Walka i męczeństwo, czyli Stolpersteiny w Polsce

Kamieni pamięci w Polsce przybywa. W 2019 roku pojawiły się w Zamościu, Oświęcimiu i we Wrocławiu. wiosnĄ 2020 ROKU – znów we Wrocławiu. A mimo to znajdziemy miasta, w których rodziny zainteresowane upamiętnieniem swoich krewnych słyszą od urzędników wyłącznie o „negatywnych opiniach IPN-u”. Decyzje dotyczące Stolpersteinów zapadają w tych miejscowościach arbitralnie, z pominięciem roli, jaką w dbaniu o żydowską historię mogłyby odegrać lokalne społeczności.

 

Stolpersteiny to sześcienne kostki pokryte warstwą mosiądzu, na których wygrawerowane są imiona, nazwiska, daty urodzenia oraz daty i miejsca śmierci ofiar nazizmu, głównie Żydów, którzy zginęli w Zagładzie. Jeden kamień upamiętnia jedną osobę. Kamienie wmurowuje się w miejsce zwykłych kostek brukowych przed domem, w którym osoby te mieszkały, lub – jeśli budynek został zniszczony – w miejscu, w którym on stał. Od połowy lat dziewięćdziesiątych niemiecki artysta Gunter Demnig w całej Europie umieścił ponad siedemdziesiąt pięć tysięcy Stolpersteinów. To największy rozproszony pomnik Zagłady na świecie. Nie pilnują go kamery, nie odgradzają barierki, nie prowadzą do niego drogowskazy. Nieopatrzne nadepnięcie na Stolperstein (czyli dosłownie kamień, o który się potykamy), ma skłonić do refleksji, zwrócić uwagę na los jednej z milionów ofiar, sprawić, że zapamiętamy jej imię.

 

Duchy mojego ojca

Stolpersteiny to jeden z najpiękniejszych projektów upamiętnienia Zagłady, jaki widziałam”, twierdzi Hannah Kozak, fotografka z Kalifornii. O Demnigu mówi: „Podziwiam jego pasję upamiętniania osób, które zginęły, o których zapomniano”.

Hannah jest córką urodzonego w 1925 roku w Będzinie Abrahama Izraela Kożucha. Abraham przeżył pobyt w ośmiu obozach i ocalał jako jedyny z ośmiorga rodzeństwa. Gdy został wyzwolony z Dörnhau (dzisiejsze Kolce nieopodal Głuszycy w Górach Sowich), ważył mniej niż trzydzieści kilogramów. „Tyle razy uciekałem śmierci, że wydaje się to aż niemożliwe”, mówił. Po wojnie wyemigrował do Stanów Zjednoczonych, gdzie stał się Solem Kozakiem. Kiedy w Boże Narodzenie 2012 roku Sol zmarł, Hannah kupiła bilet na samolot. Dziewięć dni później była w Polsce. W 2015 roku wróciła, żeby analogowym aparatem sfotografować wszystkie obozy, w których był jej ojciec. Podróż zaowocowała wystawą My Father’s Ghosts (Duchy mojego ojca), która pokazywana była w Los Angeles Museum of the Holocaust. Teraz Hannah chciałaby przywieźć ją również do Polski, najlepiej do Będzina.

Podróż po Polsce („Próbowałam jedzenia, poznałam niesamowitą historię, uwielbiam tam być”) przyniosła jej jeszcze jeden pomysł – upamiętnienie rodzeństwa i rodziców ojca dziewięcioma Stolpersteinami.

 

Godność

Hannah nie pamięta dokładnie, kiedy zaczęła korespondencję w sprawie Stolpersteinów z Urzędem Miejskim w Będzinie, ale odnajduje odpowiedź prezydenta miasta Łukasza Komoniewskiego (SLD) z listopada 2017 roku. Po „głębokiej analizie” i „zapoznaniu się z opinią Instytutu Pamięci Narodowej z 2016 roku” informuje on, że nie może wydać zgody na wmurowanie kamieni pamięci. Argumentuje, że umieszczenie Stolpersteinów w chodniku nie jest godną formą upamiętnienia. „Aby wyrazić szacunek dla ofiar, permanentne formy upamiętnienia takie jak pomniki, tablice i obeliski powinny być umieszczone wertykalnie, tak aby były widoczne dla każdego”. To jednak nie jedyna motywacja. Prezydent obawia się, że pozytywna decyzja w sprawie Stolpersteinów dla rodziny Kożuchów spowodowałaby napływ kolejnych podań, a to „wywołałoby komplikacje natury zarówno moralnej, jak i funkcjonalnej”. Wymienia, że kamienie będą narażone na zabrudzenie „błotem, liśćmi, zwierzęcymi odchodami”, mogą ulec zniszczeniu lub zostać ukradzione, poza tym łatwo się na nich poślizgnąć. Troskliwy włodarz przewiduje w zasadzie każdą, nawet najmniej prawdopodobną okoliczność.

 

Pamiętamy i będziemy pamiętać

Hannah, zanim jeszcze przyjdzie ta odpowiedź, wymienia kilka e-maili z Adamem Szydłowskim, samorządowcem, działaczem na rzecz kultury żydowskiej, twórcą Cafe Jerozolima (znajdującej się niemal dokładnie naprzeciwko działki, na której stał dom Kożuchów) i prezesem Fundacji Centrum Kultury Żydowskiej im. Rutki Laskier. W wywiadzie dla regionalnego „Twojego Zagłębia” mówił o sobie: „Jak ktoś pyta o sprawy żydowskie, to słyszy – «idź do Adama». To już ma charakter bardzo miły”. W Będzinie na jednej z kamienic wywiesił w 2018 roku wielki baner ze swoim zdjęciem i podpisem „We remember and we will remember. The History of Jews from Będzin is History of Będzin” („Pamiętamy i będziemy pamiętać. Historia Żydów z Będzina jest historią Będzina”). Hannah jest z nim w kontakcie wiosną 2017 roku. Szydłowski odpisuje jej, że sprawy nie wyglądają dobrze. Na kolejny e-mail z grudnia 2018 roku już nie odpowiada.

Samorządowiec potwierdza, że temat jest mu znany. „Tyle, ile mogłem, zrobiłem”, mówi. Wypowiada się ostrożnie. Podkreśla, że miasto wspiera wiele jego działań, że uczestniczyło finansowo w renowacji domu modlitwy w Będzinie i „że jest dobra wola od wielu lat”. W kuluarach słyszał obawy o to, że kolejne rodziny będą chciały wmurować Stolpersteiny. I dodaje: „Dziewięćdziesiąt dziewięć procent nieruchomości w Będzinie jest w tak zwanym przymusowym zarządzie, to mienie pożydowskie”.

Radzi, żeby Hannah wysłała miastu kompletny projekt i pełną listę osób, które mają zostać upamiętnione, ponieważ słyszał, że to te braki są największą przeszkodą. Tyle że w późniejszej korespondencji Hannah z miastem temat projektu pojawia się jedynie jako jedna z wielu komplikacji, wcale nie ta najważniejsza.

 

Odchody zwierząt

W lipcu 2019 roku Hannah Kozak dopytuje dalej. Wcześniejszą korespondencję prowadziła po angielsku, teraz prosi znajomą o pomoc w tłumaczeniu na polski, licząc, że zmiana języka ułatwi władzom Będzina pracę. Wskazuje, że Stolpersteiny zostały wmurowane w kolejnych kilku miastach w Polsce i opinie IPN-u nie były tam potrzebne. W załączeniu wysyła listę osób z rodziny Kożuchów, które miałyby być upamiętnione.

Po miesiącu przychodzi odpowiedź od wiceprezydentki Będzina Anety Witkowskiej-Złockiej, w której prosi o „ostateczną informację, ile sztuk kamieni pamięci miałoby zostać wmurowanych”, a także o projekt każdego z nich oraz wizualizację ich ułożenia. Hannah: „Nie wiem, czy oni próbują się ze mną droczyć, czy po raz kolejny proszą o te imiona i nazwiska, bo na poważnie rozważają pozytywne rozpatrzenie mojej prośby”. Wysyła zdjęcia innych, istniejących już Stolpersteinów. Na projekt (za którego wykonanie musiałaby zapłacić, znając już wcześniejszą, nieprzychylną opinię prezydenta) jej nie stać.

W październiku dostaje kolejny list od wiceprezydentki, w którym „po dokonaniu ponownej analizy” Aneta Witkowska-Złocka podtrzymuje pierwszą opinię prezydenta Komoniewskiego. Powtarza argumenty o zagrożeniu, jakie może stanowić mosiężna powierzchnia kamieni, o braku poszanowania godności ofiar („odchody zwierząt”). Powołuje się na wspomnianą wcześniej opinię IPN-u. Hannah: „W całej Europie pada i kamienie są czasami mokre. Tam jakoś nie mają z tym problemu”.

Na pismo wiceprezydentki Hannah odpisuje: „Chciałabym, aby to, co przekazuję w poniższym liście, skłoniło Urząd Miejski w Będzinie do konstruktywnej refleksji. (…) Argumenty przez Panią podane nie są zasadne, brzmią natomiast jak wyszukane na siłę wymówki”. I dalej: „W sposobie upamiętnienia nie mogę doszukać się absolutnie niczego uwłaczającego. (…) Choć mówią o tragicznej historii, ich wymowa jest pozytywna”. Proponuje też zorganizowanie debaty na temat Stolpersteinów podczas posiedzenia Rady Miejskiej. „Stolpersteiny są umieszczane w całej Europie, w każdym mieście, którego mieszkańców dotknęła tragedia Zagłady. Pamiętajmy o nich, pokażmy im, że stać nas na takie progresywne podejście. Czy mogę na takie nastawienie liczyć?”.

 

Walka i męczeństwo

„Nasze stanowisko (…) zostało wypracowane w oparciu o opinie wydane przez IPN dla koncepcji Stolpersteine w innych miastach (Warszawa, Kraków), które ostatecznie nie zdecydowały się na realizację przedmiotowego projektu”, odpisuje w styczniu 2020 roku Witkowska-Złocka i prosi o zwrócenie się o opinię do katowickiego oddziału Instytutu.

Skąd wybiórczość w jej piśmie i powołanie się jedynie na przykłady miast, w których Stolpersteiny nie zostały wmurowane? Wymieniam miejsca, w których kamienie umieszczono bez przeszkód: Wrocław, Białą Podlaskę, Zamość, Oświęcim, Mińsk Mazowiecki, Łomżę, i pytam o nie panią wiceprezydent. Po trzech tygodniach rzeczniczka prasowa Urzędu odpowiada, że miasto natrafiło jedynie „na opinie dostępne w internecie, dotyczące właśnie Krakowa i Warszawy”. Nie udało im się odnaleźć rekomendacji dla innych miast. IPN od 2018 roku nie odpowiedział na pismo z Urzędu Miejskiego (mimo kilkukrotnych, jak twierdzi rzeczniczka, prób kontaktu) w sprawie opinii dotyczącej Stolpersteinów w Będzinie.

Zarówno Urząd Miejski w Będzinie, jak i IPN zgodne są co do tego, że w sprawie Stolpersteinów obowiązuje artykuł 53 Ustawy o Instytucie Pamięci Narodowej. Zgodnie z nim organy, które wydają zezwolenie na wykonanie trwałych upamiętnień walki i męczeństwa, mają najpierw zasięgnąć opinii prezesa IPN-u. Adam Siwek, dyrektor Biura Upamiętniania Walk i Męczeństwa: „IPN nie zezwala na powstanie upamiętnienia, czy też tego nie zakazuje [podkreślenie A.S.]. Nie wydaje też decyzji w takich sprawach – od tego są właściwe organy administracji państwowej i samorządowej. IPN wydaje opinię na potrzeby właściwego organu, który jest zobowiązany taką opinię uzyskać”.

Ustawa wyszczególnia opiekę nad „miejscami walk i męczeństwa” oraz upamiętnienie „miejsc i wydarzeń historycznych, a także wybitnych postaci”. W przypadku Stolpersteinów nie można jednak mówić o „wybitnych postaciach”, bo na kamienie trafiają z reguły nazwiska zupełnie nieznanych osób. Fakt ich tragicznej śmierci nie świadczy o chwalebnym życiorysie. Na tej samej zasadzie nie można nazwać ostatniego miejsca zamieszkania tych ludzi miejscami „walki” czy „męczeństwa”.

Dlaczego w takim razie Stolpersteiny miałyby być objęte tą ustawą?

Adam Siwek: „Wiążą się z upamiętnieniem wydarzenia historycznego, jakim była zagłada Żydów w czasie II wojny światowej poprzez odwołanie do indywidualnych ofiar. (…) Jest zatem oczywiste, że Stolpersteiny są objęte ustawą o IPN”.

To, co oczywiste dla dyrektora Siwka, wcale nie jest jednoznaczne z punktu widzenia prawa. Zdaniem prawniczki, której opinię otrzymaliśmy, samorządy mogłyby zwrócić się do IPN-u jedynie w sprawie weryfikacji danych personalnych upamiętnianych osób (choć i to można zrobić inaczej).

Według Adama Siwka niezwrócenie się do IPN-u to naruszenie przepisów. W praktyce nie zrobiło tego wiele samorządów i nie poniosło z tego tytułu żadnych konsekwencji. Stolpersteiny wymykają się jasnej klasyfikacji, a podciągnięcie ich pod ustawę o IPN-ie jest kwestią dyskusyjną. Jednocześnie Instytut, który obliguje do zasięgnięcia opinii, wydaje je bardzo opieszale. W przypadku Krakowa było to jedenaście miesięcy i wymagało licznych interwencji rodzin zainteresowanych upamiętnieniem swoich krewnych (więcej o problemach ze Stolpersteinami pisaliśmy w artykule Niemieckie kamienie i polska kultura pamięci w „Chiduszu” nr 3/2019).

 

Instytucje kompetentne

Rzeczniczka Urzędu Miejskiego w Będzinie pisze, że nie jest on „instytucją kompetentną do badania faktów historycznych bądź rozstrzygania zasadności oraz formy upamiętnień”. Jednocześnie wiceprezydentka Będzina już wcześniej w piśmie do Hannah Kozak stwierdza, że zwróciła się z prośbą o opinię do „środowisk żydowskich, aby poznać zdanie osób mających bezpośrednią wiedzę na temat historii, zwyczajów i tradycji narodu żydowskiego”. Zarówno sugerowanie, że córka polskiego Żyda z Będzina takiej „bezpośredniej wiedzy” nie ma, jak i zakładanie, że żydowska tradycja w jakikolwiek sposób odnosi się do Stolpersteinów, jest nonsensowne. Natomiast sama idea szerszych konsultacji wydaje się jak najbardziej słuszna.

Czekając na odpowiedź wiceprezydentki, próbuję dowiedzieć się, jaką opinię wydała Gmina Wyznaniowa Żydowska w Katowicach, oczywisty – jak przypuszczam – adresat prośby będzińskiego Urzędu. Przewodniczący Włodzimierz Kac moim pytaniem jest zdziwiony. Upewnia się, że nikt w tej sprawie do gminy nie pisał. W Będzinie od ponad dziesięciu lat działa Fundacja Brama Cukermana, która zajmuje się edukacją, dokumentacją i ratowaniem resztek żydowskiego dziedzictwa w regionie – również ona mogłaby wypowiedzieć się w tej sprawie. Jej prezeska Karolina Jakoweńko odpowiada: „Nikt nie pytał. Ale gdyby zapytali, nasza opinia byłaby pozytywna”.

W końcu Urząd odpisuje, że zwrócił się z zapytaniem do Zaglebie World Organization (stowarzyszenia zrzeszającego potomków zagłębiowskich Żydów), jednak nie otrzymał odpowiedzi. Dov Pnini, przewodniczący ZWO: „Tak, otrzymaliśmy zapytanie. Jeszcze nie zdążyliśmy na nie odpowiedzieć, ale wkrótce to zrobimy”. Przypuszcza, że opinia będzie pozytywna, choć decyzję musi podjąć w porozumieniu z innymi członkami organizacji.

Co wydarzy się w Będzinie, jeśli wola potomkini i opinia stowarzyszenia zagłębiowskich Żydów będą różnić się od stanowiska IPN-u? Dyrektor Biura Upamiętniania Walk i Męczeństwa Instytutu podkreśla przecież, że wydaje on tylko opinię, nie zgodę lub zakaz umieszczenia Stolpersteinów.

Dlaczego nie dopuścić do dyskusji także innych organizacji zajmujących się żydowskim dziedzictwem, ekspertów z dziedziny współczesnych form upamiętniania czy samych mieszkańców lub przynajmniej radnych miejskich? Dlaczego potomkowie ofiar mieliby być zdani wyłącznie na opinię Instytutu, który od 2018 roku wielu z nich kojarzy się głównie z międzynarodowym skandalem o to, co można, a czego nie można mówić o Zagładzie? Stolpersteiny nie są finansowane z publicznych pieniędzy, dlaczego więc opinia państwowej instytucji miałaby być wiążąca?

Do tej pory jedynym miastem w Polsce, w którym w odpowiedzi na negatywną opinię IPN-u odbyła się szersza debata na temat Stolpersteinów, jest Szczecin.

 

Pomniki i antypomniki

Dr Mikołaj Iwański z Akademii Sztuki w Szczecinie: „Zawsze powinno się zacząć od pytania: czy działamy bardziej na pamięć, czy na wrażliwość? Odpowiedź na nie odróżnia typowe pomniki figuratywne (…) od tradycji, którą można nazwać antypomnikami”. W tę drugą wpisują się właśnie Stolpersteiny.

Dwa lata temu w uzasadnieniu przygotowanym dla rodzin, które starały się o wmurowanie Stolpersteinów w Krakowie, IPN uznał ich formę za „sprzeczną z przyjętą w Polsce kulturą pamięci”. Pomniki niefiguratywne nie są jednak w polskim krajobrazie niczym nowym ani obcym. Już pod koniec lat pięćdziesiątych architekt Oskar Hansen w przygotowanej przez jego zespół (i ostatecznie niezrealizowanej) koncepcji Pomnika Drogi na terenie byłego obozu Birkenau odwoływał się właśnie do takiej formy. Przez teren obozu miała w poprzek przebiegać asfaltowa droga, symbolicznie przekreślająca nazistowskie zbrodnie. „Hansen wychodził z założenia, że Holokaust jest doświadczeniem, którego nie da się zobrazować. Możemy je tylko w pewien sposób zaznaczyć”, mówi Iwański. Pomnik upamiętniający ofiary katastrofy pod Smoleńskiem autorstwa Jerzego Kaliny również nawiązuje do hansenowskiej koncepcji, co zresztą w uzasadnieniu swojego wyboru podkreślała komisja konkursowa.

 

Nieprawdziwe treści historyczne

Mikołaj Iwański wziął udział w debacie o Stolpersteinach, którą w lutym tego roku zorganizowała szczecińska radna Edyta Łongiewska-Wijas (niezrzeszona, wcześniej Nowoczesna), do grudnia 2019 roku pełniąca także funkcję szefowej komisji kultury. W mieście zdobyła sporą popularność, bo do udziału w obradach komisji zapraszała szczecinian i chciała, żeby działania samorządu były bardziej transparentne.

W Szczecinie kamieniem pamięci chciała upamiętnić swojego ojca Gudrun Netter. Na jej pismo pod koniec 2019 roku odpowiedział w imieniu prezydenta Szczecina Piotra Krzystka (Bezpartyjni Samorządowcy) architekt miasta Jarosław Bodnar. Odmówił wnioskodawczyni zgody, podpierając się opinią IPN-u, według której na kamieniach brakuje „kluczowego komunikatu, kto odpowiada za śmierć danej osoby”. Ta sugerowana niejednoznaczność miałaby prowadzić do „rozpowszechniania w kraju i za granicą informacji i publikacji o nieprawdziwych treściach historycznych krzywdzących lub zniesławiających Rzeczpospolitą Polską lub Naród Polski”.

Radna Łongiewska-Wijas uznała tę odpowiedź za skandaliczną. W interpelacji do prezydenta Krzystka, złożonej ostatniego dnia 2019 roku, napisała: „Kamienie pamięci nie wywołują żadnego zamieszania poznawczego. Daty na nich umieszczone odsyłają do czasów, gdy Szczecin był niemiecki, rządzony przez nazistów. (…) Nie burzą naszej narodowej tożsamości publikacje o historii niemieckiego Szczecina. Nie zburzą jej też kamienie pamięci, bo odnoszą się do przeszłości miasta, a nie narodu”. I dalej: „Proponuję, by o uzasadnienie Pan Architekt nie zwracał się do instytucji, które nie pojmują i pojąć nie chcą, że obok wąsko rozumianej tożsamości narodowej istnieje także tożsamość miejsca, miasta, w końcu – tożsamość ludzka, zbudowana na empatii”.

W lutym 2020 roku, tak aby zdążyć przed kolejnym posiedzeniem Komisji ds. Kultury i Promocji, Łongiewska-Wijas organizuje otwarte spotkanie dla wszystkich zainteresowanych tematem. Do udziału zaprasza historyka, który opowiada o historii prześladowań stettińskich Żydów, literaturoznawcę, który o koncepcji Stolpersteinów mówi w kontekście postpamięci, a także Mikołaja Iwańskiego, który przedstawia współczesne przykłady pomników niefiguratywnych. Chce, żeby mieszkańcy Szczecina lepiej poznali założenia projektu, który nie jest zinstytucjonalizowany i zakłada włączenie się lokalnej społeczności w jego realizację. W artykule dla „Monitora Szczecińskiego” komentuje odbiór debaty: „Stolpersteiny są oczekiwane i rozumiane jako wartościowa forma upamiętnienia ofiar, przybliżająca ich indywidualny los, ucząca poszanowania godności, tolerancji i historii”.

Wbrew nadziejom radnej Łongiewskiej-Wijas ani jej interpelacja, ani nagłośnienie sprawy przez „Gazetę Wyborczą”, ani zorganizowana przez nią debata nie przynoszą wymiernych skutków i pozytywnego zakończenia sprawy Stolpersteinów. Mimo że członkowie komisji dostają przygotowany przez Łongiewską-Wijas (i skonsultowany z radcą prawnym) projekt uchwały w sprawie kamieni pamięci, który po przegłosowaniu przez Radę Miasta mógłby trafić prosto do podpisu prezydenta, postanawiają jedynie zająć stanowisko w sprawie. Przyznają, że „nie widzą problemu w uczczeniu pamięci ofiar nazistów Kamieniami Pamięci”. Łongiewska-Wijas również głosuje za tym stanowiskiem, choć wie, że nic ono nie zmieni i jest zagraniem czysto oportunistycznym. Pokazuje rzekomą przychylność, a w rzeczywistości pozostawia decyzję niechętnemu Stolpersteinom prezydentowi. „Byłam co najmniej skrępowana, jeśli nie zażenowana samozadowoleniem radnych po przyjęciu «Stanowiska» komisji. Tak jakby oczekiwali wiwatów na ich cześć za to, że dostrzegli potrzebę oddania hołdu ofiarom niemieckiego nazizmu w Szczecinie”, pisze w tekście dla „Monitora Szczecińskiego”.

Z powodu pandemii sprawa na razie przycichła, ale radna Łongiewska-Wijas ma nadzieję, że w końcu uda jej się przekonać radnych do podjęcia zdecydowanych kroków. Uważa, że choć opinia IPN-u jest negatywna, nie uniemożliwia ona samorządowi podjęcia niezależnej i przemyślanej decyzji.

 

Hedwig, Fedor i Kurt

Zupełnie poza wszystkimi debatami i frustrującymi wymianami listów, 4 marca 2020 roku we Wrocławiu zostały wmurowane kolejne Stolpersteiny. Hedwig, Fedor oraz Kurt Zernikowie, którzy z nieistniejącej już kamienicy przy dzisiejszej ul. Traugutta zostali deportowani dokładnie siedemdziesiąt siedem lat wcześniej, zostali upamiętnieni przez rodzinę Chavy Bondy.

Jej babcia była siostrą urodzonego w 1883 roku Fedora Zernika – weterana pierwszej wojny światowej, handlarza drewnem. Fedor z żoną Hedwig mieli troje dzieci: najstarszy był Kurt (urodzony w 1911 roku), o rok młodsza Ruth, a najmłodszy Günther, który w momencie wybuchu drugiej wojny światowej miał zaledwie trzynaście lat. Ruth w 1938 roku wyjechała do Paryża, gdzie miała przyuczać się do zawodu sekretarki i szlifować francuski. Choć wiedziała, co dzieje się w Niemczech, wahała się jeszcze, czy nie wrócić do domu. Stwierdziła jednak, że większe szanse na pomoc rodzicom i rodzeństwu będzie miała z Anglii. Najmłodszego brata udało jej się umieścić w Kindertransporcie – Günther ma dziś dziewięćdziesiąt cztery lata i mieszka w Kalifornii. Dla rodziców i starszego brata nie była w stanie załatwić wiz. Jeszcze w 1939 roku przedostała się do Australii, mając nadzieję, że tam łatwiej otrzyma pozwolenia na przyjazd rodziny. Tam jednak też jej się nie powiodło. Hedwig, Fedor i Kurt zginęli w Auschwitz w 1943 roku.

Varda (przemawia) i Chava Bondy podczas rodzinnej uroczystości wmurowania kamieni we Wrocławiu w marcu 2020 roku

Varda (przemawia) i Chava Bondy podczas rodzinnej uroczystości wmurowania kamieni we Wrocławiu w marcu 2020 roku

Szczęście

„Jedyne, co możemy dla nich zrobić, to sprawić, że ich imiona i nazwiska nie zostaną zapomniane”, mówi Chava podczas wmurowania Stolpersteinów pod nowym gmachem Akademii Sztuk Pięknych (wybudowanym na miejscu kamienicy, w której mieszkali Zernikowie).

Chava jest rówieśniczką Günthera Zernika, urodziła się w Gliwicach. Pamięta, że gdy miała sześć lat, po raz pierwszy odwiedziła z rodzicami Breslau. Günther bawił się jakimiś śrubokrętami i nakrętkami, ale nie pozwolił jej dołączyć – uważał, że to nie zabawki dla dziewczynek. Chava mówi, że jej matka była bojaźliwa, dlatego już w 1933 roku wyjechali do Czechosłowacji, a w 1939 wyemigrowali do Palestyny i tam już zostali. Po osiemdziesiątce Chava stwierdziła jednak, że izraelski klimat jej nie służy, i wróciła do Niemiec. To tam kilka lat temu usłyszała o Stolpersteinach – burmistrz Drezna zaprosił ją na wmurowanie kamieni upamiętniających rodziców jej matki. Potem przyszło zaproszenie z Berlina – mieszkaniec kamienicy, z której została deportowana Olga, siostra Fedora Zernika, odnalazł o niej informacje i postanowił ją upamiętnić. „To chyba niemożliwe, żeby w Niemczech rodzina płaciła za Stolpersteiny”, stwierdza Chava. W Czechach o umieszczenie kamieni musiała się postarać sama, ale w formalnościach pomogły jej osoby ze społeczności żydowskiej – bez większych problemów udało jej się wmurować Stolpersteiny dla swoich teściów w Brnie i dla najlepszej przyjaciółki z czasów szkoły w Pradze. We Wrocławiu było najwięcej formalności, ale Chava bardzo chwali sobie pomoc architekta, który już wcześniej współpracował z rodzinami starającymi się o upamiętnienie krewnych kamieniami pamięci. Najbardziej zaskoczyły ją koszty wynajęcia firmy, która wmurowuje Stolpersteiny (tak jak i w 2019 roku, we Wrocławiu nie był obecny twórca projektu Gunter Demnig) – ponad dwa razy większe niż cena samych kamieni. Liczone nie w setkach, a tysiącach euro koszty wmurowania kamieni pamięci powinny dać do myślenia wszystkim, którzy obawiają się, że pojawi się ich w Polsce za dużo.

Varda, córka Chavy: „Członkowie naszej rodziny, którzy przeżyli, po wojnie rozjechali się w różne strony. Najważniejsze jest to, że teraz możemy spotkać naszych kuzynów. Są nas tu cztery pokolenia. Przyjechaliśmy z Izraela, Niemiec, Szwecji, Norwegii i Anglii”.

Kilka tygodni po uroczystości we Wrocławiu rozmawiam z Chavą przez Skype’a. „Udało się na ostatnią chwilę, jeszcze tydzień, a nikt nie byłby w stanie przylecieć do Polski”, mówię. „Ja zawsze mam szczęście”, odpowiada Chava. W tym roku będzie jeszcze starać się o Stolpersteina dla Klary, siostry Fedora, która również zginęła w Auschwitz. Ostatni adres jej zamieszkania to Gliwice – tam żadnych kamieni pamięci jak na razie nie ma.

 

Dwie minuty

Hannah Kozak zamierza jeszcze raz wysłać do Urzędu Miejskiego w Będzinie imiona i nazwiska krewnych, których chce upamiętnić. Dołączy do nich treści inskrypcji, dla każdego kamienia osobno.

Przygotowując wystawę Duchy mojego ojca, zmontowała film. Wykorzystała w nim nagrania i zdjęcia, które robiła Solowi do ostatnich chwil jego życia. „Film trwa dokładnie 58 minut. Wiesz, jaki mam pomysł na ostatnie dwie, które do niego dodam?”, pyta i zaczyna płakać. „Skończę tę historię, zanim wyzionę ducha. Uda się, muszę tylko dalej próbować”.