Niemieckie kamienie i polska kultura pamięci

Zaplanowaną na 20 lutego uroczystość wmurowania Stolpersteinów we Wrocławiu Danielle Coorsh i Anja-Susann Schröder utrzymują w tajemnicy, zapraszając na nią tylko wąskie grono znajomych. Mają wszelkie wymagane pozwolenia – owoc trzech lat starań, które udało się doprowadzić do finału tylko dzięki wynajęciu miejscowego architekta. Boją się jednak, że znajdzie się ktoś, komu nie spodobają się kamienie upamiętniające ich przodków. Mają ku temu powody, bo podobna uroczystość nie odbyła się w zeszłym roku w Krakowie, gdzie Urząd Miasta stoi na stanowisku, że Stolpersteiny „nie wpisują się w przyjętą w Polsce kulturę pamięci”. Jest to opinia powtórzona za ekspertami z IPN-u, którzy – nie wiadomo, na jakiej podstawie – zostali zaangażowani w sprawę. Walka z biurokracją zajmuje często kilka lat, a i tak nigdy nie wiadomo, czy urzędnicy nie dopatrzą się w kamieniach pamięci czegoś, co miałoby rzekomo zagrażać godności ofiar. 

 

Wrocław, luty 2016

Trzy lata temu we Wrocławiu wmurowano sześć pierwszych kamieni pamięci. Pierwszych, bo tego poświęconego Edycie Stein (od 2008 roku znajdującego się przed jej dawnym domem przy ulicy Nowowiejskiej) postanowiliśmy nie włączać do tej samej kategorii, co oddolne inicjatywy krewnych osób zamordowanych w czasie Zagłady. Opisując dwie uroczystości sprzed trzech lat („Chidusz” nr 2/2016; fotorelacja tutaj), uznaliśmy, że skoro została upamiętniona tylko jedna osoba z rodziny – ta, która jest powszechnie znana i uhonorowana w samym tylko Wrocławiu na kilka innych sposobów – poświęcony jej kamień pamięci to raczej pomnik, który ma niewiele wspólnego z egalitarną w zamiarze intencją twórcy koncepcji Stolpersteinów. Poza tym Edyta Stein jako katolicka święta znana jest głównie właśnie z tego powodu, a jej samotny kamień w znikomym stopniu przywołuje tragiczny los dziesiątek tysięcy innych ofiar Zagłady w mieście, które niegdyś było jednym z najważniejszych centrów życia żydowskiego w Niemczech. Tym samym kamienie upamiętniające zamordowanych członków rodziny Zorek (ulica Jedności Narodowej 95) i Treitel (ulica Świdnicka 39) – zwykłych, można powiedzieć, mieszkańców Breslau – były pierwszymi, o które zabiegali członkowie rodzin, przedzierając się jednocześnie (też po raz pierwszy, bo nikt nie pamiętał już, jak wyglądała procedura w przypadku kamienia Edyty Stein) przez biurokratyczne procedury w kilku wrocławskich urzędach. Udało się w dużej mierze dzięki nieustępliwości Michaela Zorka, wnuka upamiętnionych Alfreda i Friedy, oraz pomocy Macieja Skrobana, pracownika Biura Współpracy z Zagranicą wrocławskiego Urzędu Miejskiego. Być może, co przyznaje sam Skroban, kamień Edyty Stein jakoś się do tego przyczynił, bo ideę Stolpersteinów można było łatwiej wytłumaczyć i pokazać, że wyrażając zgodę na wmurowanie kamieni dla rodziny Zorek i Treitel, urzędnicy nie podejmują precedensowej decyzji.

 

 PRZECZYTAJ HISTORIĘ RODZINY ZOREK

 

Wrocław, dalej 2016

Wmurowywaniem Stolpersteinów w całej niemal Europie zajmuje się od trzydziestu lat ich twórca, Niemiec Gunter Demnig. Grawerowanie kamieni – proces całkowicie rzemieślniczy – jest już natomiast w rękach innego, współpracującego z nim artysty. Demnig jest w podróży przez średnio trzysta dni w roku, a w jego fundacji pracują dwie osoby zajmujące się wyłącznie organizacją grafiku nowych wmurowań. Każdy, kto chce upamiętnić swoich krewnych, kontaktuje się najpierw z koordynatorką projektu, która udziela ogólnych wskazówek, jak zabrać się za zorganizowanie uroczystości, i ustala pierwszy możliwy termin. To ona kontaktuje też ze sobą rodziny, które starały się lub starają się nadal o uzyskanie pozwoleń w tym samym mieście, aby mogły wymienić się doświadczeniami. Tak właśnie o lutowej uroczystości z 2016 roku dowiedziały się Danielle Coorsh z Anglii i Anja-Susann Schröder z Niemiec. Słysząc o postępach, jakie zrobił Michael Zorek, postanowiły zamówić swoje Stolpersteiny (koszt: sto dwadzieścia euro plus opłacenie przejazdu i noclegu twórcy, który każdy kamień instaluje osobiście) i postarać się o wmurowanie ich podczas tej samej wizyty Demniga we Wrocławiu. Szybko okazało się jednak, że pozwolenia wydane Michaelowi Zorkowi – wyłącznie na jego przedsięwzięcie – nie sprawią, że inne decyzje będą zapadały prościej czy szybciej, a obie zainteresowane będą musiały cały proces przejść od początku, tak samo jak on. W lutym 2016 roku Danielle i Anja-Susann do zdjęć z uroczystości wmurowania kamieni rodzin Zorek i Treitel pozowały więc ze swoimi Stolpersteinami w kartonie. Mówiły, że może i nie udało się teraz, ale skoro mają szczegółową instrukcję, o jakie pozwolenia po kolei się starać, upamiętnienie ich rodzin to tylko kwestia czasu.

 

Wrocław, 2016, 2017, 2018

Anglojęzyczna instrukcja tego, jak we Wrocławiu uzyskać zgodę na zainstalowanie Stolpersteinów na publicznym chodniku, była przygotowana przez Macieja Skrobana – jedynego urzędnika, który nie odesłał Michaela Zorka do kolejnej osoby, zasłaniając się swoją niewiedzą. Tak jak inni nie miał pojęcia, jak zakwalifikować ten niby pomnik, ale tak naprawdę przecież drobną ingerencję w nawierzchnię chodnika. Różnica polegała na tym, że postanowił on podrążyć temat i krok po kroku przeprowadzić Michaela przez wszystkie urzędy. W skrócie instrukcja wyglądała tak: krok pierwszy – podanie dokładnej lokalizacji na podstawie przedwojennego adresu (możliwa wizyta w archiwach, dobrze przedstawić też zdjęcia – tu Michael Zorek wpadł na pomysł załączania skanów z Google Street View). Krok drugi – uzyskanie mapy odpowiedniej części miasta w Zarządzie Geodezji, Kartografii i Katastru Miejskiego. Krok trzeci – zdobycie zgody miejskiego plastyka, a potencjalnie, w zależności od tego, gdzie zlokalizowane mają być Stolpersteiny, także konserwatora zabytków. Krok czwarty – uzyskanie wstępnej zgody Zarządu Dróg i Utrzymania Miasta (to już jakby półmetek). Krok piąty (zbliżamy się do części organizacyjnej) – uzyskanie zgody na tymczasowe zajęcie pasa drogowego. Krok szósty – przygotowanie planu rekonstrukcji nawierzchni i zdobycie aprobaty Zarządu Dróg i Utrzymania Miasta. Krok siódmy (tak, to prawie koniec) – uzyskanie ostatecznej zgody od ZDiUM-u. Krok ósmy – wynajęcie firmy budowlanej, która przygotuje nawierzchnię pod wmurowanie. W swojej instrukcji Skroban podał adresy i telefony wszystkich urzędów, często nawet poszczególnych pracowników, do których należy się zwrócić.

Po lutowej wizycie we Wrocławiu Danielle i Anja-Susann zabrały się do pracy. Już przy pierwszych telefonach okazało się jednak, że niemożliwe jest załatwienie czegokolwiek po angielsku, na dodatek nie będąc na miejscu. Proszony o pomoc Maciej Skroban rozkładał ręce i powtarzał, że Michaelowi Zorkowi pomógł, mimo że nie wchodziło to w zakres jego obowiązków. Zrobił, co mógł, przygotował instrukcję, ale nie może każdemu starającemu się o umieszczenie we Wrocławiu Stolpersteinów indywidualnie asystować, bo nie ma na to czasu. Od lutego 2016 do lata 2018 roku Danielle i Anji-Susann udało się wykonać dwa kroki z instrukcji Skrobana.

 

Anja-Susann (na zdjęciu z mężem Svenem w 2016 roku) o swoich żydowskich korzeniach dowiedziała się dziesięć lat temu. Jej prababcia Lina wyjechała z rodzinnego Pleszewa do Hamburga, gdzie wyszła za mąż za katolika. Na początku 1945 roku została deportowana do Thersesienstadt. Udało jej się przeżyć. Jej córka, babcia Anji-Susann, także związała się z nie-Żydem. Ojciec Anji urodził się w 1942 roku, prawdopodobnie nie miał pojęcia o swoim pochodzeniu. Anja nigdy z nim o tym nie rozmawiała – zmarł, kiedy była dzieckiem. Stolpersteinami Anja-Susann upamiętniła jednego z braci swojej prababci, Davida (zginął w 1941 roku w Kownie), oraz córkę drugiego z nich, Magdalene, jej męża Maxa i ich córkę Helene. Cała trójka zginęła w Auschwitz, Helene miała zaledwie 21 lat i była świeżo po ślubie. Latem 2018 roku Anja postawiła też nagrobek dla żony Davida, która popełniła samobójstwo po nocy kryształowej. Danielle z kolei przyjechała do Wrocławia ze swoją mamą Zillą, urodzoną w Breslau w 1938 roku. Zilla wraz z rodzicami opuściła Niemcy na słynnym statku St. Louis, którego pasażerowie nie zostali wpuszczeni na Kubę. Po powrocie do Europy niektórych z nich, w tym Zillę z rodzicami, przyjęła Wielka Brytania. Brat ojca Zilli, Alfred Dresel, ze statku trafił do Francji. Zginął w Auschwitz. Ich siostra, Kate Dresel, nie próbowała uciekać – po nocy kryształowej rodzina uznała, że w największym niebezpieczeństwie są mężczyźni. Kate trafiła najpierw do Theresienstadt, a w 1944 roku zginęła w Auschwitz.

Anja-Susann (na zdjęciu z mężem Svenem w 2016 roku) o swoich żydowskich korzeniach dowiedziała się dziesięć lat temu. Jej prababcia Lina wyjechała z rodzinnego Pleszewa do Hamburga, gdzie wyszła za mąż za katolika. Na początku 1945 roku została deportowana do Thersesienstadt. Udało jej się przeżyć. Jej córka, babcia Anji-Susann, także związała się z nie-Żydem. Ojciec Anji urodził się w 1942 roku, prawdopodobnie nie miał pojęcia o swoim pochodzeniu. Anja nigdy z nim o tym nie rozmawiała – zmarł, kiedy była dzieckiem.
Stolpersteinami Anja-Susann upamiętniła jednego z braci swojej prababci, Davida (zginął w 1941 roku w Kownie), oraz córkę drugiego z nich, Magdalene, jej męża Maxa i ich córkę Helene. Cała trójka zginęła w Auschwitz, Helene miała zaledwie 21 lat i była świeżo po ślubie. Latem 2018 roku Anja postawiła też nagrobek dla żony Davida, która popełniła samobójstwo po nocy kryształowej.
Danielle z kolei przyjechała do Wrocławia ze swoją mamą Zillą, urodzoną w Breslau w 1938 roku. Zilla wraz z rodzicami opuściła Niemcy na słynnym statku St. Louis, którego pasażerowie nie zostali wpuszczeni na Kubę. Po powrocie do Europy niektórych z nich, w tym Zillę z rodzicami, przyjęła Wielka Brytania. Brat ojca Zilli, Alfred Dresel, ze statku trafił do Francji. Zginął w Auschwitz. Ich siostra, Kate Dresel, nie próbowała uciekać – po nocy kryształowej rodzina uznała, że w największym niebezpieczeństwie są mężczyźni. Kate trafiła najpierw do Theresienstadt, a w 1944 roku zginęła w Auschwitz.

 

Londyn i Wrocław, 2018

– Normalnie uzyskanie mapy w Zarządzie Geodezji, Kartografii i Katastru Miejskiego powinno zająć jeden dzień, maksymalnie dwa – mówi Jerzy Kopka, architekt, który od sierpnia 2018 roku współpracował z Danielle i Anją-Susann. Danielle najpierw znalazła w internecie pracownię architektoniczną, która swoje biura ma zarówno w Londynie, jak i we Wrocławiu, a tam polecono jej kontakt z Jerzym. On nietypowe zlecenie zdecydował się przyjąć z ciekawości i chęci nauki nowych procedur – twierdzi, że lubi takie wyzwania. – Jeśli chodzi o rachunek ekonomiczny, większość architektów mogłaby uznać, że to się po prostu nie opłaca. Zakończenie całej sprawy zajęło mi ponad pięć miesięcy, złożyłem w tym czasie około piętnastu pism w różnych urzędach, przygotowałem co najmniej trzy projekty i trzy rodzaje opisów – w przypadku kolejnych zleceń to być może będzie się powielać, ale za każdym razem trzeba wziąć pod uwagę indywidualny kontekst lokalizacji, czas na wizyty w urzędach, telefony, wypełnianie wniosków. Ostatecznie cały proces okazuje się być dużo bardziej rozbudowany niż instrukcja stworzona przez Macieja Skrobana.

Długość procedury – i to wrocławski architekt stara się bardzo wyraźnie podkreślić – nie wynikała bynajmniej z opieszałości urzędników czy negatywnego nastawienia do idei Stolpersteinów. Ze względu na brak odrębnej procedury dla przedsięwzięć o tak małej skali, osoby chcące upamiętnić kamieniami krewnych traktowane są jak „inwestorzy”, a droga, którą muszą przejść, nie różni się od tej, jaka czekałaby ich w przypadku chociażby przebudowy skrzyżowania. – Trudność całej procedury wynikała z tego, że Stolpersteiny nie mieszczą się w ramach żadnych przepisów prawa budowlanego. Nie są ani zagospodarowaniem terenu, ani elementami małej architektury, ani pomnikami, ani innymi elementami wyszczególnionymi w przepisach – tłumaczy. – W Polsce wykładnią prawa jest semantyka. Jeśli coś w przepisach nazwane jest w określony sposób, tak to się potem odczytuje, zapominając czasami o logice.

W końcu jednak trzeba było przyjąć jakieś określenie tego, czym są Stolpersteiny. W dużym skrócie można powiedzieć, że nie było innego wyjścia, jak podążać ścieżką stworzoną dla inwestycji w obszarze infrastruktury miejskiej, a nie typową dla projektów architektonicznych. Oznaczało to, że wszystkie pozwolenia należało uzyskać w departamentach związanych z utrzymaniem dróg. Mimo wszystko prawie na sam koniec, tuż przed otrzymaniem ostatecznej zgody, padło pytanie, czy wszelkie procedury wynikające z prawa budowlanego zostały spełnione. Tu laika (a tym bardziej laika nieposługującego się językiem polskim) czekałby kolejny problem, bo możliwości potwierdzenia tego, że tak się stało, jest kilka. Właściwe oświadczenie projektant może wydać sam (tu ryzykuje zakwestionowaniem swojej opinii przez inne instytucje, naraża inwestora na podważenie wydanych decyzji, a siebie na utratę uprawnień) albo starać się o pozwolenie na budowę (tu możliwe są aż trzy drogi, w zależności od tego, jak interpretować to nietypowe zagadnienie w świetle przepisów). W końcu Wydział Architektury i Budownictwa wydał stosowne zaświadczenie, stwierdzające, że projekt wiąże się z wymianą istniejącej kostki chodnikowej na kostkę innego typu i dodatkowe pozwolenia budowlane nie są konieczne. To stanowisko umożliwiło wydanie przez ZDiUK niezbędnej końcowej decyzji administracyjnej.

 

Wrocław, 2019 i dalej

– Niestety nie mamy w Polsce systemu prawa casusowego, jaki spotykamy na przykład w Wielkiej Brytanii. Tam, jeśli już raz przejdziemy przez daną procedurę, jest duże prawdopodobieństwo, że ostateczna decyzja będzie uznana za wiążącą również w kolejnych przypadkach – mówi Jerzy Kopka. Drogę, którą on przeszedł, będzie musiał odtworzyć każdy, kto w przyszłości będzie chciał umieścić w chodniku kamienie upamiętniające ofiary Zagłady. Choć chętnie przyjmie kolejne zlecenia i podzieli się swoją wiedzą z innymi zainteresowanymi, uważa, że cały system należy usprawnić. Proponuje stworzenie ścieżki proceduralnej we współpracy z wrocławskimi urzędami, tak, aby zminimalizować ilość składanych pism i umożliwić ich wewnętrzny obieg między departamentami. Skontaktował się już nawet z Maciejem Skrobanem i wkrótce przedstawi mu swoje propozycje. Urząd Miasta do tej pory nie widział potrzeby ujednolicenia procedury, bo uznawał, że takie przypadki zdarzają się raz na kilka lat. Teraz jednak zainteresowanie wśród potomków byłych mieszkańców Breslau zdaje się rosnąć. Kilka osób próbuje się dowiedzieć, jak zainstalować kolejne Stolpersteiny, natomiast Centrum Informacji Żydowskiej w synagodze Pod Białym Bocianem co roku jest w kontakcie nawet z kilkunastoma rodzinami dawnych Breslauerów. Michael Zorek od czasu wmurowania swoich kamieni odwiedził Wrocław już dwa razy – latem zeszłego roku z żoną i dziećmi, w lutym specjalnie na uroczystość Danielle i Anji-Susann. Dziesiątki osób przyjeżdżają poznać Wrocław, odnaleźć groby bliskich, czasami, tak jak Danielle i Anja Susann, decydują się zapłacić za ich renowację. Chcą mieć wkład w dbanie o historię miasta, a biurokratyczne labirynty, takie jak w przypadku Stolpersteinów, skutecznie ich odstraszają. – W interesie Wrocławia jest przecież, żeby kreować wizerunek otwartości i przyjazności wobec wszystkich – stwierdza Kopka.

Wrocław, luty 2019. Zilla Coorsh, Danielle Coorsh i Anja-Susann Schröder podczas uroczystości wmurowania Stolpersteinów upamiętniających ich rodziny. Danielle i Anja-Susann nie są spokrewnione. Kiedy poznały się w 2016 roku, okazało się, że ich przodkowie mieszkali niedaleko siebie. Kamienie pamięci postanowiły wmurować w jednym miejscu, na skrzyżowaniu ulic Swobodnej i Zielińskiego.

Wrocław, luty 2019. Zilla Coorsh, Danielle Coorsh i Anja-Susann Schröder podczas uroczystości wmurowania Stolpersteinów upamiętniających ich rodziny.
Danielle i Anja-Susann nie są spokrewnione. Kiedy poznały się w 2016 roku, okazało się, że ich przodkowie mieszkali niedaleko siebie. Kamienie pamięci postanowiły wmurować w jednym miejscu, na skrzyżowaniu ulic Swobodnej i Zielińskiego.

 

Kraków, Wrocław, Nowe Miasteczko

Od 2017 roku rodziny, które chcą zainstalować Stolpersteiny w Polsce, mają swoją grupę na Facebooku. Założyła ją Diana Cook z Anglii, która chce upamiętnić swoją babcię i kilku innych członków rodziny w Nowym Miasteczku (Neustädtel) w lubuskiem. W urzędzie miasta nikt jednak nie odpowiada na jej e-maile, więc proces od kilku lat nie może ruszyć z miejsca. Diana pisze również sztukę teatralną o losach swojej matki, której tuż przed wybuchem wojny udało się wyjechać z Niemiec.

Latem zeszłego roku na facebookowej grupie robi się gorąco, bo z Krakowa dochodzą wiadomości o cofnięciu zezwolenia na wmurowanie w sumie kilkunastu kamieni należących do czterech rodzin z zagranicy i jednej z Polski. Wieść o tym, że Gunter Demnig, który w lipcu miał przyjechać do Krakowa, ostatecznie musi odwołać swoją wizytę, elektryzuje Danielle i Anję-Susann. Postanawiają utrzymywać swoje starania w tajemnicy, dopóki nie zobaczą na własne oczy Stolpersteinów wmurowanych w chodnik na skrzyżowaniu wrocławskich ulic Swobodnej i Zielińskiego. Danielle nie chce, żeby o uroczystości dowiedziały się media ani ktokolwiek spoza wąskiej grupy przedstawicieli gminy żydowskiej, znajomych oraz uczniów jednej ze szkół żydowskich we Wrocławiu. Ani w jej przypadku, ani trzy lata wcześniej, kiedy swoje kamienie instalowały rodziny Zorek i Treitel, opinia Instytutu Pamięci Narodowej nie była potrzebna, jednak w Krakowie to właśnie IPN, włączając się w proces decyzyjny, skomplikował realizację sprawnie przebiegającego procesu pozyskiwania pozwoleń, a ostatecznie uniemożliwił wmurowanie kamieni. Danielle i Anji-Susann zależy na czasie, a najbliższy możliwy termin, w którym Demnig mógłby pojawić się we Wrocławiu, jest odległy. Wspólnie z biurem twórcy Stolpersteinów podejmują więc decyzję, że ze względu na wyjątkową sytuację w Polsce, po raz pierwszy wmurowania dokona wynajęta firma, a nie Demnig osobiście.

 

Kraków, 2018

– Nie ma chyba ani jednego człowieka, który nie byłby w tę sprawę zaangażowany: prezes gminy żydowskiej i JCC w Krakowie, nasza ambasadorka i Ministerstwo Spraw Zagranicznych – wylicza Nora Lerner, której rodzice wyjechali z Polski do Izraela w 1957 roku. Przeżyli getto, obóz w Płaszowie, potem Auschwitz. Stolpersteinami Nora chciała upamiętnić swoich dziadków, ciotki i wujków. Miały się one znaleźć przed pięcioma kamienicami na Kazimierzu, między innymi przed tą, którą przy Miodowej wybudowali wujek i ciotka jej ojca (kamienica była najpierw własnością miasta, potem mieszkania sprzedano osobom prywatnym, a rodzinie nigdy nie udało się odzyskać utraconego majątku). Kiedy pozyskiwanie wszystkich potrzebnych zgód wydawało się iść w dobrym kierunku, a cała procedura była o wiele mniej skomplikowana niż we Wrocławiu (potrzebna była jedynie specyfikacja, a nie cały projekt architektoniczny), głos zabrał Instytut Pamięci Narodowej. Zaplanowaną już ceremonię i przyjazd Guntera Demniga trzeba było odwołać. – Póki rząd się nie zmieni, nic nie da się zrobić – stwierdza w lutym 2019 roku Nora i zapowiada, że z niecierpliwością czeka na październikowe wybory (w których jako polska obywatelka naturalnie zagłosuje).

 

Kraków, 2015, 2016, 2017, 2018

Pierwszy ślad starań o wmurowanie Stolpersteinów w Krakowie to podanie, jakie Damian Antosiewicz złożył w Zarządzie Infrastruktury Komunalnej i Transportu (ZIKiT) w grudniu 2015 roku. O kamieniach pamięci dowiedział się z programu telewizji Deutsche Welle. Postanowił upamiętnić w ten sposób brata swojej babci, Józefa Kocika. Kocik w wieku szesnastu lat został rozstrzelany pod ścianą straceń w Auschwitz za próbę ucieczki z obozu. – Zostało po nim parę kartek, nic więcej – mówi Antosiewicz. – Nie ma grobu, dlatego uważam, że upamiętnienie go w miejscu, gdzie żył i był wolny, to najlepszy pomysł.

Antosiewicz stał się nieformalnym liderem międzynarodowej grupy, chcącej upamiętnić swoich krewnych w Krakowie. Przez pierwszy rok niewiele udało mu się dowiedzieć, ale już wiosną 2017 roku, ponawiając wniosek do ZIKiT-u, otrzymał pozytywną opinię miejskiego konserwatora zabytków, Jerzego Zbiegienia. Konserwator w piśmie do Antosiewicza informował, że „przyjmuje do wiadomości możliwość umieszczenia grawerowanych mosiężnych tabliczek tzw. kamieni pamięci montowanych w powierzchnię chodnika”. Oprócz tego stwierdził, że wymagana jest jeszcze zgoda zarządcy terenu i miejskiego plastyka. Ten zaledwie kilka dni później również pozytywnie zaopiniował prośbę, choć tak jak konserwator zaznaczył, że stanowisko to „nie zwalnia od obowiązku dokonania odrębnych uzgodnień wynikających z innych przepisów szczegółowych”. ZIKiT do podania Antosiewicza (który o pozwolenie ubiegał się dla wszystkich rodzin naraz) nastawiony był pozytywnie, ale poprosił jeszcze o opinię Instytutu Pamięci Narodowej. W maju Antosiewicz napisał więc do Macieja Korkucia, naczelnika Oddziałowego Biura Upamiętniania Walk i Męczeństwa w Krakowie.

Na opinię IPN-u czekał jedenaście miesięcy, mimo interwencji i ponownych pism z listopada 2017 roku, stycznia i lutego 2018. W odpowiedzi, zaczynającej się od zdawkowych przeprosin, Stolpersteiny nazwane zostały „niemieckimi specyficznymi koncepcjami artystyczno-memoratywnymi”. W długim wywodzie, zapewniającym o trosce państwa polskiego o odpowiednie i indywidualne uhonorowanie wszystkich obywateli, którzy zginęli wskutek działań reżimów totalitarnych, Korkuć dowodził, że „ze względów ilościowych [Stolpersteiny] nie służyłyby bynajmniej godnemu upamiętnieniu kogokolwiek”. Koncepcję Guntera Demniga uznał za „wysoce kontrowersyjną i sprzeczną z przyjętą w Polsce kulturą pamięci” i przekonywał, że deptanie po kamieniach jej nie służy. „Nie komentujemy w tym wypadku niemieckich wyborów drogi rozliczania się ze zbrodniami Rzeszy Niemieckiej ani ich sposobu rzeczywistego czy niekiedy pozorowanego uczczenia pamięci ofiar”, dodawał Korkuć, który już wcześniej dawał wyraz podobnym poglądom o celowym umniejszaniu odpowiedzialności współczesnych Niemiec za Zagładę. W wywiadzie dla Radia Kraków o nowelizacji ustawy o IPN-ie twierdził na przykład, że „polityka historyczna Niemiec ma zacierać państwową odpowiedzialność za Holokaust”, a „wielomilionowe państwo jest równane z grupą kilkunastu osób” – nazistów.

Jako rozwiązanie problemu Korkuć zaproponował Antosiewiczowi wciągnięcie Józefa Kocika na listę osób, które będą kiedyś upamiętnione „w ramach wspólnej koncepcji memoratywnej”.

Odpowiedź w podobnym tonie dostała również Nora Lerner. Korkuć w piśmie do niej zapewniał, że w pełni popiera „ideę upamiętnienia niewinnych ofiar wojny i systemów totalitarnych, jak też wszystkich osób zasłużonych”. Chlubił się przy tym „utrzymywaniem żydowskich budynków, synagog i wielu zabytków”, aby przytomnie przyznać, że wysiłki te nie zastąpią „przypomnienia konkretnych osób, które często zostały pozbawione miejsca wiecznego spoczynku”. Dowodził jednak, że idea Stolpersteinów jest kontrowersyjna, co widać już na samym zdjęciu załączonym przez Norę, na którym kamień jest deptany przez przechodniów. Proponował, żeby swoich przodków Nora upamiętniła na ścianach kamienic.

Ani Damian Antosiewicz, ani Nora Lerner nie zgodzili się na zmianę koncepcji.

 

Kraków, 2018

– Odbyło się spotkanie w IPN-ie, byli na nim między innymi przedstawiciele JCC – opowiada Antosiewicz. – Próbowałem udowodnić, że największą szkodę stosunkom polsko-żydowskim wyrządza właśnie IPN. Ja jestem katolikiem, inne osoby, które chcą upamiętnić swoich bliskich, są Żydami, pochodzą z różnych krajów, ale mamy pomysł, który wspólnie chcieliśmy zrealizować, i to nas połączyło.

Twierdzi, że żadne argumenty nie działały. – Skoro mi nie przeszkadza to, że ktoś będzie deptał po tym kamieniu, dlaczego przeszkadza to IPN-owi? – pyta.

Wkrótce po odpowiedzi IPN-u przyszło pismo od konserwatora zabytków, który wcześniej poparł ideę wmurowania Stolpersteinów. Tym razem informował jednak, że uznaje stanowisko IPN-u za wiążące. Antosiewicz próbował umówić się na spotkanie z prezydentem miasta – była połowa czerwca, do przyjazdu Demniga zostało półtora miesiąca. Nora w tym samym czasie napisała do koordynatorki projektu Stolpersteinów, że odwołuje rezerwację na swój lot i hotel. Tak samo zrobiły rodziny ze Stanów Zjednoczonych i Meksyku. Po dwóch tygodniach dyrektorka Kancelarii Prezydenta, Anna Frankiewicz, odpowiedziała: „Celowość upamiętnienia ofiar II wojny światowej nie budzi żadnych zastrzeżeń. Nasze wątpliwości wzbudza jedynie forma ich upamiętnienia. Podzielam stanowisko IPN-u, że aby cel został osiągnięty i pamięć o tych osobach zachowana, to należy wziąć pod uwagę kulturę pamięci, przyjętą w danym kraju. Wykorzystanie chodników, które służą celom użytkowym, nie jest w Polsce uznawane za godny wyraz hołdu (…)”. Frankiewicz sugerowała również rozważenie innych form upamiętnienia przodka, które „będą należycie odebrane i wpiszą się w przyjętą w Polsce kulturę pamięci”. Wyraziła wiarę w to, że znajdzie on zrozumienie dla tak merytorycznego uzasadnienia, a „Kraków będzie postrzegany jako miasto dbające o godne formy upamiętnienia ofiar II wojny światowej”.

Na dwa dni przed planowanym wmurowaniem Stolpersteinów do Damiana Antosiewicza przyszło jeszcze kolejne pismo od miejskiego konserwatora zabytków, podtrzymujące poprzednie stanowisko i powołujące się na uchwałę, jaką 29 czerwca 2018 roku przyjął Komitet Ochrony Pamięci Walk i Męczeństwa przy Oddziale IPN – Komisja Ścigania Zbrodni przeciwko Narodowi Polskiemu. Owa uchwała mówiła między innymi, że „tzw. Kamienie Pamięci (…) nie są odpowiednią formą oddawania czci ofiarom niemieckiej okupacji z lat 1939-1945”. Po raz kolejny zasugerowano też upamiętnienie w innym miejscu i formie, na przykład w powstającym właśnie Miejscu Pamięci na terenie byłego obozu KL-Plaszow. Na nie jednak Antosiewicz już wcześniej się nie zgadzał, bo brat jego babci nigdy nie był tam więziony.

– Do momentu, kiedy nie zmienią się władze w IPN-ie, nie spodziewam się innej opinii – mówi Damian. – Oczywiście mógłbym wymyślić różne sposoby na to, żeby kamień umieścić – jakąś wolną strefę, teren przy prywatnej kamienicy, tam, gdzie nikt nie miałby możliwości dyskusji. Ale nie w tym rzecz. Nie chodzi mi o atmosferę jakiegoś szantażu lub przymusu z jednej czy drugiej strony.

 

Kraków, 2019

Zasadne wydaje się pytanie o to, dlaczego IPN został w ogóle stroną decydującą o tym, czy Stolpersteiny można w Krakowie umieszczać, czy nie. Kancelaria Prezydenta uchyla się w tej kwestii od decyzyjności, twierdząc, że do korespondencji w sprawie Stolpersteinów dołączyła dopiero wtedy, gdy wynikła sprawa ewentualnego spotkania z prezydentem. Odsyła natomiast do biura miejskiego konserwatora zabytków. Tam na pytanie o podstawę prawną zaangażowania IPN-u w decyzję o wmurowaniu kamieni także nikt nie jest w stanie odpowiedzieć. Pomóc ma zasięgnięcie języka u prawniczki, ale obiecana odpowiedź, mimo kilku telefonów z przypomnieniem, nigdy nie nadchodzi. Zostaję jedynie poproszona o wysłanie e-maila, który również – a za nim jeszcze kolejny – pozostaje bez odpowiedzi.

Czy podstawa zatem w ogóle istnieje? O estetykę projektu dba plastyk miejski. Treść zapewne mogłaby być skonsultowana z wydziałem kultury, sprawa nie musiałaby wychodzić poza Urząd Miejski. Czy komuś w takim razie zależało, żeby IPN – reprezentujący łatwe do przewidzenia poglądy na temat kamieni pamięci  – został opiniodawcą? I czy z uwagi na poprawę wizerunku miasta prezydent Krakowa nie powinien zadecydować, że tylko organy miejskie powinny w przyszłości wypowiadać się w sprawie Stolpersteinów?

 

Biała Podlaska, grudzień 2017

Biała Podlaska to jedno z nielicznych miejsc w Polsce, gdzie wszystko zadziałało tak, jak powinno. Trudy Wiesenberger, której ojciec jako jedyny z rodziny przeżył wojnę, pozwolenie na wmurowanie Stolpersteinów uzyskała w ciągu trzech tygodni. Wystarczyła pomoc znajomych z Polski, którzy napisali wniosek do prezydenta miasta, a jedyne komplikacje były związane z potrzebą zaangażowania miejskiego konserwatora zabytków. W uroczystości wzięli udział uczniowie i nauczyciele liceum, w którym uczył się ojciec i wujek Trudy. Stolpersteiny zostały wmurowane przed okazałym domem, który wybudował jej dziadek, dentysta. Dziś mieści się w nim szkoła muzyczna, a nad głównymi drzwiami zachowały się kute w metalu inicjały Joela Zylberberga.

– Wiem, że miałam szczęście. Prezydent Białej Podlaskiej [Dariusz Stefaniuk z Prawa i Sprawiedliwości] był otwarty na moją propozycję i wyraził na nią zgodę. Wiem, że w innych miastach w Polsce nie jest to tak oczywiste – przyznaje Trudy. I ma rację. Krakowskiemu  magistratowi widocznie najłatwiej było zdać się na opinię IPN-u i doprowadzić do tego, że potomkowie żydowskich mieszkańców Krakowa będą myśleć, że miasto nie jest przyjazne pamięci o dawnych mieszkańcach.

 

Świnoujście, 2015, 2016, 2018

Także w Świnoujściu władze nie są przychylne Stolpersteinom. Swoją babcię, Rosę Scholmann, chce tam upamiętnić pochodząca z Anglii Sue Wayne. W listopadzie 2015 roku napisała do prezydenta Świnoujścia Janusza Żmurkiewcza [w 2018 roku, startując z własnego komitetu wyborczego, ponownie wygrał wybory]: „Moja mama, która przybyła do Wielkiej Brytanii w 1939 roku w Kindertransporcie, wciąż żyje, ma osiemdziesiąt osiem lat i byłoby wspaniale, gdyby mogła w jakiś sposób uhonorować swoją matkę. W podeszłym wieku dałoby jej to pewnego rodzaju ukojenie – pożegnała się z nią, gdy miała dwanaście lat, i przez całe życie niosła ten ciężar emocjonalny”.

Sue swój list kończy polskim „dziękuję” i oferuje, że jeśli język angielski stanowi barierę, chętnie prześle tłumaczenie. Miesiąc później dostaje krótką odpowiedź, którą w imieniu prezydenta (po angielsku) pisze naczelniczka Wydziału Pozyskiwania Funduszy Zewnętrznych. „Niestety nie jest możliwe umieszczenie w Świnoujściu Stolpersteina zgodnie z Pani wolą. Świnoujście nie uczestniczy w projekcie, podobnie jak większość polskich miast. Biorąc pod uwagę procedurę, decyzja nie należy do Prezydenta. Powinna być podjęta przez Radę Miasta i poddana konsultacjom społecznym. Do tej pory taka decyzja nie zapadła”. List nie wspomina o osobach z Rady Miasta, do których można by się zwrócić. To cała jego treść. Sue dopytuje więc sama, sugerując, że być może skieruje do Rady pismo, w którym wyjaśni, dlaczego kamień jest tak ważny. „Moja babcia była niegdyś mieszkanką tego miasta” – dodaje.

Przez moment wydaje się, że coś w sprawie zaczyna się dziać. Wymiana e-maili staje się szybsza, a naczelniczka, z którą koresponduje Sue, pyta, gdzie miałby być umiejscowiony kamień oraz kto pokryje koszty jego wmurowania. Sue informuje, że miasto nie poniesie żadnych kosztów, a dokładnego, ostatniego adresu zamieszkania Rosy Scholmann przed wywózką do Piasków jeszcze nie poznała – nie chce rozmawiać o tym ze swoją matką, dopóki zgoda nie zostanie wydana, żeby nie dawać jej złudnych nadziei. Dwa miesiące później dosyła już dokładny adres i wiadomość, że kiedy jej mama dowiedziała się o projekcie Stolpersteinów, była bardzo poruszona tym, że swoich bliskich można upamiętnić w taki sposób.

Ciąg dalszy jednak nie następuje. W lutym 2018 roku Sue pisze do prezydenta jeszcze raz, informując o kamieniach, które zostały w międzyczasie wmurowane w Mińsku Mazowieckim i Białej Podlaskiej, oraz o planach umieszczenia ich także w Krakowie. Podkreśla, że jej mama, córka Rosy, ma już dziewięćdziesiąt jeden lat. Wiadomość, że inne miasta zaczynają „uczestniczyć w projekcie” – który przecież nigdy nie opierał się na narodowej czy chociaż regionalnej aprobacie, będąc po prostu prywatną inicjatywą konkretnych osób – nic jednak nie daje. Sue nie dostaje odpowiedzi. W tej chwili planuje ponowne wysłanie listu do prezydenta, tym razem po polsku. Liczy też, że urzędnicy w Świnoujściu przeczytają niniejszy artykuł i wskażą jej ścieżkę uzyskania odpowiednich pozwoleń. W 2019 roku jej mama skończy dziewięćdziesiąt dwa lata.

 

Niemcy

Sue nie znała idei Stolpersteinów, dopóki nie powiedział jej o niej znajomy. Spędzając wakacje w Niemczech, przypadkowo natrafił na kamień poświęcony swojemu dziadkowi. Nie musiał składać żadnych podań, przeszukiwać archiwaliów w obcym języku, tłumaczyć urzędnikom zasadności upamiętnienia. Ktoś stwierdził po prostu, że pamięć o nieobecnych sąsiadach jest na tyle ważna, że warto zainteresować się przeszłością i dowiedzieć się, jak ci ludzie mieli na imię i nazwisko, kiedy i jak zginęli. W Niemczech Stolpersteiny wmurowywane są bardzo często właśnie z inicjatywy szkół czy mieszkańców kamienic, w których przed wojną mieszkały żydowskie rodziny. Dla uczniów takie projekty to okazja do nauki, zaangażowania w historyczne poszukiwania, zorganizowania zbiórki pieniędzy. Jeśli uda im się odnaleźć potomków ofiar nazizmu, którym ma być poświęcony dany kamień pamięci, zapraszają ich na uroczystość. Krewni przyjeżdżają zatem jako goście, a nie petenci, których odsyła się od urzędu do urzędu.

 

Polska, 2019

Mimo problemów w Krakowie, biurokratycznych zawiłości we Wrocławiu czy braku zainteresowania władz Świnoujścia, nie zawsze uzyskanie zgody na wmurowanie Stolpersteinów jest aż tak problematyczne. W najbliższych miesiącach kamienie pojawią się w Radomiu i Zamościu. W obu miastach o zgody postarał się Alec Bialski, Marcowy emigrant mieszkający obecnie w Kanadzie. W instrukcji, którą przygotował dla członków facebookowego forum poświęconego Stolpersteinom, przestrzega przed składaniem pism do instytucji takich jak konsulaty, ambasady czy Instytut Pamięci Narodowej. Uważa, że niepotrzebnie prowadzi to do frustrującego zagmatwania sprawy, która powinna pozostać na poziomie urzędów miast.