Uchodźca, który pomaga uchodźcom

O Swarze słyszę od Caroli, z którą rozmawiam o monachijskiej inicjatywie Laptops4Refugees. Nazywa go mediatorem. Choć sam jest uciekinierem z Syrii, zaangażował się w pomoc tym, którzy tego lata przyjechali do Niemiec.

Jak znalezłeś się w Niemczech?

Swar Mustafa: Jestem tu od prawie półtora roku, od lipca 2014 roku. Z Syrii uciekłem do Turcji, stamtąd dostałem się do Bułgarii, później Serbii, na Węgry, do Austrii i wreszcie do Niemiec.

W jakiego miasta w Syrii pochodzisz?

Kiedy mówisz „w Syrii”, dziwnie się czuję. To nie jest mój kraj, ja nie jestem Syryjczykiem tylko Kurdem. Tylko mój kraj, niestety, jest częścią Syrii. Mieszkaliśmy w Al-Kamiszli we wschodniej Syria, na granicy z Turcją. Tam studiowałem informatykę aż do czerwca 2014 roku, kiedy dostałem wiadomość od ISIS, że mnie zabiją.

Dlaczego?

Podczas Rewolucji zaangażowałem się politycznie po stronie Kurdów. W mojej rodzinie od dawna są takie tradycje – od ponad 100 lat walczymy z krajami, które okupują Kurdystan.

A konkretny powód?

Pracowałem jako reporter dla telewizji kurdyjskiej. Nagrywałem wszystkie kurdyjskie demonstracje, zamieszczałem je i komentowałem w internecie. Zawsze w masce. Ale pewnego dnia moja koleżanka, dla żartu, ściągnęła mi tę maskę i przez to ujawniłem swoją twarz. Nikt nie znał mnie z imienia i nazwiska, ale, jako że mój ojciec też jest mocno politycznie zaangażowany w naszym mieście, ktoś szybko połączył fakty. Któregoś ranka jak zwykle wsiadałem do samochodu i za wycieraczką znalazłem notkę. Masz 24 godziny na opuszczenie miasta.

Albo cię zabijemy.

Tak. Wybrałem ucieczkę, ale dopiero, kiedy taki liścik otrzymałem trzeci raz. Wtedy mój ojciec stwierdził, że naprawdę muszę uciekać.

A jemu nie grozili?

Grożą mu codziennie. Ale on nie może uciec, jest liderem dużej społeczności, musi tam zostać. Zresztą, ma teraz ponad 60 lat – starych drzew się nie przesadza.

Masz rodzeństwo?

Mam pięć sióstr i czworo braci.

Zostali w Al-Kamiszli?

Wszystkich Kurdów powyżej 18 roku życia obowiązuje w Syrii służba wojskowa. Niezależnie od tego czy studiujesz czy nie. Dlatego mój ojciec wypycha wszystkie dzieci z domu, gdy tylko skończą osiemnastkę.

Gdzie w takim razie mieszka twoje rodzeństwo?

Jeden brat i dwie siostry są w Arabii Saudyjskiej – już dwadzieścia, trzynaście i osiem lat. Dwóch braci mieszka w Turcji, jeden z nich pracuje tam dla kurdyjskiego rządu.

Jak żyje się w Arabii Saudyjskiej?

Nie do końca dobrze.

Czemu?

Kurdyjczycy są obcy w każdym kraju. Jeśli nie masz rodziny, własnego państwa, zawsze czujesz się samotny. Obcemu rządowi na tobie nie zależy.

To dlatego, że oni nie są tam szczęśliwi, nie chciałeś wyjechać do Arabii Saudyjskiej?

Panują tam bardzo restrykcyjne przepisy prawa muzułmańskiego – ja nie lubię się podporządkowywać temu, co inni uważają za słuszne. Nie lubie religii tak w ogóle, nie identyfikuję się z żadną z nich. Moja religia to humanizm.

Od razu wiedziałeś, że chcesz jechać do Niemiec?

Tak naprawdę to nie ja wybrałem Niemcy. Bardziej to oni wybrali mnie. Ale najpierw przerwałem studia i pojechałem do Turcji. Tam zapisałem się na kurs tureckiego, skończyłem go i chciałem dalej się uczyć, ale udzielono mi odmowy. Ze względu na to, że jestem Kurdem. Wykształcenie jest dla mnie bardzo ważne, więc, mimo że mogłem tam pracować, zdecydowałem, że skoro nie będę studiował, to muszę wyjechać. Chciałem dotrzeć do Wielkiej Brytanii. Ale to też nie wypaliło.

Skąd wiedziałeś, że masz w takim razie jechać do Niemiec?

Nie wiedziałem.

To kto powiedział ci, jak się przemieszczać?

Miałem przewodników. Musiałem im zapłacić prawie 12 tysięcy euro.

Kim oni byli?

Nie mam pojęcia. Kiedy tylko dotarliśmy do Bułgarii, ulotnili się.

Muszą na tym robić niezły biznes.

Na pewno. Było nas w grupie 24, każdy płacił – jedni trochę więcej, jedni trochę mniej. Minimalna cena to było 9 tysięcy euro.

Dostałeś chociaż coś do jedzenia i do picia za te 12 tysięcy?

Nie. Kiedy zniknęli, sami musieliśmy korzystać z nawigacji, żeby wiedzieć, gdzie mamy iść.

Skąd dowiedziałeś się o tych przewodnikach?

To w ogóle nie jest trudne, każdy o nich wie.

Spotykaliście po drodze innych ludzi?

Nie, cały czas szliśmy wzdłuż granic, obrzeżami. Cała droga zajęła około 2 miesięcy i 20 dni. Do Austrii całą drogę przemierzyłem na pieszo.

Wreszcie dotarłeś do Niemiec.

Kiedy znalazłem się na dworcu w Monachium, wszystko wyglądało inaczej niż dzisiaj. Teraz uchodźcy są przyjmowani w bardzo dobry sposób, wcześniej tak nie było. Przyjeżdżają zoorganizowanymi pociągami, wiedzą, gdzie mają iść, od razu dostają jedzenia. Na nas nikt nie czekał, ja nie miałem nic w ustach od dwóch tygodni. Podszedłem do policjantów stojących na peronie i powiedziałem, że jestem strasznie głodny. Dostałem od nich 2 euro – starczyło mi na kawę. Potem zabrali nas do Bayern-Kaserne. To jest to słynne miejsce, gdzie ponad 2 tysiące osób czekało na ulicach na to, żeby zostać zarejestrowanym.

Wtedy jeszcze uchodźców nie przyjeżdżało do Niemiec aż tak dużo jak tego lata.

Tak, ale Niemcy nie były na to kompletnie gotowe, więc wszystko odbywało się bardzo chaotycznie. Było dwóch ludzi zajmującyh się dwoma tysiącami uchodźców. Wiesz, dlaczego nie chcę być nazywanym „syryjskim uchodźcą”? Bo Syryjczycy zachowywali się w tej kolejce bardzo źle. Regularnie wstrzynali zamieszki z ochroniarzami. Ja zawsze stałem i czekałem na swoją kolej, chociaż z tego, co słyszałem, czas oczekiwania wynosił około 2-3 tygodni. Byłem spokojny w porównaniu z nimi i pewnie dlatego jeden z pracowników podszedł do mnie i powiedział: „Ty wyglądasz mi na takiego, który nie chce robić burd”. Oczywiście przytaknąłem i powiedziałem, że ci awanturnicy są po prostu głupi. Zostałem zarejestrowany tego samego dnia i przewieziony do obozu dla uchodźców.

Jak to wyglądało?

Bardziej jak obóz młodzieżowy, duże namioty. Tam spędziłem miesiąc albo dwa, potem przenieśli nas na Stadion Olimpijski.

Co tam robiłeś? Uczyłeś się już niemieckiego?

Jeszcze nie, ale pomagałem niemieckim pracownikom socjalnym jako tłumacz. Oni nie znali przecież języków uchodźców, a ja znam cztery języki.

Słyszę po twoim angielskim, że musisz mieć talent do języków.

Wierz mi lub nie, ale nigdy w życiu nie uczyłem się angielskiego.

Przecież mówisz płynnie.

Taki dostałem dar od Boga. Nigdy nie byłem nawet na jednej lekcji angielskiego. Kiedy uciekłem z Syrii, mieszkałem u rodziny w Turcji. Żona wujka jest Brytyjką. Na pytanie, How are you?, odpowiadałem, My name is Swar. A ona śmiała się ze mnie i odpowiadała, że nie pytała, jak się nazywam, tylko jak się mam. Rozmawialiśmy tylko po angielsku i trzy dni później już mniej więcej wszystko rozumiałem.

Czyli w obozie byłeś już profesjonalnym tłumaczem.

Tak, z kurdyjskiego na angielski. Dzięki mojemu zaangażowaniu, dostałem przywileje, których inni nie mieli. Mogłem na przykład wychodzić i wracać na teren obozu, kiedy chciałem.

Innym nie było wolno?

Inni tylko spali, jedli i znowu kładli się spać. Ja miałem chyba inne priorytety.

Co było potem?

Przenieśli mnie do bazy lotniczej Fliegerhorst Fürstenfeldbruck. W Fliegerhorst urzędnicy zapytali, czy nie chciałbym dla nich pracować, ze względu na znajomość języków. Rozumiesz, zaoferowali mi taką normalną pracę, bo wcześniej byłem wolontariuszem. Podczas pracy poznałem Petera, z którym mieszkam teraz. Peter jest Niemcem, zaoferował mi, że mogę zostać u niego w domu.

Czym zajmuje się Peter?

Pracował z uchodźcami, był wolontariuszem. Zaczęliśmy ze sobą gadać. Był ciekawy, skąd właściwie jestem, jak chyba wszyscy w Niemczech. On nie jest już nawet moim przyjacielem, traktuję go jak rodzinę. A za dokładnie tydzień znowu się przeprowadzam.

Gdzie się przeniesiesz?

Do Monachium. Po prawie ośmiu miesiącach u Petera, wreszcie znalazłem mieszkanie w Monachium.

Masz pieniądze na wynajem?

Jestem teraz wolnym słuchaczem na uniwersytecie i uczę się niemieckiego – za miesiąc skończę kurs B1. Od nowego semestru mam obiecane stypendiu, a do tego czasu będę zarejestrowany jako bezrobotny.

Ile lat musisz jeszcze studiować?

Najpierw muszę skończyć intensywny, dwuletni kurs niemieckiego, a potem zacząć studia od nowa, czyli zleci mi kolejne pięć lat.

A ile masz lat?

Urodziłem się 1. maja 1994.

Masz dopiero 21 lat!

Tylko w moich dokumentach jest tak zapisane, tak naprawdę mam już 24 lata.

Musiałeś skłamać, ubiegając się o prawo pobytu w Niemczech?

Ależ skąd! W 1994 roku Syryjczycy powiedzieli, że każdy Kurd dostanie obywatelstwo syryjskie. Dopiero wtedy mój tata zarejestrował mnie, żebym dostał paszport i stąd ten błędny rok w moich dokumentach. Koniec końców nie przyznali nam tych paszportów, po raz kolejny nas okłamali.

Znasz innych uchodźców, którym udało się dostać na uniwersytet?

Niemcy są krajem, w którym musisz udowodnić, co jesteś warty. Znam osoby, które uciekając do Europy porzucały studia – Syryjczyków, Kurdów. Ale mam wrażenie, że oni studiowali dla samego faktu studiowania, z chęci zapewnienia sobie dobrze płatnej pracy w przyszłości. Ja zawsze marzyłem o informatyce. Tamci nie do końca potrafią sprawdzić się w warunkach niemieckich. Rząd ani uniwersytet nie przyzna stypendium komuś, komu zależy tylko na pieniądzach. Wybiorą kogoś, kto w przyszłości, swoją pracą, odpłaci za otrzymaną pomoc. Grupa wolnych słuchaczy na moim uniwersytecie początkowo liczyła 300 osób. Na drugi wykład przyszło ich 100. Na trzeci – 24. A teraz, kiedy uczymy się już na serio, jest nas tylko trójka.

Co się z nimi w takim razie stało?

Tak jak ci mówiłem, oni nie mają motywacji do studiowania. Ja połowę poziomów niemieckiego zaliczę w pół roku, wszystko chcę skończyć jak najszybciej, żeby zacząć spełniać swoje marzenia.

Pracujesz?

Być może niedługo dostanę pracę, ale to jeszcze nic pewnego.

Jesteś chyba wyjątkowym przypadkiem, bo nie tylko chcesz się dalej uczyć i pracować, ale sam zaangażowałeś się w pomoc uchodźcom.

W tym roku, kiedy Monachium zaczęło przyjmować dużą liczbę uchodźców, zacząłem szukać opcji większego zaangażowania się i znalazłem stronę Laptops4Refugees. Pracowało wtedy dla nich 6 osób, ja byłem siódmy. Dołączyłem do zespołu technicznego zaraz po tym, jak się o nich dowiedziałem. Chęć pomagania to coś, co wyniosłem z domu. Rodzice nauczyli nas tego w bardzo wczesnym wieku. Kiedy miałem sześć, siedem lat, moja nieżyjąca już mama miała w zwyczaju w każdy piątek przygotowywać śniadania dla bezdomnych. Kiedy przyjechałem do Niemiec i mieszkałem z innymi uchodźcami, zauważyłem, że dużo z nich nie wie, co to znaczy być w innym kraju, w Europie.

Ale czemu nie wiedzą? Bo są niewykształceni?

Nie do końca. Wykształcenie nie da ci mądrości. Chodzi mi o zachowywanie się w głupi sposób. Jeśli jesteś w Europie, musisz starać się być takim jak wszyscy inni. Jesteś tu przecież gościem. Chciałem dać wszystkim lekcję, co to znaczy mieszkać w Europie. Na początku w ogóle nie chcieli mnie słuchać, ale potem zorientowali się, że wiem na ten temat trochę więcej, bo wcześniej mieszkałem w Turcji, a to prawie Europa. Pomaganie innym naprawdę mnie uszczęśliwia. I tak, jak ci już powiedziałem, to że mówię w czterech językach to dar, muszę się nim dzielić.

Myślisz, że zostaniesz w Niemczech?

W Al-Kamiszli miałem w zasadzie wszystko, o czym mogą marzyć osoby w moim wieku: auto, pracę, studia. Ale nie miałem narodowości, papieru, który by to stwierdzał. Przyjechałem do Monachium i Niemcy zorientowali się, że nie jestem głupi. Zobaczyli we mnie uchodźcę, który pomaga innym uchodźcom. Tak mnie nazywali. Potem zmienili to na ksywkę „magic brain”, bo okazało się, że znam języki i jestem dobry z komputerów.

Jak myślisz, co stałoby się, gdybyś zamiast ucieczki wybrał pozostanie w domu?

Nie rozmawialibyśmy dzisiaj.

Zabiliby cię? Jak?

Po prostu idziesz ulicą, ktoś strzela, ułamek sekundy i cię nie ma.

Takie sytuacje są na porządku dziennym?

Tak, szczególnie kiedy jest się politykiem, dziennikarzem – wtedy jest się w nieustannym zagrożeniu. Nawet w Europie.

Myślisz, że mogą śledzić to, gdzie jesteś?

Jeśli tylko by chcieli – na pewno. Ale teraz już o nich nie mówię, więc wątpie, żeby to zrobili.

Kiedy mówisz oni, wiesz kim są ci ludzie? Jesteście z tego samego miasta? Macie ze sobą coś wspólnego?

Nie, nic nas nie łączy. Tak jak my teraz jesteśmy uchodźcami w Europie, oni są uchodźcami w Kurdystanie. Niektórzy z nich to uśpieni członkowie ISIS. Pracują dla ISIS, ale tego nie ujawniają, czekają na właściwy moment.

Tacy szpiedzy.

Tak. Kiedy ja otrzymałem wiadomość, że mnie zabiją, wywołało to jakiś niepokój, ale widziałem, że muszę dalej pracować. Nie chciałem uciekać, nie chciałem rezygnować z życia jakie miałem w domu.

A gdybyś mógł tam wrócić?

Niemcy, przy rejestracji, też spytali mnie, czy chciałbym wrócić. Odpowiedziałem, że jeśli powstanie państwo, które będzie się nazywać Kurdystan, mają wsadzić mnie w pierwszy samolot, który tam leci. Ale do Syrii nie wrócę – to nie jest mój kraj i nigdy nie będzie. Nigdy nic od nich nie dostałem, nigdy nie czułem się jednym z nich. Dopóki jestem w Niemczech, to temu krajowi pozostanę lojalny.

Myślisz, że jest szansa, że Kurodwie będą mieli swoje państwo?

Coraz więcej krajów wspiera Kurdów. Dzięki sytauacji z ISIS, ludzie dowiedzieli się, że nie jesteśmy Arabami. Ludzie, z którymi rozmawiam w Niemczech, wreszcie rozumieją dlaczego walczymy z ISIS.

CZYTAJ WIĘCEJ O KRYZYSIE MIGRACYJNYM W MONACHIUM