Niełatwe tezy Adama Puławskiego

Jan Karski nie dostarczał do Londynu raportów o Zagładzie, a właściwie to przekonywał, żeby o nazistowskim terrorze zbyt dużo nie mówić. Polskie podziemie traktowało Żydów jak obywateli drugiej kategorii, a eksterminację narodu żydowskiego uważało za niezbyt istotną sprawę – na pewno mniej ważną od eksterminacji Polaków. 

Czy to alternatywna wizja historii, czy może wnioski z wieloletnich, żmudnych badań? O tym, jak polskie podziemie reagowało na Zagładę, opowiada dr hab. Adam Puławski, historyk, były pracownik IPN-u.

 

Michał Bojanowski: Dziewięć lat intensywnej pracy, której efektem jest ponad półtora tysiąca stron szczegółowych analiz. Najpierw książka W obliczu Zagłady. Rząd RP na Uchodźstwie, Delegatura Rządu RP na Kraj, ZWZ-AK wobec deportacji Żydów do obozów zagłady (1941–1942), wydana przez IPN w 2009 roku, później Wobec „niespotykanego w dziejach mordu”. Rząd RP na uchodźstwie, Delegatura Rządu RP na Kraj, AK a eksterminacja ludności żydowskiej od „wielkiej akcji” do powstania w getcie warszawskim, która ukazała się w 2018 roku dzięki darowiznom od osób prywatnych. Niewygodne badania, przez które stracił pan pracę w IPN-ie. Cały wysiłek po to, by uporządkować stan wiedzy na temat tego, co polskie podziemie wiedziało o Zagładzie.  

happy-teachers-appreciation-week
Przekaż darowiznę na cele statutowe Fundacji Żydowskiej „Chidusz": 
42 1140 2004 0000 3602 7568 2819 (mBank)

Dr hab. Adam Puławski: Aby móc rzetelnie ocenić, czy jakaś organizacja reagowała właściwie, trzeba najpierw odpowiedzieć na trudne pytanie, o czym ona tak naprawdę wiedziała, czego nie była świadoma, w jakim stopniu jej percepcja zdarzeń była zniekształcona. Temu właśnie postanowiłem się przyjrzeć. Fakt, zajęło to wszystko razem aż dziewięć lat.

Gdy przystępowałem do badań, powszechnie powtarzano, że skoro depesza o eksterminacji ludności żydowskiej została wysłana do Londynu w kwietniu, to rząd na uchodźstwie już właśnie w kwietniu dowiedział się o Zagładzie. Nikt się nie zastanawiał nad tym, że wiadomość nie została wysłana drogą radiową, tylko kurierską, i dotarła na miejsce dopiero w czerwcu. Interesowało mnie uporządkowanie takich właśnie drobiazgów. 

 

Wyciągnął pan z nich bardzo niewygodne dla obowiązującej polityki historycznej wnioski. 

Udało mi się ustalić wiele nowych faktów. Podjąłem się tego zadania, by móc rzetelnie ocenić stosunek polskiego podziemia do Zagłady. Do 2009 roku istniały dwie szkoły pisania o tych sprawach. Pierwsza, tzw. „polska”, jak określił ją Dariusz Libionka – grupa „obrońców dobrego imienia Polski i Polaków” przekonywała, że polskie podziemie robiło wszystko, aby pomóc Żydom – informowano Zachód o Zagładzie, żądano reakcji USA i Wielkiej Brytanii, a świat – co pozostaje tutaj w domyśle – nic z tą wiedzą nie zrobił. Druga szkoła, nazwijmy ją w cudzysłowie „żydowską”, mówiła, że polskie podziemie oprócz suchego informowania o Zagładzie nie zrobiło nic do końca 1942 roku – czyli do momentu powołania Żegoty. W mojej pierwszej książce udowodniłem, że obie „szkoły” były co najwyżej zamknięte w swoich bańkach i raczej oporne na fakty. 

 

Jakie są zatem fakty? 

Podziemie założyło, że informowanie świata o Zagładzie przyniesie bardzo konkretne rezultaty. Uważano, że skoro Niemcy otwarcie i wprost pisali o eksterminacji Polaków i skrupulatnie milczeli na temat Żydów, to ujawnienie dokonującej się Zagłady sprawi, że zostanie ona przerwana. Złamanie tej ciszy miało wystraszyć nazistów. Co ciekawe, myśleli tak zarówno polscy, jak i żydowscy konspiratorzy. Udało mi się udowodnić, że była to świadoma strategia przeciwdziałania Zagładzie, która trwała od końca 1941 do lipca 1942 roku, czyli do rozpoczęcia wielkiej akcji likwidacyjnej warszawskiego getta. 

 

Wskazał pan też, że realizacja tej strategii szwankowała.   

Przekazywanych informacji wcale nie było tak dużo. Nie towarzyszyły im żadne analizy czy wnioski, które podziemie przekazywałoby władzom w Londynie. Nie proszono też o instrukcje, co dalej robić. Dostarczano suche informacje, bardzo często ze sporym opóźnieniem. Tak było chociażby w przypadku obozu zagłady w Chełmnie – czas między zdobyciem informacji a przekazaniem ich do Londynu był bardzo długi. Wniosek pozostaje prosty: skoro zwlekano, nie były one zbyt istotne. 

 

Porównywał pan również reakcje polskiego podziemia na zagładę Żydów i na mordowanie Polaków. 

Dopiero tutaj wyraźnie widać tę różnicę. Analizując dokumenty, przyglądając się procesom decyzyjnym, zauważamy, że podziemie interesowało głównie to, co działo się z Polakami. I tak, jeśli w marcu 1942 roku Niemcy zamordowali stu Polaków, to wokół tego wydarzenia zorganizowano bardzo głośną akcję informacyjną, zarówno w okupowanym kraju, jak i za granicą. Nie były to tylko suche fakty, ale żądanie odwetu. Gdy rzecz dotyczyła Polaków, podziemie reagowało szybciej, dokładniej, proszono o interwencje, przedstawiano postulaty bombardowania niemieckich miast czy nawet zabijania pięciu Niemców za jednego Polaka. W dokumentach wyraźnie widać tę różnicę. Żydzi byli traktowani jako obywatele drugiej kategorii. 

 

Pańska druga książka dotyczy okresu od rozpoczęcia akcji likwidacyjnej getta warszawskiego w lipcu 1942 roku do wybuchu powstania w 1943 roku. Co wtedy zmieniło się w stosunku podziemia do Zagłady? 

W tej pracy skupiam się na okresie, w którym masowa eksterminacja Żydów osiąga swoje apogeum, szczególnie podczas wielkiej akcji. Od dawna wśród badaczy trwały dyskusje, czy polskie władze właściwie informowały o jej przebiegu i czy próbowano szukać jakichś rozwiązań pomocowych. Część historyków uważała, że podziemie milczało na temat eksterminacji warszawskiego getta, a już na pewno milczały polskie władze w Londynie, które aż do listopada 1942 roku świadomie zatajały informacje na ten temat. Po analizie dokumentów przesyłanych do Londynu okazało się, że polskie podziemie należycie informowało o wydarzeniach w getcie, co więcej, na początku wielkiej akcji pojawiła się myśl – która wcześniej nie mogła się przebić – że może należy wrócić do postulatu zastosowania przez aliantów retorsji na Niemcach. 

 

W badaniach sporo uwagi poświęca pan depeszom, które wysyłano do Londynu.

Zacznijmy od tzw. pierwszej depeszy Stefana Korbońskiego, która została wysłana tuż po rozpoczęciu wielkiej akcji i – co ważne – tego samego dnia dotarła do Londynu. Przyjęło się uważać ją za dość, powiedzmy, dziwną, ponieważ Korboński napisał, że Niemcy rozpoczęli likwidację getta i mają zamiar wysłać sześć tysięcy Żydów na wschód. Po jej przeanalizowaniu uznałem, że musiał pojawić się błąd w jej odszyfrowywaniu, który spowodował, że zniknęło najważniejsze słowo – „codziennie”. Niemcy mają zamiar „codziennie” wysyłać sześć tysięcy Żydów na wschód. Gdyby odczytać ją z tym brakującym słowem, obraz byłby zupełnie inny. Depesza ta została nagłośniona przez BBC, jednak nie mogła ona przynieść odpowiedniego rezultatu. Później władze w Londynie rozpropagowały też drugą depeszę Korbońskiego.

 

Skąd zatem przekonanie, że nie próbowano informować Zachodu?

W połowie sierpnia doszło do zjawiska, którego historycy nie potrafili wyjaśnić – przestano przekazywać informacje o tym, co dzieje się w warszawskim getcie. Udało mi się pokazać, że władze w Londynie utajniły drugą, najważniejszą depeszę Stefana Roweckiego. Pierwsza z nich została częściowo zignorowana. Dotyczyła wpływu akcji likwidacyjnej na rynek walutowy, więc rząd skupił się wtedy na finansach. Druga, poświęcona w całości zagładzie Żydów warszawskich, w której Rowecki podawał skrótowo przebieg wydarzeń w getcie oraz liczbę ofiar, została świadomie utajniona. Uznano, że nie zostanie ona przekazana opinii publicznej.

 

Skąd to wiemy?

Z adnotacji, która znajduje się na tej depeszy. 

 

Dlaczego podjęto taką decyzję?

Cały problem polega na tym, że nie da się jednoznacznie odpowiedzieć na to pytanie. W książce omawiam szczegółowo trzy tezy. Pierwsza jest taka, że polski rząd obawiał się posądzenia o to, że dba bardziej o Żydów niż o Polaków. Trwała wtedy ewakuacja polskiej armii z Rosji. Wśród żołnierzy panował spory antysemityzm, wyraźnie dało się tam odczuć duże napięcia polsko-żydowskie. 

W tym samym czasie pojawiła się informacja o tym, że Niemcy zamierzają prześladować pół miliona Polaków, którzy mieszkali na ziemiach wcielonych do III Rzeszy. Odnosiła się do tego moja druga teza – nagłośnienie depeszy o sytuacji ludności żydowskiej spowodowałoby zaciekawienie opinii publicznej Żydami, a nie pół milionem Polaków, którym groziły represje.  

Trzecia możliwość, która jest chyba najbliższa prawdzie, dotyczyła narady, która w tym czasie odbywała się w Moskwie. Polskie władze w Londynie obawiały się, że zapadają na niej decyzje dotyczące powojennego kształtu Europy. Postawiłem więc tezę, że bano się nagłośnienia tej depeszy, ponieważ największe mocarstwa mogłyby wtedy więcej czasu poświęcić sprawie Żydów niż zagwarantowaniu Polakom wschodnich granic.  

 

Nie obawiał się pan, że te tezy są za mocne? 

Wielu historyków zgodziło się z tym, co napisałem. Zresztą te wszystkie elementy zazębiają się ze sobą. Spójrzmy na inny aspekt: pod koniec 1942 roku polskie podziemie zmieniło taktykę. Historycy nazwali ten moment przejściem od biernego oporu, który był główną strategią dotychczasowych działań, do co prawda ograniczonej, ale jednak walki. Z zachowanych dokumentów wynika, że głównym powodem tej zmiany były prześladowania Polaków. Prześladowania Żydów były jedynie dopełnieniem tej argumentacji. Polskie podziemie naprawdę było głównie zainteresowane tym, co dzieje się z Polakami. 

 

Obala pan również różne mity wokół Jana Karskiego. 

Ustaliłem właściwą, ostateczną trasę jego trzeciej misji. Karski, wbrew temu, co napisał w książce Tajne państwo, był w Lyonie, a nie w Paryżu. Sporo miejsca poświęciłem tzw. „raportowi Karskiego”. W latach osiemdziesiątych pojawiło się wśród historyków przekonanie, że 24 listopada 1942 roku polskie władze przekazały aliantom dwustronicowy raport, który Jan Karski napisał po przybyciu do Londynu. Ten krótki tekst szczegółowo informował o prowadzonej przez Niemców masowej eksterminacji ludności żydowskiej. Później, kiedy ustalono, że dokument powstał na bazie większego raportu zatytułowanego Likwidacja getta warszawskiego, oba teksty uznano za „raport Karskiego”, ponieważ to on dostarczył je do Londynu. W książce uszczegółowiłem tezę, że Karski nie zawiózł tego raportu. Został on dostarczony przez kogoś innego i inną drogą – słynny kurier nie miał z tym nic wspólnego. 

 

Dlaczego uważano, że raport dostarczył Karski?

Jego legendarne klucze, w których ukryte były dokumenty, i przesyłka, w której był raport o Likwidacji getta warszawskiego, w pewnym momencie spotkały się na trasie kurierskiej, dokładnie w Lizbonie. Razem zostały wysłane do Londynu z informacją, że obie przesyłki doręczył Karski. 

Wykazałem również, że rozmowy, które prowadził on w Londynie, Zagłady dotyczyły w najmniejszym stopniu. Karski, lojalny wobec władzy, mówił przede wszystkim o podziemiu i jego problemach – strukturze, relacjach między władzą wojskową a cywilną, partiach politycznych, zagrożeniu ze strony sowieckich partyzantów, terrorze wobec Polaków. Tematyka żydowska pojawiała się bardzo często jedynie w kontekście walki z Niemcami. Mówił też o eksterminacji Żydów, ale to był dla niego temat ostatni. Zresztą jeszcze w latach osiemdziesiątych powtarzał, że czasu na mówienie o Zagładzie zazwyczaj w trakcie rozmowy nie wystarczało. 

 

Powszechnie uważa się, że Karski mówił o eksterminacji Żydów, ale go nie słuchano. 

Nie znajduje to potwierdzenia w źródłach. Powtarza się często, że Karski próbował opowiadać o Zagładzie w rozmowach z Anthonym Edenem, ministrem spraw zagranicznych Wielkiej Brytanii, ale tamten mu przerywał, zmieniał temat i mówił, że już to wszystko wie. Z notatek Karskiego wynika jednak, że Eden prosił go, aby opowiadał więcej o eksterminacji Żydów. Tymczasem Karski wciąż wracał do spraw dla niego najważniejszych – polskiego podziemia i sowieckiej dywersji. 

 

Zatem Karski nie dostarczył raportu, nie napisał go, a informowanie o Zagładzie nie było dla niego takie ważne?

Powiem więcej. Po kilku tygodniach od przybycia do Londynu w listopadzie 1942 roku Karski zaczął przekonywać polskie władze do tego, aby w propagandzie polskiej, jak wtedy nazywano politykę informacyjną, odejść od akcentowania eksterminacji ludności cywilnej na rzecz podkreślania oporu cywilów wobec nazistów. Realizacją tego postulatu było eksponowanie w rozmowach polsko-żydowskiego sojuszu. To nie moje odkrycie, że w 1943 roku przyjęto w polskiej polityce informacyjnej takie założenie.

 

Tu pojawia się kwestia bierności aliantów.  

Nie chodzi nawet o deklarację z 17 grudnia 1942 roku, która była odpowiedzią na informacje o drugiej fazie eksterminacji Żydów, ale o bombardowania z początku 1943 roku, które nazwano odwetowymi. Towarzyszyła im informacja skierowana do Niemców, że powodem nalotów jest eksterminacja cywilnej ludności żydowskiej i polskiej. Alianci, głównie Brytyjczycy, podczas tych bombardowań zrzucili ponad dwa miliony ulotek, które o tej sprawie informowały. Nie możemy zatem powtarzać za Władysławem Bartoszewskim, że alianci nie zrobili nic, nawet nie zrzucili ulotek. 

 

Czy Karski kłamał na temat swojej misji?

Potwierdzał jedynie znane powszechnie zjawisko: im więcej czasu mija od danych wydarzeń, tym świadkowie bardziej koloryzują swoje opowieści. Czytają ustalenia historyków i dodają je do swoich świadectw. Pamiętajmy, że kurierzy nigdy nie wiedzieli, co wiozą. Początkowo po wojnie Karski nie mówił, jakie raporty przewoził. Gdy historycy ustalili, że raport o Likwidacji getta warszawskiego napisał ktoś inny, a nie on, to Karski zaczął potwierdzać, że wiózł właśnie taki dokument. Trzeba jednak przyznać, że bardzo często przeciwstawiał się on budowaniu wokół siebie legendy. Podkreślał, że sprawa polska była dla niego najważniejsza, a żydowska schodziła na drugi plan. Mówiono wtedy o nim, że jest skromny. Z jednej strony dodawał więc wtórną wiedzę, z drugiej sam był ofiarą pewnej polityki historycznej. 

 

Kto zatem przewiózł ten raport?

Nie znamy nazwiska kuriera. Wyjechał z kraju 1 października 1942 roku, dotarł do Budapesztu i tam zostawił raport. Dalsza droga tego dokumentu była bardzo skomplikowana, opisuję ją dokładnie w książce. W końcu jednak dotarła do Berna i pojechała dalej do Lizbony w bateryjce do latarki. Tymczasem Karski jechał przez Berlin i Lyon na Gibraltar, a stamtąd samolotem do Londynu.  

 

W pańskich publikacjach pojawia się też nieznany dotąd kurier Napoleon Segieda. 

Udowodniłem, że to on jako pierwszy poinformował o zagładzie warszawskich Żydów. Do tej pory wiedzieliśmy, że w pewnym momencie przedstawiciele dwóch organizacji żydowskich otrzymali z podziemia informację o eksterminacji Żydów i przekazali ją dalej do USA i Wielkiej Brytanii. Długo nie wiedziano, kto dostarczył te wiadomości, nazywano go „Aryjczykiem”. Ustaliłem, że kurierem był Napoleon Segieda, który 8 sierpnia 1942 roku wyjechał z kraju i pięć dni później dotarł do Berna. Wyruszył z Warszawy, a więc był naocznym świadkiem eksterminacji. Jako pierwszy dotarł ze swoim świadectwem za granicę. Przekazał pracownikom Poselstwa RP w Bernie informacje o wymordowaniu stu tysięcy warszawskich Żydów. I to poszło w świat. 

 

Jaki jest najważniejszy wniosek z pańskich badań? 

Według recenzentów z moich książek wynika, że Żydzi byli traktowani jako obywatele drugiej kategorii, a polskie podziemie uważało Zagładę za niezbyt ważną sprawę. Uchodzę za człowieka, który stara się unikać uogólnień – w końcu moje opracowania są bardzo obszerne – jednak te wnioski nie wydają się być dalekie od prawdy.

Chciałem napisać jeszcze popularnonaukową książkę, taką na mniej więcej dwieście stron, która w przystępny sposób obrazowałaby te wszystkie zagadnienia, ostatnio jednak skupiony byłem na zakończeniu swojej habilitacji. Muszę jednak przede wszystkim znaleźć pracę, bo obecnie jestem bezrobotny.