Noc kryształowa w Breslau. Relacja Chany Ben Yehudy

Chana Ben Yehuda urodziła się w Breslau, w rodzinie, jak sama ją określiła, mieszczańskiej i dobrze sytuowanej. Jej ojciec był właścicielem firmy produkującej damskie płaszcze. W latach trzydziestych jeden z jej wujków dowiedział się o korzystnej okazji kupna wielopiętrowego budynku w centrum miasta. – Kupił ten dom, kiedy urodził się mój brat, z myślą, że podaruje mu go jako prezent z okazji brit mila – wspomina Chana. Początkowo ojciec nie chciał przyjąć prezentu, oburzał się na jego olbrzymią wartość. – Co w takim razie podarujesz mu, kiedy będzie się żenił? – miał pytać. W końcu jednak w nim zamieszkali. Z okien widzieli siedzibę niemieckiej policji, a z balkonu monumentalną Nową Synagogę.

 

Ten sam wuj, który kupił dom, w 1936 roku zasugerował, żeby przeprowadziła się do niego cała rodzina, i z Niemiec, i z Polski. – W ten sposób Niemcy nic nie będą mogli nam zrobić. Dom należy do obywatela Polski, a nie Niemiec, więc jest to jakby obcy grunt – mówił.
Właściwie od momentu dojścia Hitlera do władzy w rodzinie toczyły się dyskusje o tym, co robić. Ktoś sugerował, żeby zacząć uczyć się hebrajskiego i przygotowywać do wyjazdu do Palestyny. W 1937 roku ktoś inny pojechał sprawdzić, jakie warunki panują w Kenii, bo zaczęło się mówić o możliwości emigracji do tego kraju. Na rodzinnej naradzie zapadła jednak decyzja, że jeśli mają wyjeżdżać, to wszyscy. – Mimo że mieli pieniądze i mogli zapłacić za certyfikaty umożliwiające wyjazd, opcji nie było wiele – twierdzi Chana.
Ona sama musiała zmienić szkołę – nie mogła już więcej chodzić do zwykłego niemieckiego gimnazjum. W żydowskiej szkole odstawała od rówieśników z powodu braków w wiedzy religijnej, ale ojciec szybko wynajął korepetytorów. Zaangażowała się w działalność syjonistycznych ruchów młodzieżowych, którym przewodzili nauczyciele. Popołudniami zwracała się do nich po imieniu, rano, kiedy siadała w szkolnej ławce, z wymaganym szacunkiem. Uważała, że szkoła i jej młoda, pełna energii kadra nauczycielska wywarły wielki wpływ na dalsze życie jej i kolegów z klasy. – Nie było w szkole nikogo, kto by jej nie kochał – mówi.

 

Wspomnienia nocy z 9 na 10 listopada 1938 roku Chana nagrała dla swoich dzieci i wnuków tuż po swoich siedemdziesiątych urodzinach. Poniżej publikujemy ich fragment.

 

***

 

Okna naszego mieszkania wychodziły bezpośrednio na siedzibę Gestapo.

 

Mieszkaliśmy na trzecim piętrze (…). Po prawej stronie z balkonu widać było Nową Synagogę.

 

W noc kryształową pierwsza obudziła się moja mama. Niebo nagle się zaczerwieniło. Płonęła synagoga. Natychmiast obudziła mnie i siostrę. Uznała, że nasz brat jest za mały i powinien spać dalej. Każdej z nas kazała spakować się do małej walizki, bo nie było wiadomo, co przyniesie poranek.

 

Wszyscy usiedliśmy i czekaliśmy.

 

Z charakterystyczną niemiecką precyzją, dokładnie o ósmej rano, usłyszeliśmy dzwonek do drzwi. Przyszli aresztować wszystkich żydowskich mężczyzn, w tym także mojego ojca.

 

Nie wiedzieliśmy, co się działo. Nie wiedzieliśmy, co będzie dalej.

 

W ostatniej chwili mój tata powiedział: – Zostańcie w domu, wszystko będzie dobrze, mam nadzieję, że niedługo wrócę.

 

Mieszkając naprzeciwko policji, widziałyśmy, jak podjeżdża ciężarówka za ciężarówką, wszystkie wypełnione aresztowanymi mężczyznami. Był tam ogromny, pusty plac i to na nim chyba gromadzili wszystkich Żydów.

 

Mojego ojca nie było w domu przez prawie dwa miesiące. Był w Buchenwaldzie, ale o tym dowiedziałyśmy się dopiero później. 

 

Synagoga płonęła, o ósmej zabrano mężczyzn, a w południe znów zadzwonił dzwonek do drzwi. Tym razem przyszli nam powiedzieć, że całe wnętrze synagogi doszczętnie spłonęło i boją się, że jej olbrzymi dach może się zawalić.

Oznajmili, że nie mają wyboru i muszą ją wysadzić za pomocą ładunków wybuchowych. Podali nam godzinę i powiedzieli, żeby iść do pokoju bez okien, a wszystkie pozostałe otworzyć, żeby nie poraniły nas odłamki szkła.

 

Zrobiliśmy, jak kazali. Pierwsza eksplozja nie poskutkowała. Dach synagogi zwieńczony był olbrzymią kopułą, tak solidnie zbudowaną, że dopiero za trzecim razem udało się ją wysadzić. W ten sposób Niemcy nie bali się już, że się na nich zawali.

 

Kawałki gruzu wpadły do naszego mieszkania, bo okna były przecież otwarte, a kiedy powiadomiono nas, że wyburzanie dobiegło końca, okazało się, że w zasadzie całe mieszkanie było nimi wypełnione.

 

Nie wiedzieliśmy, co nas czeka. Zostaliśmy w domu, telefon wciąż działał, w międzyczasie powiadomiono nas, że lekcje zostały zawieszone do odwołania.

 

Spędziliśmy w domu dwa dni. Trzeciego dnia mama zadecydowała, że to ja wyjdę pierwsza, żeby zobaczyć, co stało się z interesem ojca.

 

Od fabryki taty dzielił mnie co najmniej półgodzinny spacer. Cała okolica była wciąż zamknięta przez policję. Chyba nie miałam aż tak żydowskiego wyglądu, bo nikt mnie nie zatrzymał i mogłam swobodnie się przemieszczać.

 

Podeszłam blisko budynku, którego trzy piętra należały do fabryki ojca. Na podwórzu zobaczyłam maszyny do szycia. Wszystko było zniszczone – cała zimowa kolekcja, którą przygotowywał na ten rok na zamówienie sklepów z Breslau i spoza miasta. Wszystkie płaszcze były przecięte przez środek. Nic po nich nie zostało. Zniszczyli wszystkie biura. Zabrali wszystko, co mogli, nawet książki.

 

Fabryka właściwie przestała istnieć. Wyglądało to tak, jakby próbowali ją spalić, ale im nie wyszło. I tak wszystko było już bezwartościowe, zniszczone. Ludzie oszaleli i próbowali kraść stamtąd jakieś rzeczy.

 

Poszłam do domu, ale droga była już zamknięta. Nie miałam wyboru, musiałam przejść przez punkt kontrolny, żeby się tam dostać. Miałam jeden dom i był on, owszem, w Niemczech, a ja musiałam się do niego dostać. W końcu dali mi pozwolenie.

 

Przez kolejnych siedem dni nikt z nas nie opuścił mieszkania.

 

Po jakichś trzech tygodniach otrzymaliśmy wydrukowaną ulotkę i po raz pierwszy usłyszeliśmy, gdzie zabrano mojego tatę i pozostałych mężczyzn. 

 

Po mieście krążyły plotki, że jeśli pójdziemy do Gestapo, to może uwolnią ojca. Ja też stałam w kolejce, próbowałam go uwolnić.

Zabrałam ze sobą Krzyż [Żelazny], najwyższe odznaczenie, jakie niemiecka armia mogła przyznać rodzinom żołnierzy poległych w trakcie pierwszej wojny światowej. Krzyż był w rodzinie, ponieważ dwóch braci mojego ojca zginęło na froncie. Nie zrobiło to na nich wrażenia. Tak szybko, jak do nich przyszliśmy, odesłali nas z powrotem.

 

Mój ojciec miał szczęście, bo udało mu się wrócić. Po siedmiu tygodniach Niemcy uwolnili kolejną grupę, tym razem mężczyzn powyżej pięćdziesiątego roku życia. Kiedy wrócił, z trudem go rozpoznaliśmy, ciężko to nawet wyjaśnić.

 

Był niedożywiony, w koszmarnym stanie psychicznym, ale duch walki go nie opuszczał. W domu przywitał nas słowami: – Jest tylko jedna rzecz, jaką mogę wam powiedzieć: spróbujemy wyjechać z Niemiec najszybciej, jak tylko się da.

 

 

***

Jeszcze przed nocą kryształową Chana zapisała się do ruchu Alijat ha-Noar. W sierpniu 1938 roku była na obozie treningowym. Certyfikat dający jej pozwolenie na wyjazd do Palestyny otrzymała, kiedy ojciec przebywał w Buchenwaldzie. Nie chciała zostawiać matki i rodzeństwa w niepewnej sytuacji, więc pierwsza szansa przepadła, ale Chana była już przekonana, że kolejną musi wykorzystać. Rodzice początkowo przeciwstawiali się jej pomysłowi, ale kiedy ojciec wrócił z obozu, przyznał jej rację. W styczniowy piątek 1939 roku poszła jeszcze do szkoły, a w sobotę wieczorem, pożegnawszy się wcześniej z matką i rodzeństwem, pojechała z ojcem do Berlina. W poniedziałek, w dniu wyjazdu, pojawili się na dworcu przed czasem. Mieli wejść do kawiarni, kiedy z głośników puszczono pełne nienawiści wobec Żydów przemówienie Hitlera. – Teraz pozwalam ci odjechać ze spokojnym sercem – powiedział jej ojciec. Dwa miesiące po przyjeździe do kibucu Chana poznała swojego przyszłego męża Zeeva.

 

Rodzinie Chany udało się wyjechać z Breslau dwa miesiące przed wybuchem wojny. Celem podróży była Kenia. Jako Niemców traktowano ich tam podejrzliwie, codziennie musieli się meldować na policji, nazywano ich wrogami. Społeczność żydowska, która w tym czasie mieszkała już w Kenii, nie wykazywała zainteresowania nowymi imigrantami. Śmiała się tylko, że budują domy jak muzea, bo większość zabrała ze swoich pięknych niemieckich mieszkań, co tylko mogła. Rodzice Chany kupili ziemię, zajęli się uprawą kawy. Nie mieli o niej pojęcia, ale z czasem wszystkiego się nauczyli. Ojciec zmarł dwa lata po przyjeździe, nigdy nie doszedł do siebie po pobycie w Buchenwaldzie. Matka pierwszy raz odwiedziła córkę w Izraelu w latach pięćdziesiątych. Uwielbiała życie w kibucu, ale za swój dom zawsze uważała Kenię.

 

***

Zeznanie Chany Ben Yehudy dotyczące przebiegu nocy kryształowej jest częścią wystawy Nieukończone Życia, prezentowanej w odrestaurowanej piwnicy wrocławskiej synagogi Pod Białym Bocianem. Tłumaczenie treści świadectwa: Malwina Tuchendler.