej ojca, oprócz babci Berentowej, podpisała Volkslistę i wyjechała do Niemiec. Ojciec zmarł w 1976 roku, dwa lata później odszedł mąż Sabiny. „Przeżyłam dosyć dramatów. Pracowałam wtedy w fabryce mebli przy maszynie, nieraz przez łzy nic nie widziałam. Trzech synów miałam, jak ja sobie z nimi poradzę, myślałam. Znowu taka klęska mnie w życiu spotkała. Ale jakoś dałam sobie radę, pracowałam, jak mogłam, tak wszystkich wyszkoliłam”.

Po latach: Wrocław

Po wojnie pastor do kościoła ewangelickiego w Koźminku przyjeżdżał raz na miesiąc. Sabina czasami chodziła na nabożeństwo. W synagodze ostatni raz była w 1939 roku, kiedy jeszcze mieszkała z dziadkami w Kaliszu. Pamięta listek, cytrynę i kuczkę na podwórzu.

Trzy lata temu Sabina z Izą zostały zaproszone na święta do wrocławskiej synagogi. „Dostałyśmy modlitewniki” – wspomina Iza. – „Ciocia zaczęła czytać tekst, po czym odłożyła sidur i po prostu się modliła. Pamiętała wszystko sprzed wojny”.

Koźminek dziś

Te historie być może zostałyby zapomniane, gdyby nie zaangażowanie trzech osób. Donata, Justyna i Iza w małym Koźminku przywracają pamięć o jego żydowskich mieszkańcach.

Donata ze swoim mężem Andrzejem, poruszeni historiami, które poznawali, nakręcili film. Rozmawiali z mieszkańcami Koźminka, którzy pamiętali swoich żydowskich sąsiadów, szukali dokumentów. Pojechali do Izraela, żeby posłuchać historii Szlamka i Miriam, innej koźmineckiej Żydówki, której udało się przeżyć wojnę. Projekt finansowali początkowo w większości sami, potem, pieniędzmi pochodzącymi z funduszy unijnych, wsparła ich też gmina. Powstał dokument „Koźminek. Historia nieznana”. Jednym z jego głównych bohaterów jest Ryszard Kapłonek, wujek Donaty. Film pokazywany był w Johannesburgu jako przykład opowiadania o lokalnej żydowskiej historii.

Iza, której dziadek był jedynym ocalałym bratem matki Sabiny, o losach swojej rodziny pisze książkę. Do niedawna nie znała tej historii w ogóle, bo w domu na takie tematy się nie rozmawiało. „Dziwił mnie przede wszystkim brak grobów w naszej rodzinie. Nie trzeba było wielkiej filozofii, żeby zgadnąć, czemu tak jest” – mówi. Zaczęła zbierać opowieści Sabiny i konfrontować je ze źródłami historycznymi, zgadzało się wszystko. Jej dziadek miał na imię Zelman, ale w 1934 roku, żeby ożenić się z katoliczką, przyjął chrzest i stał się Zygmuntem. Iza, tak jak wielu polskich Żydów, do prawdy o historii swojej rodziny dochodziła sama, bazując na hipotezach.

Justyna po kilku latach podróży po świecie postanowiła zająć się tym, co interesowało ją od dawna. Ukończyła kurs historii i relacji polsko-żydowskich. Postawiła sobie za cel sprowadzenie do Koźminka projektu Muzeum Historii Żydów Polskich POLIN „Muzeum na kółkach”. Mimo że miasto nie spełniało wszystkich wymogów formalnych, udało się. „Kiedy roznosiłam ulotki informacyjne” – mówi – „bałam się wypowiedzieć słowo Żyd. Obawiałam się reakcji ludzi, tych konotacji, że ktoś przyjdzie i będzie chciał odbierać Polakom domy. Okazało się jednak, że wszyscy byli nam bardzo przychylni”.

Justyna i Donata działają w stowarzyszeniu „Spotkajmy się”. „Dziesięć osób z Koźminka stwierdziło, że skoro przed wojną połowa mieszkańców tego miasta była Żydami, a teraz nie ma po nich żadnego śladu, to trzeba to upamiętnić” – opowiada Justyna. Zabiegają o to, żeby z odnalezionych w 2004 roku na terenie boiska szkolnego macew ze zniszczonego w czasie wojny cmentarza utworzyć lapidarium. Projekt popierają lokalni radni i wrocławska gmina żydowska.

Medal

Zarówno rodzina Kapłonków, jak i Umerle, utrzymywały kontakt ze Szlamkiem po jego wyjeździe z Polski. Po wojnie Szlamek nigdy jednak nie odwiedził rodzinnej miejscowości, ale kilka lat temu do Koźminka przyjechała jego żona i córki. Ryszard Kapłonek na zaproszenie Szlamka pojechał na kilka dni do Izraela. Szlamek narzekał, że to za mało czasu na zwiedzanie, ale Ryszard nie mógł zostać dłużej. Telefonują do siebie regularnie, Ryszard już podczas naszego spotkania planował, co opowie Szlamkowi w kolejną niedzielę.

„Oglądam w telewizji, jak odznaczają medalami Sprawiedliwych księży, inżynierów, doktorów jakichś. A mój ojciec był prostym rolnikiem. Skoro przychodzą tu dziennikarze i opisują jego historię, to czemu nie wyznaczą ojca do nagrody?” – mówi Ryszard.

Jednak żeby Yad Vashem mogło zacząć procedurę przyznania tytułu Sprawiedliwych Wśród Narodów Świata dla Stanisławy i Władysława Umerle oraz Stanisławy i Józefa Kapłonków, potrzebne jest zeznanie uratowanego. Szlamek krótki opis wojennych przeżyć złożył w 1992 roku w polskiej ambasadzie w Tel Awiwie, nie zrobił tego jednak nigdy w Yad Vashem.