Romuald Jakub Weksler-Waszkinel, syn krawca ze Święcian

Romuald Waszkinel, ksiądz i wykładowca Katolickiego Uniwersytetu Lubelskiego, o tym, że jest Żydem uratowanym przez polską rodzinę, dowiedział się w wieku 35 lat. Zapamiętał, że było to w czwartek, bo w kalendarzu zanotował wtedy „Teraz wszystko już wiem”.

Przez kolejnych dziesięć lat, z pomocą znajomych szukał śladów najlepszego krawca ze Święcian, jego żony i synka Szmulka, bo tyle tylko wiedział o swoich rodzicach i starszym o trzy lata bracie. I choć wydawało się to zupełnie niemożliwe, na podstawie szczątkowych informacji odnalazł w Izraelu osoby, które znały Jakuba i Batję Wekslerów – jego ojca i matkę. Pięć lat temu zrezygnował z pracy na uniwersytecie i przeprowadził się do Izraela, gdzie pracuje w instytucie Yad Vashem.

Katarzyna Andersz: Romuald to imię, które nadali ci na chrzcie twoi polscy rodzice. Skąd wzięło się imię Jakub – czy tak nazwali cię rodzice żydowscy?

Romuald Jakub Weksler-Waszkinel: Polska mama wiedziała, że mój brat miał na imię Samuel, a ja dowiedziałem się potem, że Samuel to był też mój dziad ze strony ojca. Natomiast, jak się nazywał dziad ze strony mojej mamy, nikt zupełnie nie widział. Nie mogłem wziąć imienia mojego brata, więc wziąłem imię mojego ojca, Jakuba. To była świadoma decyzja.

Czy twoja mama żydowska, przekazując ciebie mamie polskiej, nie podała żadnego imienia?

Moja polska mama nawet nie wiedziała, jak się nazywam. To znaczy, mówiła, że moja mama mówiła jej kilka razy, ale nie chciała zapamiętywać nazwiska, bo za to był wyrok śmierci.

Na początku lat 90. po raz pierwszy odwiedziłeś Izrael i spotkałeś się z dawnymi znajomymi swoich rodziców ze Święcian, a także z jedynym żyjącym krewnym,  bratem twojego ojca. Czego jeszcze zdołałeś się dowiedzieć o swojej rodzinie?

Poznałem bardzo prawdopodobną datę swojego urodzenia. To jest bardzo ważne, bo ja jej nigdy nie znałem. Polska mama wiedziała, jaki był zawód mojego ojca, imię mojego brata i to, że mam kolor oczu matki.

Te oczy – mówiło o nich wielu Żydów z Izraela, którzy znali moją mamę i widząc mnie wołali: „Masz oczy jak matka!” To było coś bardzo pięknego. Dwie koleżanki mamy, Golda Buszkaniec i Hana Kowarski, które z mamą chodziły do szkoły, na mój widok też powiedziały: „Ojej, oczy matki!” Oczywiście płakałem wtedy i teraz też płaczę. To właśnie one spotkały moją mamę w bardzo zaawansowanej ciąży – w końcówce 1942 roku, stąd znam datę urodzenia. Kobiety te przeżyły, bo uciekły później do partyzantki. Moja mama miała już wtedy jedno dziecko i była w ciąży ze mną, więc gdzie miała uciekać?  Tylko na śmierć. Nie szukała ratunku, pozostała w getcie do końca, do likwidacji, do czwartego kwietnia, kiedy pozostałych Żydów ze Święcian wywieźli do Wilna. Niektórych przetransportowano prosto na Ponary, ale moją mamę i ojca zawieziono do getta wileńskiego. Tutaj, w Izraelu, spotkałem Aleksandra Bogena – Żyda wileńskiego, malarza, przyjaciela Chagalla, absolwenta Akademii Sztuk Pięknych w Wilnie – który mi powiedział, że tam właśnie widział moich rodziców. Ojca w lipcu zabrali Niemcy. Niemcy… to znaczy Litwini. Wszystko robili Litwini, trzeba to wyraźnie nazywać. Na Litwie brudną robotę robili Litwini. Niemcy tylko administrowali, od pozostałych spraw byli wolni.

Ojca wywieziono w lipcu do Rygi, stamtąd – do Stutthofu. Mam stamtąd dokument z 1944 roku, potwierdzający, że żyje. Innych więźniów mordowano na barkach i wyrzucano do Bałtyku, a jak mieli siłę iść, to organizowano marsze śmierci. Gdzie on zginął, nie wiem. Raczej jest to mój ojciec, chociaż imię i nazwisko: Jakub Weksler jest bardzo popularne. Jest jednak zapis „Jakub Weksler z Wilna” i jest on bardzo, bardzo prawdopodobny. To jest jedyny ślad po ojcu.

A co stało się z matką?

Według Racheli Margolis, która jeszcze żyje w Ness Ziona, matki z dziećmi wywieziono ostatnim transportem do Sobiboru, który we wrześniu 1943 roku wyruszył z Wilna. Gdzieś tam mogła się znajdować moja mama. Nie mam pewności, bo nie ma list transportowych Żydów polskich. To byli Żydzi, którzy mieli zniknąć i żaden ślad nie miał po nich pozostać.

W wywiadzie udzielonym w 1993 roku dla Yad Vashem wspominasz, że jest świadek, który twierdzi, że twoja mama z okna w getcie próbowała dać komuś pieniądze, żeby uratował twojego brata.

Ten świadek to Rachela Bogen, żona Aleksandra Bogena. Dla mnie wizyta w Wilnie i na terenie Judenratu była ważna, bo chciałem zobaczyć, gdzie działa się moja historia. Rzeczywiście, jest takie okno, które wychodzi na stronę aryjską. Dlatego czasami myślę, że moja mama zdołała ocalić brata i może on gdzieś żyje. Z drugiej strony jednak mam świadomość, że nic nie wiedząc, zrobiłem niesamowite zabiegi i dzisiaj wiem wszystko.

Poza tym twoja historia jest teraz znana wielu ludziom.

W związku z tym brat, gdyby gdziekolwiek żył… Co ja myślę…

Ja zostałem księdzem i jestem sam. W Izraelu grupy żydowskie, najczęściej dziewczyny, często pytały, czemu się nie ożeniłem. Nie tłumaczyłem wiele o kapłaństwie i o celibacie, tylko mówiłem: „Bo były same gojki” [śmiech]. W ten sposób wywoływałem burzę radości. Ale za tym kryje się pewna prawda. Gdybym się ożenił, to ożeniłbym się z Polką. Nie szukałbym żadnej Żydówki. Znalazłbym dziewczynę, w której bym się zakochał, i która by mnie kochała i koniec. I powiedzmy, że w pewnym momencie, kiedy miałbym żonę i dzieci, pojawiłyby się jakieś wątpliwości. Czy miałbym odwagę, żeby, szukając swoich korzeni, powiedzieć żonie: „Słuchaj, są jeszcze Żydzi, których tak bardzo kocham. Pozwól mi, że odejdę od ciebie”. To by było nieludzkie, nigdy bym tego nie zrobił, zwłaszcza gdybym miał dzieci.

Dlatego też myślę, że mój brat mógł gdzieś tam ożenić się: na Litwie, może w Rosji. Ma dzieci i żonę i nie chce nic zmieniać.

Z drugiej strony, skoro ja, nic nie wiedząc, tyle zrobiłem, to on, jeśliby poznał tę historię…

Przecież on wiedział, miał trzy latka, musi mnie pamiętać. Ja nic nie pamiętam, ale moja polska mama widziała tego malucha, który się kręcił po mieszkaniu.

A może nic z próby ocalenia mojego brata nie wyszło i jeśli ktoś wziął mojego brata, prawdopodobnie zajął się tylko nagrodą, pieniędzmi. Tak to się niestety często działo. Jeżeli go nikt nie zamordował, to pewnie umieszczono go w jakimś domu dziecka, a tam były takie warunki, że dzieci osłabione gettem umierały. Raczej  jednak nie żyje, raczej nie żyje.

Przez 35 lat swojego życia nie wiedziałeś, że jesteś Żydem, ale można powiedzieć, że jako dziecko już doświadczyłeś antysemityzmu, nie wiedząc nawet, kim jest „Żyd”.

Moje pierwsze spotkanie z antysemityzmem miało miejsce wtedy, kiedy jeszcze nie wiedziałem, co to znaczy Żyd.

Akurat wracałem do domu z zabawy z dziećmi. Nie chodziłem jeszcze do szkoły, więc to był rok albo 1945, albo 1946. W pewnym momencie dwóch pijaczków krzyknęło za mną: „Żydek, żydowski bajstruk!” Nie wiedziałem, co to znaczy „Żydek”. A bajstruk, to dla ludzi tam mieszkających, przeważnie ze wschodniej Polski, znaczyło „dziecko, które nie ma ojca”.

Podrzutek

Bajstruk to jest dziecko, którego ojciec jest nieznany.

W tamtym okresie obawiano się, że nie jestem zupełnie normalny. Jąkałem się, a jeśli ktoś na mnie krzyknął, nie trzymałem fizjologii.

Jak mnie przezwali, obejrzałem się i bardzo się przestraszyłem – tym bardziej, że kiedy na nich spojrzałem, oni zarechotali. Nie było wątpliwości, że to jest do mnie, ten „Żydek”, „żydowski bajstruk”. Przyleciałem do mamy i zacząłem się jąkać i pytać, co to jest Żyd? Czemu ja jestem żydowskim bajstrukiem, ja przecież mam tatusia i mamusię. I mama mi nie odpowiedziała, tylko długo tuliła, wreszcie chyba płakała – przypuszczam, że było jej strasznie przykro. Później powiedziała: „Pamiętaj, że mądrzy i dobrzy ludzie nigdy tak na ciebie nie powiedzą. A to są głupi pijacy, ich nie trzeba w ogóle słuchać”. To była bardzo mądra odpowiedź.

Potem pojawiło się pytanie dzieci: „Do kogo jesteś podobny?” A nie byłem podobny ani do ojca, ani do matki. Dzieci nie mówiły na mnie „Żydek”, ale po prostu pytały: „Do kogo jesteś podobny?”. Miałam czarne włosy, zawsze krótko obcięte. Pytałem, dlaczego. Mama mówiła: „Nie masz wszy, a dzieci mają w szkole wszy”.

W ten sposób mama starała się ciebie chronić.

Tak, zarówno mama, jak i ojciec. A przede wszystkim ich miłość. Wiedziałem, że mam rodziców, że oni mnie kochają, więc myślałem, że to nieprawda, że to są jakieś tam głupoty.

Ale kiedyś, na pierwszym roku studiów, przeczytałem książkę, zdaje się, że to była książka Oskara Haleckiego, historyka, który pisał po polsku w Londynie. Poruszała temat eksterminacji Żydów polskich. Do rana nad nią płakałem i wtedy po raz pierwszy miałem w głowie taki „klik”: wydumałem, że być może moja mama w czasie wojny została zgwałcona. I być może ten mój tata to nie jest mój tata, ale mama, która jest moją mamą, bardzo mnie kocha.

Pojawiła się myśl, że tata nie jest tatą. A czy nie myślałeś, że twój ojciec był Żydem?

Kiedy byłem dzieckiem, jeszcze nie. W 1968 roku, po przeczytaniu tej książki, hipoteza ewentualnego gwałtu na mojej mamie wydawała się zbyteczna, bo wtedy miałem taką myśl, że może jestem uratowanym z wojny żydowskim niemowlakiem.

Zawsze było jednak pytanie, czy obcy ludzie mogą tak bardzo kochać żydowskie dziecko, jak ja byłem kochany.

Najpiękniejszym przykładem ich miłości jest następująca historia:

Ktoś kiedyś na jakimś spotkaniu miał akordeon. Zauważyłem go i tak strasznie mi się ten akordeon spodobał, że właziłem na kolana tatusiowi i szeptałem mu do ucha: „Tatusiu, kup mi taką zabawkę.” A ojciec mówił: „Synku, taka zabawka drogo kosztuje, nie mamy pieniędzy”. Mój polski dom był bardzo biedny. Polscy rodzice nie otrzymali nic od moich rodziców żydowskich… To znaczy, otrzymali samowar i wagę, ale to okazało się później. Ten samowar i waga są teraz w Muzeum Historii Żydów Polskich w Warszawie.

Ale proszę sobie wyobrazić, że ja tak bardzo tatusiowi do ucha szeptałem i tak go całowałem, że on sprzedał krowę i kupił mi ośmiobasowy, nieduży akordeon. Kiedy dzisiaj o tym myślę, wydaje mi się, że to było jakieś szaleństwo. Dla obcego dziecka, dla żydowskiego dziecka. Kochali mnie nawet bardziej niż gdybym był rodzonym synem.

Wielokrotnie podkreślasz, jak bardzo twoi polscy rodzice cię kochali. Po ich śmieci zabiegałeś o to, aby zostali odznaczeni medalem Sprawiedliwych Wśród Narodów Świata. Dostali go w 1995 roku. Mimo wielkiej miłości, rodzice jednak trzymali przed tobą tajemnicę i nie wyjawili ci, że jesteś Żydem. Czy nigdy nie miałeś żalu, że dowiedziałeś się tak późno?

Myślenie o żalu. Chce mi się płakać. Takie myślenie o żalu pojawia się teraz, kiedy jestem stary i mam 71 lat. Tak sobie myślę, że może by mogli. Ale wtedy, kiedy mama mi powiedziała, to wiedziałem, że nie mogli. To znaczy, mogli, ale ja bym oszalał. Zwariowałbym, nie wytrzymałbym tego. Do dziś, kiedy czytam różne świadectwa, płaczę. To jest taka nienormalna psychika Żyda, który przeżył strasznie dużo. To silniejsze niż ja. Mówię tobie i płaczę.

Kiedy miałem 35 lat, zmusiłem mamę, żeby mi powiedziała. Postawiłem ją w takiej sytuacji, że nie mogła mi nie powiedzieć, z płaczem: „Miałeś wspaniałych rodziców, bardzo cię kochali.” Jak zapytałem: „Mamo, dlaczego dopiero teraz?”, przypomniała mi taką sytuację, kiedy zareagowałem zupełnie nienormalnie.

Bardzo chciałem być podobny do rodziców – każde dziecko chce być, w tym nie było nic nadzwyczajnego. Jak się patrzy na rodziców i na dziecko i to dziecko nosi jakieś podobieństwo swoich rodziców, to to jest piękne. Ja natomiast nie byłem podobny, a bardzo tego chciałem. Chciałem, żeby ten odpowiednik ich miłości jakoś był wypisany na mojej ręce, w kształcie nosa, jakkolwiek. Miałem wtedy jakieś 11 lat. Stałem przed lustrem, wtedy  miałem dużo czarnych włosów. I co więcej, trochę mi się kręciły. W pewnym momencie, czesząc te włosy, odniosłem wrażenie, że jest coś w mojej twarzy, co przypominało mi mojego ojca. I krzyknąłem z radości: „Mamo, zobacz! Ja jestem podobny do tatusia, prawda?” No, i co… Była cisza. Ona mogła wtedy powiedzieć: „Widzisz! Więc czemu się martwisz?” Ale oni mnie nigdy nie oszukiwali. To było też coś tak bardzo pięknego, bo była cisza. I ja wtedy, z wrzaskiem wdarłem się w tę ciszę, krzycząc: „Bo jak ja jestem Żydem, to wy zobaczycie, co ja sobie zrobię!” Taka była we mnie nienawiść do Żyda w sobie, nie chciałem być Żydem.

Tu, niestety, kościół zawinił, to trzeba jasno powiedzieć. Całe wychowanie było takie, że Żydzi zamordowali Pana Jezusa, więc ponoszą winę. Nie chciałem zamordować Pana Jezusa. To był i jest ktoś bardzo bliski dla mnie. Dzisiaj się inaczej naucza, ale wtedy tak słyszałem na katechezie. Bardzo się tym przejmowałem. I wtedy, kiedy zapytałem: „Mamo, dlaczego dopiero teraz?”, ona przypomniała tę sytuację sprzed lustra. „A co ty myślisz, że my żeśmy ciebie nie kochali? Dzisiaj jesteś zupełnie inny, dzisiaj widzę, że to możesz unieść. Wtedy nie mogłeś.” Miała rację.

Czyli  patrząc z perspektywy czasu na swoje życie, uważasz, że mama dobrze postąpiła.

Tak. Jeszcze trzeba powiedzieć coś innego. Moi rodzice nie byli wykształceni. Wszystko, co robili ze mną, było gestem miłości. Nawet jak patrzę na swój chrzest – to nie było ochrzczenie Żyda. Oni mnie ochrzcili dlatego, że byłem ich dzieckiem. W normalnym chrześcijańskim domu dziecko trzeba ochrzcić. Nie miało znaczenia, kim byłem, kochali mnie jak własne dziecko.

Pretensje, że nie powiedzieli mi wcześniej, byłyby nieuzasadnione, szczególnie zważywszy na miłość i na poziom ich wiedzy. Zrobili najlepiej, jak potrafili.

Przecież to nie ojciec chciał, żebym szedł do seminarium. Umarł, a nie powiedział. Przyjechał, płakał w kaplicy. On był bardzo religijnym człowiekiem. Zapytałem: „Tatusiu, dlaczego płaczesz? Czy ja robię coś źle?”.  Odpowiedział: „Nie robisz nic źle, nie robisz nic dobrze, twoje życie będzie bardzo ciężkie”. Wyjechał, koniec, kropka. Mógł powiedzieć: „Chłopak, ty jesteś żydowskim dzieckiem”. Zwariowałbym. Miałem 17 lat.

Stało się najlepiej, jak stać się mogło.

Pierwszą osobą, do której się zwróciłeś, wkrótce po tym, jak poznałeś prawdę, był papież Jan Paweł II. Od momentu, kiedy do niego napisałeś, upłynęło ponad dziesięć lat, podczas których szukałeś swoich korzeni, i wreszcie zdecydowałeś się ujawnić także swoim zwierzchnikom na KUL-u. Jak zostałeś przez nich przyjęty?

Przykro mi to mówić, ale właściwie bez entuzjazmu, a nawet niektórzy wyrażali się mówiąc: „Myśmy wiedzieli”. To było niesmaczne. Co to znaczy „Myśmy widzieli”? Skąd „Myśmy wiedzieli”?

Bo miałeś „żydowski” nos?

No właśnie. Co to znaczy „Myśmy wiedzieli”? Tego rodzaju odpowiedź jest nieświadomym antysemityzmem. To „Myśmy wiedzieli” było czymś niesmacznym. Nie było jakiejś takiej reakcji, żeby ucałować.

Dopóki żył Jan Paweł II, uważałem, że moje miejsce jest w Polsce. Kiedy umarł, zobaczyłem, że jestem sam i samotny. I coraz bardziej czułem się wyobcowany i wiedziałem, że nie ma już mojej siły w Watykanie. Nie dlatego, że się bałem, ale było mi przykro po prostu. I dlatego zdecydowałem się ostatecznie w 2009 roku pójść najpierw na wcześniejszą emeryturę. To też było przykre, bo zanosiłem papiery i myślałem, że dziekan, zapyta: „Człowieku, co ty wyrabiasz? My czekamy na twoją habilitację!”.  A on pochylił się i podpisał tak, jak gdyby czekał na to, że przyjdę i wreszcie ich wyzwolę.

Pozbył się problemu.

Tak, bo ja bardzo tam hałasowałem. Nie odpowiadała mi obecność filozofii Feliksa Konecznego na KUL-u: jak można popularyzować faceta, który w 1943 roku napisał paskudną książkę „Cywilizacja żydowska”? To jest stek bzdur o Żydach, on nie ma pojęcia na ten temat, nie przeczytał żadnej sensownej książki o Żydach i judaizmie.

Zdecydowałeś się wyjechać do Izraela. Pomijając przyczyny, o których wspomniałeś, wiem też, że twoja mama, Batja, była zaangażowana w działalność syjonistyczną przed wojną.  Czy to miało jakiś wpływ na twoją decyzję?

Tak, to prawda. Ale nie chciałem wyjeżdżać. Chciałem być potrzebny w Polce, bo uważałem, że tam jest moje miejsce. Tylko nikt mnie nie zatrzymał.

Oczywiście, motywacja, o której mówisz, była, ale pojawiała się już tu. Przyjechałem do Izraela i pierwsze kroki, dzięki mojemu przyjacielowi rabinowi Michaelowi Schudrichowi, skierowałem do kibucu religijnego Sde Eliyahu.

To pokazane jest w filmie o tobie, „Karuah” co po polsku znaczy „rozdarty”. Początek wydaje się trudny, bo przyjechałeś do kibucu a jego mieszkańcy nie wiedzieli do końca, jak cię przyjąć: to oczywiste, że masz dwie daty urodzin, dwa nazwiska, rodziców żydowskich i polskich, jesteś Żydem, ale jesteś też księdzem katolickim. A oni, w zupełnej sprzeczności z tym, co czujesz, nie dając ci czasu, chcą od razu umieścić cię w kategoriach, w których, ze swoją złożoną tożsamością, się nie mieścisz. Brakowało mi tam takiego ludzkiego zrozumienia, ale być może to moje wrażenie.

To ja przyjechałem do nich a nie oni do mnie. To ja chciałem być z nimi, a nie oni ze mną. W związku z tym, ponieważ to jest kibuc religijny, trudno, żeby oni, godząc się na moją obecność, chcieli przyjmować moje warunki. To ja powinienem przyjąć ich zasady i ja te warunki przyjąłem.

Na początku było trochę trudno, bo nie rozumiałem tego. Wydawało mi się, że to nic wielkiego, jeśli w niedzielę wyjadę do Tyberiady [w Tyberiadzie znajduje się katolicki kościół – K.A.], ale powiedziano mi: „Chcesz poznać judaizm? Judaizm nie zna mszy świętej. Więc albo jesteś z nami i chcesz poznać judaizm, albo sam nie wiesz, czego chcesz. Nie można być jednym i drugim jednocześnie. To co ty w swoim sercu sobie chcesz, to twoja sprawa, ale jesteś w społeczności.” I uważam, że mieli rację. Mieli prawo mi postawić warunki, to jest pierwsza sprawa.

W filmie bardzo silnie rysuje się konflikt.

Dla potrzeb filmu. To jest dobre, no bo przecież karuah to jest rozdarty i tutaj bardzo widać to rozdarcie. Natomiast zapewniam, że roczny pobyt w tym kibucu był najpiękniejszym czasem w życiu i kiedy wyjeżdżałem stamtąd, było mi żal.

Społeczność kibucu chciała nawet, żebym został z nimi, ale warunkiem był ożenek. Judaizm nie zna samotnego dziada [śmiech]. Były tam starsze panie – wdowy albo rozwiedzione, gotowe mnie zaakceptować. Powiedziałem, że może pielęgniarka by się przydała, ale żona raczej nie. Całe życie byłem sam, więc nie widzę zupełnie potrzeby. To jest jedna rzecz. Ale to, że padła taka propozycja, to jest dowód wielkiej bliskości, bo nie proponuje się pozostania w kibucu i małżeństwa komuś, kogo uważa się za obcego. Film rzeczywiście pokazał takie pazury drugiej strony. Ale to tylko film, rzeczywistość była inna. Naprawdę rozstaliśmy się w wielkiej przyjaźni.

Trafiłeś potem do Yad Vashem, gdzie pracujesz w archiwum.

Jestem archiwistą, to znaczy, nigdy archiwistą nie byłem, w związku z tym nie robię jakichś zaawansowanych prac, tylko dostaję te najbardziej elementarne. Swego czasu zajmowałem się kancelarią Ignacego Schwarzbarta, która w dużym stopniu została zarchiwizowana.

Ignacy Schwarzbart to był Żyd z Chrzanowa, który skończył prawo, był adwokatem w Krakowie i w pewnym momencie, nie wiem dokładnie, kiedy, został pełnomocnikiem mniejszości żydowskiej w rządzie. Wraz z rządem polskim w 1939 roku wyjechał i był na emigracji, m.in. w Londynie. Bardzo ciekawe sprawy. Czasami zdziwiony otwierałem buzię, bo poruszane były niesamowite tematy, na przykład odzyskiwanie mienia żydowskiego. Z tym mierzył się polski rząd w Londynie pod koniec lat 40-tych i wyraźnie była mowa, że Żydzi nie mogą odzyskać mienia, bo polskie społeczeństwo potraktuje to jako agresja. Te domy zostały już zajęte i koniec.

Powiedziałeś wcześniej, że nawet, kiedy opowiadasz o swoich rodzicach czy czytasz o Zagładzie, potrafisz przepłakać całą noc. Nie jesteś jedyną osobą zatrudnioną w Yad Vashem, która ma tak silny osobisty związek z Holokaustem, dr Mordechaj Paldiel na przykład, wieloletni dyrektor departamentu Sprawiedliwych, również był jako dziecko uratowany przez chrześcijan. Ale czy to nie jest zbyt trudne, mieć na co dzień do czynienia z takimi materiałami?

Jest trudne. Czasami muszę przerwać, czasami idę sobie popłakać, czasami jest to za mocne, więc tak, jest trudne. Ale do 35. roku życia w ogóle nie wiedziałem, kim jestem. Zresztą jeśli pod koniec życia mogę dzięki swojej pracy mieć swój udział w cierpieniu tych, których mi zabrano, uważam to za mój obowiązek.

Czasami boję się o tyle, że zaczyna mi się wszystko śnić. To sygnał, że psychika jest pełna – wtedy nie idę do pracy przez dwa, trzy dni, aż odetchnę trochę; idę na spacer. Rozumiem, że psychika ma swoją wytrzymałość, więc nie należy robić rzeczy, które mogą ranić. Ale moja jest na tyle mocna, że mogę to robić.

Niedawno Yad Vashem odwiedził papież Franciszka. Podobno byłeś tą wizytą i słowami tu wypowiedzianymi rozczarowany?

Niezupełnie tak. Przede wszystkim byłem chory, więc śledziłem tę wizytę z pozycji poziomej, podglądałem w Internecie, słuchałem radia watykańskiego. W ogóle papież mnie nie rozczarowuje, bo jest człowiekiem bardzo wrażliwym na biedę i krzywdę. Tylko że ta rzeczywistość tutaj jest bardzo złożona.

Mnie najbardziej zabolało to, co papież powiedział w Yad Vashem, i na to zareagowałem nawet tekstem, który w Haaretz opublikowano pod tytułem „Shoah bez Żydów”: w swoich przemówieniach nie użył ani razu słowa „Żyd” ani „lud Izraela”. Jak można tutaj, w tym miejscu [Jakub wskazuje na Izbę Pamięci na terenie Yad Vashem], gdzie są wypisane nazwy obozów śmierci, mając na uwadze największe fabryki śmierci, które świat zgotował Żydom, nie wypowiedzieć słowa „Żyd”? To trochę przypomniało Piusa XII, który w czasie wojny też mówił wiele słusznych słów na temat cierpienia, tylko też nie padło słowo „Żyd”. I Żydzi do tej pory mają o to żal. W swoim artykule dałem temu wyraz.

Choć widzę wiele pozytywnych elementów pontyfikatu Franciszka, nie jest to ktoś porównywalny do Karola Wojtyły, który miał przyjaciół Żydów, który z Żydami mieszkał i wspominał Wadowice w szabat – ten żydowski nieobecny świat. Nie uważam jednak, by za pontyfikatu papieża Franciszka mogło stać się coś złego, raczej dzieje się dużo dobrego.

Doszliśmy do tablicy, gdzie upamiętnieni są twoi polscy rodzice, Emilia i Piotr Waszkinelowie. Przychodzisz tu codziennie, jak na grób.

Tak, bo nie mam tu grobów. To jest też grób moich żydowskich rodziców. Nigdzie nie ma ich nazwiska. Zapisałem imię mojej mamy i brata w Sobiborze, tam jest taka aleja pamięci i tam zostawiłem swój kamień, ale nigdzie nie ma śladu po moim tacie. Więc tu przychodzę jak na grób moich rodziców, jednych i drugich. Żydowscy dali mi życie, które bez rodziców polskich nie miałoby szans przetrwać. Dlatego jestem Weksler-Waszkinel, bo uważam, że te dwa nazwiska są koniecznie ze mną związane.