Mykwy polskie

„Nie powiem pani więcej niż mogę, a mogę niewiele” – mówi, wyciągając broszurkę zatytułowaną „Posłannictwo balanit”. Siedzimy w kantorku przed wejściem do mykwy w Łodzi. Teresa, przez członków gminy nazywana „ciotką”, ostrożnie dobiera słowa. Nie zdradzi szczegółów przygotowania do zanurzenia, bo nie są to sprawy wyłącznie techniczne, a intymne, „nie dla tego świata”.

W judaizmie mykwę otacza aura mistycyzmu, tajemnicy dostępnej tylko dla kobiet. W Polsce w powszechnej świadomości nie istnieje w ogóle. Dla w większości niereligijnych polskich Żydów stanowi mało istotny element ortodoksyjnego folkloru. Mykwa nie jest jednak reliktem. Kobiece łaźnie rytualne funkcjonują przy gminach żydowskich w Warszawie i Łodzi, a od przyszłego roku także we Wrocławiu. Oprócz tego dwie kobiece mykwy, w Warszawie i Krakowie, prowadzi Chabad.

 

Odczarowywanie

Na początku przyjmujemy, że trzeba zacząć od spraw podstawowych. „Większość polskich Żydówek nigdy nie miała styczności z mykwą” – mówi Magdalena (Malka) Szpilman, która towarzyszy kobietom przychodzącym do warszawskiej mykwy znajdującej się w podziemiach synagogi Nożyków. Brak wiedzy jest ogromny, ale ona nie ma poczucia, że kogokolwiek musi na siłę oświecać albo przekonywać, że zachowanie taharat ha-miszpacha, czystości rodzinnej, której mykwa jest fundamentalnym elementem, to jej obowiązek. „Być może to błędne założenie” – dodaje po chwili. Uważa jednak, że są to indywidualne decyzje każdego małżeństwa, tak samo, jak stopień przestrzegania szabatu i zasad koszerności. Mykwa swoją funkcję wypełnia wśród kobiet, które zdecydowały, że w swoje żydostwo zanurzą się ze wszystkimi tego religijnymi konsekwencjami.

Ważne jest, żeby odczarować wszystkie mity związane z mykwą, a jednocześnie nie przekroczyć granicy intymności. Danielle Chaimovitz-Basok, żona wrocławskiego rabina, która przez ostatnie półtora roku w historycznej mykwie z początku XX wieku prowadziła otwarte wykłady dla kobiet i mężczyzn, miała poczucie, że musi o pewnych sprawach mówić delikatnie. „Bałam się, że jeśli podam zbyt wiele szczegółów, źle coś ujmę, to ludzie pomyślą, że mamy dziwne, sekciarskie zwyczaje. Dla kogoś, kto o Żydach i judaizmie nie ma pojęcia, tak to może brzmieć”. Magdalena Szpilman wielokrotnie prowadziła podobne wykłady podczas kolejnych edycji warszawskiego Festiwalu Singera. Spotkania z nią, przeznaczone tylko dla kobiet, pomagały zrozumieć, że mykwa to nie „czary-mary”, a prawa funkcjonujące od tysięcy lat. „Coś nieznanego budzi czasami, zupełnie podświadomie, negatywne emocje” – mówi. Szpilman starała się przekazać wiedzę, która okazała się tak pożądana, że czasami na udział w jej wykładach uczestniczki czekały dwa lata. Tak samo było we Wrocławiu – organizowane przez Fundację Bente Kahan spotkania z Danielle Chaimovitz-Basok zawsze przyciągały mnóstwo chętnych.

 

Ciotka z Łodzi

– Dlaczego ciotka?

– Przez dobre serce. Mówili, że taka ze mnie „matka Teresa”, więc powiedziałam, że matka nie, co najwyżej ciotka.

Teresa Klepacka, ciotka, jest jedną z dwóch balanijot w Łodzi. Gdyby pomyśleć o polskim odpowiedniku tego słowa, byłaby to łazienna, choć balanit nie zajmuje się utrzymaniem czystości w mykwie, a jej praca ma przede wszystkim znaczenie religijne. Teresa uważa, że jej zajęcie to zaszczyt i obowiązek. Kobietami przychodzącymi do mykwy opiekuje się od początku istnienia łódzkiej łaźni rytualnej, czyli od dziesięciu lat. Była religijna, dużo czytała, uchodziła za najlepiej przygotowaną do pełnienia tej funkcji osobę. I była stara. To jej własne słowa, mocno przesadzone. „Łatwiej się rozebrać w mojej obecności” – śmieje się. Ale nie tylko o wstyd i kompleksy chodzi. Balanit powinna mieć na tyle wyczucia, żeby nie wpatrywać się nachalnie w nagie ciało, tylko pomóc kobiecie w wyeliminowaniu elementów, które mogą blokować kontakt z wodą. Może to być na przykład biżuteria, której w pośpiechu zapomniała ściągnąć, albo pojedyncze włosy, które przyczepią się do ciała. Woda mykwy musi dotknąć całej jego powierzchni, dlatego balanit obecna jest przy zanurzeniu. Wcześniej przypomina o wszystkich warunkach dobrego przygotowania wejścia do mykwy, nie tylko tych związanych z higieną, ale także o odmówieniu błogosławieństwa.

„Dodatkowa cecha balanit: dobre serce, bogobojność, osobowość” – Teresa Klepacka przytacza fragment broszury dla balanijot. Za nadrzędną zasadę uznaje jednak dyskrecję. Żadnych rozmów o kobietach odwiedzających mykwę, nawet z drugą balanit. Kobieta musi mieć poczucie, że jeśli coś jej powie, jakiegokolwiek tematu by dotyczyło, zostanie potraktowane jak tajemnica lekarska. Zależy jej nie tylko na tym, żeby kobiety jej ufały, ale także lubiły atmosferę mykwy. „Pogadamy, pośmiejemy się, jest przyjemnie. Właśnie o to chodzi, żeby dziewczyny, które przychodzą do mykwy, odprężyły się i, wracając do domu po spełnieniu tej micwy, były pogodne, ponieważ mają powiedzieć swoim mężom, że po prawie dwutygodniowej przerwie znów mogą się z nimi spotkać” – mówi. Zdradza, że zanim kobiety wyjdą na zewnątrz, ma zwyczaj przytulać je, po to, żeby pierwszą osobą spotkaną po wizycie w mykwie była inna Żydówka.

Kobiety, które trafiają do Teresy, mają szczęście. W Izraelu mykw – w większości utrzymywanych z państwowych pieniędzy – jest tak wiele, że to osobna branża, a bycie balanit to niewdzięczna pod względem finansowym profesja. Słabe zarobki czasami przekładają się na nastawienie balanijot, które potrafią być dla przychodzących kobiet nieprzyjemne. Ortodoksyjne pracownice mykw szczególny problem mają z kobietami, które identyfikują się z nowoczesną ortodoksją, a zatem są lepiej od nich wykształcone i wiedzą, jakie są granice tego, co według halachy, religijnego prawa, trzeba zrobić przed wejściem do mykwy. „Niektóre balanijot uważają, że ich zadaniem jest zbawienie twojej duszy, więc zdarza się, że dopuszczają się naruszenia twojej intymności” – mówi Danielle Chaimovitz-Basok. Zamiast dyskretnie przypominać o tym, jakie czynności należy wykonać, atakują pytaniami. „Wyobraź sobie, że jesteś przepytywana na lotnisku Ben Guriona, tylko wszystko jest jeszcze gorsze, bo stoisz nago”. Bywa, że traktowanie kobiet przez balanijot zdecydowanie przekracza granice tego, co dopuszczalne i może być uznane za molestowanie seksualne. To ekstremalne przypadki, ale dzięki ich nagłośnieniu w Izraelu zostało zmienione prawo i teraz balanit nie musi towarzyszyć kobiecie podczas procesu przygotowania i zanurzenia, jeśli ta sobie tego nie życzy. Kobiety wymieniają się też swoimi doświadczeniami w internecie i polecają mykwy, gdzie panuje przyjemna atmosfera. Na Facebooku istnieje grupa Towlot be-nachat, co po hebrajsku znaczy mniej więcej tyle, co pójście do mykwy bez stresu.

Wrocławska mykwa przed remontem /fot. Chidusz

Wrocławska mykwa przed remontem /fot. Chidusz

 

Technika i mistyka

Mykwa to każdy zbiornik naturalnej wody (morze, jezioro, rzeka), a w warunkach stworzonych przez człowieka – każdy basen wypełniony odpowiednią ilością naturalnej wody (40 sea to biblijna miara, która może mieć różny przelicznik, w zależności od stopnia ortodoksyjności osoby wykonującej obliczenia), która dostała się do niego siłą grawitacji. W praktyce najczęściej jest to woda deszczowa, doprowadzana specjalnym systemem instalacji, lub naturalnie wybijające źródło.

Zagadnienia techniczne z reguły wywołują lawinę pytań, na wykładach Danielle Chaimovitz-Basok chyba najczęściej powtarzanym było to o sytuację, co się dzieje, kiedy w danym miejscu przez długi czas panuje susza. Kolejne dotyczyły kwestii higieny.

Naturalna woda tylko w części wypełnia mykwę, reszta uzupełniana jest zwykłą wodą z kranu. Deszczówka nie musi do mykwy spływać regularnie, w zależności od jej konstrukcji czasami wystarczy napełnić ją tylko na początku. Tak jest na przykład w Warszawie – mykwa w podziemiach synagogi nie ma na stałe zamontowanego systemu rynien, które zbierałyby wodę z dachu. Została napełniona kilkanaście lat temu, rury zostały zdjęte, a naturalna woda może być w nieskończoność rozcieńczana. Mykwa w Łodzi jest skonstruowana inaczej, bo deszczówka, spływająca zainstalowanym na stałe systemem rur, gromadzona jest tylko w jednym zbiorniku. Z niego rozdziela się ją na mykwy dla kobiet i mężczyzn oraz napełnia zbiornik służący do koszerowania naczyń. Nawet rodzaj materiału, z którego wykonany jest korek zaślepiający wyjście z „serca mykwy”, jest ściśle określony w przepisach religijnych. Tak samo jest z tworzywem, z którego wybudowany jest basen, a także z filtrowaniem wody – wszystko musi być zrobione zgodnie z instrukcjami rabinów specjalizujących się w halachot odnoszących się do mykwy. Dostosowując te zasady do współczesnych realiów, dba się o to, żeby mykwa nie była siedliskiem bakterii i mikroorganizmów. Do basenu, zanim ktokolwiek do niego wejdzie, wrzuca się środek, który chloruje wodę. Jednych taka higiena przekonuje, innych nie, ale, żeby nie zdekoszerować mykwy, niewiele więcej da się zrobić. „Są osoby, które od razu po mykwie wskakują pod prysznic, a są i takie, które uznają właściwości tej wody za wyjątkowe i tego nie robią” – mówi Maria (Miriam) Szychowska, druga łódzka balanit.

Rabin Gedalja Olshtein z Jerozolimy, który w Polsce nadzorował budowę kilku mykw (m.in. w Łodzi, męskiej mykwy w Lublinie, remontowanej właśnie mykwy we Wrocławiu), podkreśla specjalne właściwości „żywej wody”. Twierdzi, że jej struktura jest taka sama jak struktura wody znajdującej się w organizmie nowonarodzonego dziecka czy ludzkim oku. Stąd przekonanie, że zanurzenie się w mykwie jest nowym początkiem, powrotem do stanu czystości. Przede wszystkim jednak należy ono do grupy przykazań, których przyczyn wykonywania nie możemy logicznie wyjaśnić. „Człowiek nie byłby człowiekiem, gdyby nie próbował tego zracjonalizować” – mówi Magdalena Szpilman, warszawska balanit. „Ale sześćset trzynaście przykazań przyjmujemy na siebie bez względu na to, czy istnieje ich wyjaśnienie. To kwestia wiary”.

 

Feminizm czy antyfeminizm?

Mykwa jest podstawą życia żydowskiego, bo odnosi się do kwestii fundamentalnej – relacji pomiędzy kobietą a mężczyzną, która obwarowana jest szeregiem praw religijnych dotyczących taharat ha-miszpacha, czystości rodziny. Jest ważniejsza niż synagoga – według halachy, jeśli dana społeczność nie może sobie pozwolić na budowę mykwy, może w celu pozyskania funduszy sprzedać budynek synagogi, a nawet zwoje Tory. Jeśli kobieta po menstruacji nie zanurzy się w mykwie, nie będzie mogła mieć fizycznego kontaktu ze swoim mężem, a żydowska ciągłość zostanie przerwana, więc synagoga i tak nie będzie nikomu potrzebna.

Dlaczego kobiety muszą chodzić do mykwy co miesiąc (chyba że są w ciąży lub przyjmują tabletki antykoncepcyjne, które zatrzymują krwawienie), a dla mężczyzn zanurzenia są tylko zwyczajowe? Takie pytania często padają podczas wykładów Magdaleny Szpilman i Danielle Chaimovitz-Basok. Odpowiedź na ukryty w nich zarzut o antyfeminizm ortodoksyjnego judaizmu to wyzwanie. Magdalena Szpilman zaczyna od wyjaśnienia historycznych korzeni mykwy, pokazując, że kiedyś ten obowiązek nie dotyczył tylko kobiet. W czasach istnienia Świątyni istniał szereg powodów, dla których należało dokonać rytualnego oczyszczenia. Mówi o pojęciach tame i tahor, przymiotnikach określających stan – odpowiednio – rytualnej nieczystości i czystości. Rytualnie nieczystym i niezdolnym do składania ofiar człowiek stawał się na przykład przez kontakt ze zwłokami. Dziś nikt od członków żydowskich bractw pogrzebowych nie wymaga zanurzenia w mykwie. „Gdyby istniała Świątynia, mężczyźni zanurzaliby się równie często jak kobiety” – mówi Magdalena Szpilman. Wystarczy spojrzeć na wykopaliska archeologiczne w Jerozolimie, tak zwane Miasto Dawida – widać, że mykwa znajdowała się tuż przed schodami prowadzącymi na wzgórze świątynne. Prawa dotyczące mykwy do naszych czasów dotrwały w stopniu szczątkowym i tak się składa, że dotyczą w głównej mierze kobiet.

– To nie jest tak, że kobieta, która jest nida, czyli znajduje się w stanie rytualnej nieczystości spowodowanej krwawieniem miesięcznym, jest odsunięta na margines społeczności. O tym wie tylko ona i jej mąż – mówi Magdalena Szpilman.

– Ale jest odsunięta od męża. Przez wszystkie dni miesiączki i siedem „czystych dni” po niej. Przez prawie dwa tygodnie nie ma w jej związku miejsca na czułość. Mąż nie ma prawa jej też dotknąć po porodzie, kiedy ona może tego potrzebować – kontynuuję temat.

–  W małżeństwie, które przestrzega praw taharat ha-miszpacha, jest miejsce na wszystko, ale jest też na wszystko określony czas. Posłużę się analogią do szabatu. Można zapytać: a co, jeśli ktoś ma ochotę iść na wyprzedaże w Black Friday? Przez szabat ominą go przecież wielkie okazje. To jest wybór dwóch dorosłych osób. Można traktować go jako ograniczenie, a można wykorzystać do budowania relacji w małżeństwie także poprzez kontakt werbalny, kiedy ten fizyczny jest zabroniony.

Maria Szychowska w odseparowaniu małżonków stara się doszukać samych pozytywnych stron. Uważa, że czas nidy to próba dla mężczyzny, żeby okazał kobiecie zainteresowanie i czułość w inny niż fizyczny sposób. „Rabini w jesziwach uwrażliwiają młodych mężczyzn, żeby zaprosić wtedy żonę do kina, na kolację, kupić prezent, zrobić coś bardziej wymagającego, właśnie po to, żeby nie czuła się wtedy odrzucona” – mówi. Podkreśla, że wbrew temu, co może się wydawać po pierwszym zetknięciu ze zwyczajami dotyczącymi sfery intymnej, prawa judaizmu zapewniają kobiecie, że mąż nie będzie jej wykorzystywał i zadba o to, aby także ona czerpała z seksu satysfakcję. „Jest napisane, że mężczyzna nie ma prawa być z kobietą pod wpływem alkoholu, bo wtedy rodzi się w nim zwierzęcość. Nie ma prawa robić niczego, na co ona nie ma ochoty, ale ma obowiązek zaspokoić ją fizycznie. To w XXI wieku trzeba facetom tłumaczyć, że kobieta ma mieć orgazm? Tak. Trzeba tłumaczyć, że nie mogą gwałcić swoich żon? Tak, bo niestety żyjemy w kraju, w którym faceci mówią, że nie można zgwałcić prostytutki, a przemoc fizyczna jest na porządku dziennym. Judaizm już tysiące lat temu się temu przeciwstawiał” – mówi Szychowska.

Uważa, że religia idzie z duchem czasu. Kiedy przez kilka lat razem ze swoim mężem mieszkała i uczyła się w Izraelu, spotkali się ze zwyczajem, żeby o byciu w nidzie mówić w liczbie mnogiej. Coś na zasadzie mówienia „jesteśmy w ciąży”. Dąży się do tego, żeby cały czas kiedy małżonkowie nie mogą współżyć, nazywać nidą, a nie mówić, że to kobieta jest nida. Określenia tego i tak nie używa się publicznie, przy innych. Ważne jest jednak, żeby para porozumiewała się ze sobą kodem, który sugeruje, że odpowiedzialność za życie małżeńskie, zgodnie z zasadami dotyczącymi czystości rodziny, ponoszą oboje. Nida ma być doświadczeniem scalającym duchowo, choć fizycznie rozdziela. Tak uczą, jak podkreśla łódzka balanit, „mądrzy rabini”.

Mimo powszechnej akceptacji ortodoksyjnego judaizmu dla procedury sztucznego zapłodnienia, antykoncepcji hormonalnej, czy coraz większej uwagi przywiązywanej do kwestii równouprawnienia, czasami przepisy religijne okazują się niemożliwe do nagięcia. Wystarczy porozmawiać o problemie halachicznej niepłodności. To przypadłość, która dotyka marginalnej ilości par, ale jednak kiedy się zdarzy, może mieć smutne konsekwencje. Halachiczna niepłodność nie ma nic wspólnego z niepłodnością biologiczną. Oznacza tylko tyle, że kobieta owuluje w okresie siedmiu „czystych dni” po miesiączce, kiedy nie może dojść do zapłodnienia. Większość ortodoksyjnych rabinów zasugeruje wtedy zapłodnienie pozaustrojowe, a to, jak wiadomo, jest dla organizmu kobiety bardzo obciążającą procedurą, nie zawsze zresztą kończącą się sukcesem i ciążą. Dla wielu par borykających się z problemem, a niemających zamiaru przeciwstawiać się ortodoksyjnej wykładni, religia staje się wtedy nieusuwalną przeszkodą na drodze do rozwiązania prostej przyczyny. Tym bardziej, że Tora mówi tylko o siedmiu dniach nidy, a dodatkowe pięć dni zostało przyjęte za obowiązujące około tysiąca pięciuset lat po jej powstaniu. Oznacza to, że w wyjątkowych okolicznościach można zaproponować odejście od przestrzegania dodatkowych pięciu dni, jednak nie wszyscy rabini się z tym zgadzają, piętrząc niepotrzebne trudności.

Ozdobna ceramika z czasu powstania wrocławskiej mykwy /fot. Chidusz

Ozdobna ceramika z czasu powstania wrocławskiej mykwy /fot. Chidusz

 

Ile?

„Tego wolę nie mówić” – słyszę od Marii Szychowskiej, gdy pytam, ile osób korzysta z łódzkiej mykwy. Zaczynamy jednak liczyć. Kiedy Maria i Dawid przyjechali do Łodzi, w gminie liczącej około stu członków, religijnych par było dziesięć, teraz jest ich trochę mniej. Przyjmujemy, że to może cztery kobiety, które potencjalnie korzystają z mykwy. „Od tej liczby musimy odliczyć wszystkie, które nie mają menstruacji. Ciężarne i te po menopauzie” – tłumaczy. O wyniku nie musimy rozmawiać.

Magdalena Szpilman mówi mi, że z warszawskiej mykwy w piwnicy synagogi Nożyków regularnie korzysta „do kilkunastu kobiet w miesiącu”. Trzeba też wziąć pod uwagę, że w Warszawie funkcjonuje druga mykwa – ufundowana przez filantropa Zygmunta Rolata i prowadzona przez Chabad – w internecie zaprezentowana ze zdjęciami, więc to ona zapewne przyciąga większość turystek.

„Kobiet jest mało” – równie dyplomatycznie mówi druga łódzka balanit. Dlatego przed wizytą zawsze prosi je o telefon, żeby mogła wcześniej przygotować mykwę. Woda nie jest na co dzień ogrzewana, trzeba ją wychlorować, dopełnić basen. Wspomina czasy, kiedy do mykwy przychodziło regularnie siedem, osiem kobiet. Teraz tak nie jest, mykwa otwierana jest sporadycznie, choć zdarzają się też wizyty niespodziewane. Na przykład takie jak wtedy, kiedy wśród chasydów, przyjeżdżających z reguły w zupełnie męskim gronie, jest żona jednego z nich i akurat wypada jej dzień mykwy. Albo jak ta, która przydarzyła się Marii i rytualnym obmyciem w sensie religijnym nie była. Do mykwy przyszła wtedy dojrzała już Amerykanka, której matka przeżyła łódzkie getto. Obiecała sobie, że skoro jej matka nie mogła korzystać z mykwy, bo z głodu ustały jej wszystkie kobiece funkcje, to ona przyjedzie do Łodzi i zrobi to w jej imieniu, siedemdziesiąt lat po wojnie. Była roztrzęsiona, zapłakana, siedziała w aucie i zastanawiała się, czy ma siłę to zrobić. Maria towarzyszyła jej w mykwie. Wyszła spokojna, ukojona. „To miało dla niej ogromne znacznie. Mogła powiedzieć sobie: żyję, jestem w mieście, w którym moja matka przeżyła horror, ale teraz jest tu mykwa, którą opiekuje się ortodoksyjna dziewczyna, matka żydowskich dzieci. To było dla niej ważne. I dla mnie też” – mówi.

 

Wrocław w budowie

Gdyby renowację mykwy we Wrocławiu opierać tylko na przesłankach ekonomicznych i praktycznych, pewnie nigdy by do niej nie doszło. Pytania o sens inwestowania pieniędzy w coś, z czego w najlepszym wypadku będzie korzystało kilka kobiet, przez lata dzieliły rabinów i bardziej pragmatycznych, a mniej religijnych członków społeczności. Debata była jednak czysto teoretyczna, bo pieniędzy na renowację nie było. W końcu problem rozwiązał się w nieco inny sposób, bez finansowego udziału gminy. Fundacji Bente Kahan, odpowiedzialnej za wcześniejszą renowację synagogi Pod Białym Bocianem, udało się pozyskać finansowanie z grantów Unii Europejskiej, Polsko-Niemieckiej Fundacji Ochrony Zabytków Kultury oraz miasta Wrocław, co pozwoliło jesienią tego roku rozpocząć remont. Pieniądze zostały przyznane dlatego, że wrocławska mykwa jest cennym zabytkiem. Choć w Niemczech na przykład, jak twierdzi rabin Olshtein, nowe mykwy powstają dzięki finansowemu wsparciu państwa, które dba o rozwój społeczności żydowskich.

Wrocławska mykwa, składająca się z dwóch dużych pomieszczeń (jednego z basenem, drugiego wykorzystywanego dawniej jako szatnia), trzech mniejszych pokojów z wannami oraz sauny, będzie pełnić podwójną funkcję. Jej główna sala, czyli przebieralnia, zostanie zamieniona na przestrzeń wystawienniczą (w przygotowaniu wystawa o żydowskim cyklu życia), a basenowi, pod rabinackim nadzorem, zostanie przywrócona koszerność i najwyższe standardy czystości.

Do tej pory ponad stuletnia mykwa, która niezniszczona przetrwała wojnę i do 1968 roku była używana przez wrocławskich Żydów i Żydówki, była otwierana rzadko – głównie podczas sezonowych wystaw i wykładów Danielle Chaimovitz-Basok. Jak żona rabina i prawdopodobnie przyszła balanit wyobraża sobie funkcjonowanie przestrzeni będącej zarówno muzeum, jak i czynną mykwą? „Będziemy musieli mentalnie poradzić sobie z tą niestandardową sytuacją” – mówi Danielle. Cieszy się, że zanim otworzy się wystawa, upłynie prawdopodobnie kilka miesięcy, podczas których mykwa będzie funkcjonowała tylko jako łaźnia rytualna. Może uda się wtedy wypracować najlepsze rozwiązanie dla korzystających z niej, tak żeby obecność wystawy tuż obok im nie przeszkadzała. Danielle już teraz pyta znajome z izraelskich grup internetowych, na co powinno się zwrócić największą uwagę, wyposażając pomieszczenia mykwy. „Największym problemem, o którym mówią, jest niewystarczająca liczba wieszaków na ubrania. To wydaje się głupie, ale okazuje się, że ma wpływ na całe doświadczenie”.

 

Pytanie, które nurtuje wszystkich

Jaka jest przyszłość polskich mykw? Maria Szychowska uważa, że pytanie trzeba postawić inaczej i zastanowić się, jaki jest długofalowy cel społeczności żydowskiej w Polsce. Czy chcemy, żeby było więcej Żydów, czy więcej religijnych Żydów?

Głównym problemem wydaje się być to, że ci, którzy decydują się na religijne życie, nie traktują Polski jako miejsca, gdzie ich religijność może być w pełni realizowana. I choć w Łodzi, podobnie jak w wielu większych miastach, istnieją koszerne stołówki, żydowskie szkoły i przedszkola, są rabini i regularne nabożeństwa, nie ma dużych społeczności. Mała liczba Żydów to przeszkoda szczególnie dla młodych ludzi, którzy nie mają jak założyć rodzin. „Gdybyśmy mieli wystarczającą ilość singli, łatwiej łączyłoby się ich w pary, wtedy też można by było przekonywać ich do prowadzenia religijnego życia i, na przykład, korzystania z mykwy” – mówi Maria Szychowska. Bywały okresy, kiedy mykwa w Łodzi była wykorzystywana w większym stopniu, ale Teresa Klepacka zdaje się być pogodzona z tym, że jeśli ktoś chce wrastać coraz bardziej w judaizm, emigruje do Izraela. „To największa micwa, zamieszkać w Izraelu” – mówi. „Można więc powiedzieć, że tu, u nas, rodzi się życie żydowskie, tu zakwita i stąd odfruwa”.

Danielle Chaimovitz-Basok przyszłości społeczności i mykwy nie dostrzega jednak tylko w religijnych Żydach. Uważa, że wyremontowana mykwa we Wrocławiu na pewno pomoże przyciągnąć ortodoksyjnych turystów i sprawi, że przyszli rabini, którym zostanie zaoferowana tu praca, będą na taką ofertę patrzeć o wiele przychylniej. Jednak, jak podkreśla, naprawdę wierzy w to, że także nieortodoksyjne członkinie lokalnej społeczności rozważą korzystanie z mykwy. Nie ma na myśli regularnych wizyt, ale odwiedzanie mykwy w ważnych życiowych momentach, potraktowanie tego jako doświadczenia duchowego, mistycznego. Od kilku lat obserwuje swoisty powrót mody na korzystanie z mykwy, wiele młodych kobiet w Izraelu idzie zanurzyć się przed porodem lub kiedy dzieje się w ich życiu jakiś przełom. Danielle ma nadzieję, że z odpowiednim nastawieniem władz wrocławskiej gminy i Naczelnego Rabina Polski uda się uzgodnić wspólne stanowisko, które sprawi, że rytuał korzystania z mykwy stanie się czymś ważnym nie tylko dla ortodoksyjnych Żydówek.