Nie przyznawałam się, że jestem krewną Raoula Wallenberga

Na Ropsten, ostatniej stacji czerwonej linii sztokholmskiego metra przesiadam się do urokliwej, starej kolejki, nazywanej po szwedzku Lidingöbanan. Przejeżdżam przez długi most łączący stolicę Szwecji z wyspą Lidingö i jadę wzdłuż jej malowniczego brzegu. Zza okna w oddali widać port, a nieco bliżej piękną, skalistą przyrodę wyspy. Wysiadam w połowie trasy, niedaleko niewielkiego rezerwatu przyrody Kappsta, gdzie czwartego sierpnia 1912 roku urodził się Raoul Wallenberg. W letniej willi spędzał szczęśliwe wakacje swojego dzieciństwa.

raoul-wallenberg-briefcase-2009-chidusz-jewish-magazine-lidingo-stockholm-sweden

Dom spłonął w latach 30-tych podobno przez zwarcie instalacji elektrycznej. Na jego fundamentach stoi obecnie niewielki pomnik. Nieco kostki brukowej przywiezionej z Budapesztu, gdzie Wallenberg podjął się próby ratowania węgierskich Żydów przed deportacją do Auschwitz, a na niej walizka odlana z brązu, na wzór tej, której używał podczas swojej służby dyplomatycznej w stolicy Węgier. Ulla i Gustav Kraitz podobną walizkę postawili w Budapeszcie, Nowym Jorku, czy Sztokholmie, a od 2013 roku jej miniatura wręczana jest laureatom nagrody Akademii Raoula Wallenberga.

raoul-wallenberg-briefcase-2009-chidusz-jewish-magazine

Władze miasteczka w 1986 roku zdecydowały się odkupić od kolejnego, prywatnego właściciela działkę i utworzyć na niej rezerwat, z jednej strony z uwagi na historyczność tego miejsca, z drugiej zaś przez unikalną roślinność i ptaki, które upodobały sobie tę okolicę.

Wracam do centrum Lidingö, gdzie stoi inny pomnik szwedzkiego dyplomaty. Odwrócony plecami Raoul trzyma w założonych na plecach rękach paszporty. Tuż za nim wyciągnięte dłonie rozpaczliwie próbują dosięgnąć dokument ratujący życie. Podobno Willy’ego Gordona, autora rzeźby, zainspirowała fotografia, na której Wallenberg stoi w podobnej pozie odwrócony do aparatu gdzieś w środku akcji deportacyjnej węgierskich Żydów.

Obecnie nikt już nie ma wątpliwości, że urokliwe Lidingö to miejsce związane z Wallenbergiem.

raoul_3

Nie zawsze jednak tak było. Na wyspie, podobnie jak i w całej Szwecji, długie lata nie pamiętano o odważnym dyplomacie, który, podejmując się niezwykłej misji ratowania dziesiątek tysięcy osób, ostatecznie nie doczekał się pomocy dla samego siebie. 17 stycznia 1945 roku został aresztowany przez Armię Czerwoną i do dziś nie ma jasnych dowodów na to, co się z nim stało.

Odwiedzając Sztokholm, warto wybrać się do Lidingö i pokonując długie trasy na nartach biegowych czy łyżwach kontemplować skandynawską naturę i naturę Raoula Wallenberga. Co więcej, z centrum Sztokholmu można w około godzinę dopłynąć tam statkiem (kursującym w ramach komunikacji miejskiej), co jest dodatkową atrakcją turystyczną.

Po tym, jak Wallenberg stał się rozpoznawany w Szwecji, przyszedł czas na Polskę. 19 kwietnia 2016 roku, w 73 rocznicę wybuchu powstania w getcie warszawskim, odsłonięto pierwszą w Polsce tablicę poświęconą jego pamięci, którą przygotowano z okazji nadania jednej z ulic w centrum Warszawy jego imienia. Pomiędzy placem Grzybowskim a Świętokrzyską można przechadzać się ulicą Raoula Wallenberga. Gościem honorowym tej uroczystości była przedstawicielka rodziny Wallenbergów, wnuczka siostry Raoula, Cecillia Åhlberg, która z tej okazji pierwszy raz odwiedziła Warszawę.

Ulica Raoula Wallenberga w Warszawie

Ulica Raoula Wallenberga w Warszawie

 

Michał Bojanowski: Rozmawialiście w domu o Raoulu?

Cecillia Åhlberg: Choć byłam bardzo młoda, to jednak pamiętam, że wszyscy byliśmy częścią tragedii Raoula. Jego matka i ojczym żyli niedaleko nas. Latami starali się odkryć prawdę w absurdalnej batalii z rosyjskim i szwedzkim Ministerstwem Spraw Zagranicznych. Urodziłam się w latach siedemdziesiątych i pamiętam, że gdy byłam dzieckiem, demonstrowaliśmy przed rosyjską ambasadą, żeby udzielono nam informacji o tym, co się stało z Raoulem. Właściwie zawsze mieliśmy nadzieję, że walczymy po to, żeby go odzyskać, żeby pozwolono mu wrócić do Szwecji. Nie wiedzieliśmy przecież, czy został zabity, czy może nadal żyje. Pojawiali się świadkowie, którzy mówili, że jest tu, czy tam, że siedzi w rosyjskim więzieniu, albo że mieszka gdzieś w Gruzji. Możesz sobie wyobrazić, jak czuje się rodzina, która bezskutecznie próbuje odnaleźć ukochaną osobę i od nikogo nie uzyskuje pomocy.

 

Skoro zaginął podczas misji dyplomatycznej, szwedzki rząd nie czuł się zobowiązany pomóc?

Do niedawna w Szwecji nie było zbyt popularne o tym mówić, przede wszystkim dlatego, że nasz rząd po prostu nie dopilnował tej sprawy. Nie wykonano działań, które mogłyby uratować jego życie i nikt nie chciał za bardzo o tym rozmawiać, a tym bardziej ponieść odpowiedzialności.

 

Byłaś wtedy dumna z faktu, że jesteś z jego rodziny?

W dzieciństwie nigdy nie przyznawałam się do tego. Często pisałam o nim eseje do szkoły, ale nigdy nie mówiłam, że jesteśmy spokrewnieni. Teraz od kilku lat sytuacja w kraju zupełnie się zmieniła. Szwecja jest dumna z Wallenberga.

 

Co się stało?

Powołano rosyjsko-szwedzką grupę badawczą, która przez dziesięć lat próbowała ustalić los Raoula. Wynikiem ich badań, na początku lat dwutysięcznych, był dokument, świetnie nazwany: „A Diplomatic Failure”, „Porażka dyplomatyczna”. Wtedy Szwecja przeprosiła. Oficjalnie przyznano, że popełniono błąd. Dopiero podczas obchodów setnej rocznicy jego urodzin zauważono, że jest on bardzo znany za granicą. Szwedzi nie byli świadomi, że są na całym świecie pomniki, tablice pamiątkowe, ulice, szkoły i różne inicjatywy nazywane jego imieniem – od Buenos Aires po Nowy Jork, wszędzie tam, gdzie dotarły osoby, którym uratował życie.

 

W pewnym sensie misja została zakończona?

Dowiedzieliśmy się wielu szczegółów z jego życia, bo w tym czasie pojawiły się w Szwecji dwie niezależne biografie, każda z nich stanowiła poważne studium historyczne i, co najważniejsze, przedstawiały jego historię w bardzo podobny sposób. Nie znaleziono żadnych krępujących szczegółów, niczego, co należałoby ukryć. Ciężko byłoby opowiedzieć historię Wallenberga, gdyby jakąś jej część należało ukrywać, czy po prostu się wstydzić. Tymczasem, na podstawie przeprowadzonych badań, możemy śmiało uczyć o nim, jako o ważnym wzorze do naśladowania.

 

Szczególnie w dobie kryzysu migracyjnego, gdy Europa znowu testuje swoje wartości.

Pokazujemy na jego przykładzie, że każda osoba może coś na świecie zmienić. I że każda osoba jest bardzo ważna. Przecież Raoul pojechał z bezpiecznej Szwecji do odległego Budapesztu, ocalać ludzi z kompletnie innej kultury, religii, narodowości. Nie było ważne, kim oni są, ważne było, że należy im pomóc.

 

Akademia Raoula Wallenberga, w zarządzie której zasiadasz, otwarcie zabiera głos w sprawie uchodźców?

Tak.

 

Dopytuję, bo Polska nie przyjęła żadnych uchodźców, a mówienie o nich staje się automatycznie opowiedzeniem się za jedną ze stron politycznego sporu. Jeżeli popierasz – występujesz przeciwko obecnej władzy. I wiele organizacji pozarządowych, które teoretycznie powinny głośno mówić o potrzebie wsparcia uchodźców, milczy.

To raczej pretekst do pozostania biernym. Mówimy w naszej Akademii bardzo dużo na temat odwagi cywilnej, którą należy się codziennie kierować. Ale przez to można rozumieć wiele rzeczy, od pomocy w obozie dla uchodźców, po miłe potraktowanie przechodnia na ulicy. Zdecydowanie trzeba odróżnić politykę od wyzwań współczesności, wobec których nasze sumienia nie powinny pozostawać obojętne.

 

Czy Szwecja używa przykładu Raoula, żeby powiedzieć: „byliśmy OK podczas wojny”? Jako symbolu swojej postawy wtedy?

Nie. Najważniejsze było uświadomienie sobie swoich złych czynów i przeproszenie za to. Dopiero wtedy mógł rozpocząć się powolny proces rozumienia historii i próba budowania lepszej przyszłości. Gorzej, jeżeli ktoś utrzymuje, że nie zrobił niczego złego. Wtedy ma problem. W Szwecji nie było jednak żadnej wojny ponad dwieście lat. Wszędzie w Europie były prześladowania, wojny domowe, okupacje, nas to ominęło. Nie mamy narodowej traumy, więc łatwiej było się nam przyznać do tego, co zrobiliśmy źle.

 

Z jakiegoś powodu Wallenberg mówił, że ma 1/16 żydowskich korzeni.

Więcej, kiedyś podczas jakiejś ważnej kolacji powiedział komuś, że jest w połowie Żydem. Może żeby go sprowokować? Ale nie był, był, jak mówisz, w bardzo niewielkim procencie, albo nawet w ogóle. Miał sporo współczucia dla sytuacji Żydów, ale pamiętajmy, że wtedy w Szwecji także było czuć w powietrzu antysemityzm. Więc takie oświadczenie było znaczące.

 

Jednak nie działał on  w pojedynkę.

Zawsze staramy się to powtarzać. Mamy bogatą tradycję ludzi robiących dobre rzeczy, ale nie do końca się o nich troszczymy, bo jak ktoś zrobi coś dobrego, to słyszy, że to jest właśnie to, czego się od niego oczekuje. To nasze szwedzkie „nie afiszuj się za bardzo” i „bądź skromny” robi swoje. Za Wallenbergiem stała ambasada. Wiele osób, które aktywnie działało, żeby cała akcja miała szansę powodzenia. Historia Raoula to nie jest opowieść o superbohaterze.

 

A jednak był bardzo niezwykły. Zrobił na mnie ogromne wrażenie prywatny numer telefonu Eichmanna, który zapisał w swoim notatniku.

Był dobrym człowiekiem, ale i dyplomatą. Pracował z każdym, kto mógłby mu pomóc. Z przyjaciółmi i wrogami, umówił się więc też na obiad z Eichmannem. Choć warto pamiętać, że nie kształcił się wcale na dyplomatę. Studiował architekturę w Stanach, nie mógł przez to wykonywać zawodu po powrocie do kraju, więc zajął się handlem. Trafił na żydowskich biznesmenów, od których dowiedział się o pogarszającej się sytuacji europejskich Żydów. Dlatego też moja babcia zawsze twierdziła, że z jego historią należy docierać głównie do młodych ludzi. Starych nie bardzo można przekonać do zmiany poglądów, młodych można zapalać do dobrych działań. Babcia odwiedzała latami różne szwedzkie szkoły, by opowiadać o tym, kim był jej brat. Dlatego działania naszej Akademii są nakierowane na pracę z młodzieżą.

 

O czym powiesz podczas odsłonięcia tablicy w Warszawie?

Przede wszystkim, że Raoul działał w pośpiechu. Wiedział, że każdy dzień ma znaczenie, że każdej doby może uratować więcej ludzi. Nadal nie wiemy, jak skończyło się jego życie i tym bardziej powinniśmy popularyzować jego dziedzictwo, bo daje nam inspirację do zmiany czegoś na lepsze. Współcześnie potrzebujemy bardzo wielu Wallenbergów.