Z Wallstraße na Włodkowica

Wyobraź sobie, że masz 15 lat i bierzesz małą walizkę, nawet nie walizkę, tylko jakieś małe pudełko, chowasz do środka swój talit i Torę i jedyne, czego chcesz, to przeżyć. I żeby przeżyć, robisz rzeczy, których normalnie nie możesz sobie nawet wyobrazić. Albo wyobraź sobie, że masz 90 lat, i sam pracujesz na dużej farmie, i nie jest to piekło a czysta przyjemność. Wstajesz codziennie rano o 5.30 a kończysz późno wieczorem, choć nie chce ci się już liczyć, w ilu wojnach brałeś udział.

Gideon Shembeck urodził się 5 stycznia 1924 roku w Breslau, w zasymilowanej żydowskiej rodzinie. Dopóki Niemcy pozwalali, uczył się w ich szkole, zaś popołudniami poznawał judaizm na Angerstrasse, mniej więcej tam, gdzie dziś znajduje się pomnik przy ulicy Łąkowej. Gdy zmuszono go do opuszczenia niemieckiej szkoły, przeniósł się do religijnego, ale nie ortodoksyjnego gimnazjum przy Rehdigerplatz. Tam zaczął być nieco bardziej pobożny. Pod Białym Bocianem śpiewał w makeli, chłopięcym chórze. W Nowej Synagodze przy Łąkowej makela była dla dziewcząt i grano tam na organach nawet w szabat. Gideon nie pozostał jednak religijny, bo w życiu miał zbyt dużo innych zajęć.

Niemieckie miasto zniknęło bezpowrotnie, a on myśli, że nikt o Breslau we Wrocławiu nie pamięta. Przyjechał tu po 77 latach nieobecności. Przechadza się ulicami i ogląda tablice upamiętniające słynnych polskich Żydów, ale nie znajduje ani jednego kantora czy rabina przedwojennej gminy. Pech chciał, że tuż przed remontem placu Wolności zdjęto nawet tablicę upamiętniającą Maxa Borna. Stary, niemiecki Judenplatz to teraz plac Bohaterów Getta.

– Mam wrażenie, że myślicie, – mówi – że życie żydowskie w tym mieście zaczęło się dopiero po wojnie.
W jego gimnazjum dyrektorem był Feuchtwanger, brat pisarza Liona Feuchtwangera.
– Potem, – opowiada Gideon – kiedy wyjechał do Palestyny, na jego miejsce przyszedł Harry Abt, którego córka jest teraz jego sąsiadką w Kfar Mordechaj w Izraelu.

Myślał, że może w szkole żydowskiej przy Żelaznej znajdzie ich nazwiska, nie znalazł. Kto miałby je tam zapisać? We Wrocławiu jest pierwszy raz od 1937 roku. Spotyka go tu wiele niespodzianek i wiele rozczarowań. Tłumaczy sobie, że to naturalne, bo minęło prawie 80 lat, a życie toczy się dalej. Świat się rozwija i w ciągu ostatniego stulecia wydarzyło się więcej niż przez całe tysiąclecie.

Synagoga pod Białym Bocianem nie wyglądała wtedy tak pięknie jak dziś. W latach trzydziestych budynki wokół niej nie należały do gminy. Teraz cała ta okolica jest żydowska, ale w dużej mierze dla turystów. Dziwi się też, że w szabat we Wrocławiu nie było minjanu. Trochę jakby zapominając, że przez ostatnich sto lat wydarzyło się więcej, niż przez całe tysiąclecie.

Dom przy Włodkowica 35 już nie istnieje, sklep dziadka też zniknął nie wiadomo gdzie. Na szczęście jest przynajmniej cmentarz na Cosel, na którym znajduje się część rodzinnych grobów. Na tym przy Lohestrasse akurat tego dnia nikt nie udziela informacji. Nie znajduje więc grobów dwóch sióstr dziadka: Amalii i Klary, które w 1926 roku zarezerwowały obok siebie dwa miejsca na pochówek. Nikt jednak nie wie, co się z nimi stało. Tante Jenny, której nazwiska wiele lat nie pamiętał, okazała się Eugenią Shembeck, dlatego Gideon po wyjeździe do Izraela postanowił nie zmieniać nazwiska, myślał o rodzinie, która mogłaby go kiedyś odszukać.

Jego ojciec przeczuwał, co się stanie. Był zresztą syjonistą. Wziął Torę, tałes i dokumenty i uciekł z rodziną do Gdańska. Tam poszedł na komendę policji i powiedział, że nie mogą znaleźć swoich paszportów i zdobył dla całej rodziny paszporty bezpaństwowe. Można je było dostać za dwa guldeny, nie było z tym większego problemu.

Gmina żydowska w Gdańsku zorganizowała nielegalny transport do Izraela. 3 marca 1939 roku ponad 300 osób: rodziny z dziećmi, starcy i młodzież, opuściło Gdańsk, wraz z nimi była rodzina Shembecków.

Do Palestyny podróżowali cztery miesiące. Najpierw koleją do Rumunii. Potem statkiem z wybrzeża Morza Czarnego – łącznie 700 osób, w tym młodzież z Betaru, która strojem i militarnością przypominała jakoś młodemu Gideonowi obrazy z niedawno opuszczonej Rzeszy. Do celu dotarli w nocy. Angielska marynarka wojenna przywitała ich ogniem, parę kul trafiło w statek, ale nikt nie zginął.

W Hajfie byli w kwietniu 1939 roku, dokładnie na Pesach. Po czterech dniach Brytyjczycy odesłali ich z powrotem do Europy. Zawrócili więc na grecki archipelag Dodekanez – tam na różnych wyspach spędzali po kilka dni, a od społeczności żydowskiej dostawali potrzebne do przeżycia jedzenie. Pewnego razu na statku wybuchł bunt, kiedy indziej pożar; ludzie rodzili się i umierali. Ponieważ kapitanowi nie wolno było już wrócić do Palestyny, kupili łódź rybacką. Statek zatrzymał się przed brytyjskimi wodami terytorialnymi a 700 osób przeszło nocą na łódź – łódź rybacką bez działającego motoru. I tak stanęli na spokojnym morzu. Kiedy rano ci, którzy byli już kiedyś w Palestynie, rozpoznali ze statku wybrzeże przy Netanii, wszyscy poczuli się bezpiecznie. Niedługo potem przypłynął pewien Arab i sierżant policji brytyjskiej i stopniowo zabierali ich z łodzi. Okazało się, że to nie Netania a Gaza, i że trafili w sam środek arabskiego powstania. Jakiś czas leżeli na plaży owinięci kocami. Potem zajęli się nimi Brytyjczycy. Cztery miesiące od wyruszenia z nazistowskiego Gdańska, 28 czerwca 1939 roku, szli przez Gazę otoczeni żołnierzami.

Następnego dnia kobiety z dziećmi wysłano do obozu Sarafend koło Riszon Lecijon, a mężczyzn do Bat Galim koło Hajfy. I tak zaczęli nowe życie. Gideon trafił do Aliji Młodych, grupy młodzieńców, która przybyła do Palestyny z Niemiec, gdzie była szkolona w specjalnych obozach do pracy na roli. Wchodzili na statek, sami – bez rodziny, bez przyjaciół. Na miejscu trafiali do kibucu i rozpoczynali pracę. Wysłano go więc do moszawu, do dwójki starszych ludzi, którzy mieli pięć krów i nie umieli się nimi zająć. Po kilku dniach zorientowali się, że Gideon niewiele im pomoże, więc odesłali go do Hajfy. Stamtąd trafił na północ. Pojechał powiedzieć o tym rodzicom. Gdy ojciec odprowadzał go na autobus powrotny, dał mu papierośnicę.

I tego dnia zaczął palić. Ta papierośnica była jedyną rzeczą, jaką ojciec mógł dać synowi. Nie miał nic więcej. Gideon rzucił palenie, gdy skończył 32 lata. W 1941 roku zgłosił się na ochotnika do Armii Brytyjskiej, do brygady żydowskiej. Miał 17 lat, więc kazano mu przynieść oświadczenie podpisane przez ojca. Wyszedł za drzwi, podpisał je i zaniósł do innego pokoju. Po roku pilnował porządku w Egipcie, później ochraniał konwoje wożące broń do Turcji.

W 1944 roku dołączył do 8 Armii Montgomerego we Włoszech. Walczył przeciwko Niemcom. Wiedział, co dzieje się z europejskimi Żydami, ale nie wiedział wszystkiego.

Był przy oswobodzeniu jednego z obozów koncentracyjnych. Po zakończeniu wojny wraz z kolegami z żydowskiej brygady zbierał ze stacji kolejowych wszystkich tych, którzy przeżyli wojnę, i umieszczał w tworzonych przez siebie obozach przejściowych tak, aby nie wracali do swoich domów, lecz – w wojskowych mundurach – do Izraela. Brytyjczycy może o tym nie wiedzieli, a może przymykali oko. Szedł przez Europę szukając Żydów, którzy nie wiedzieli o Palestynie.

Wcześniej spędził dwa miesiące (marzec i kwiecień) we Włoszech na linii frontu, będącej częścią ostatniej ofensywy. 11 kwietnia 1945 roku został postrzelony przez jakiegoś Niemca. Do dzisiaj wydaje mu się, że to mógł być ostatni strzał, jaki padł w całym regionie. W 1946 został zwolniony z wojska i wrócił do Palestyny. Chwilę pracował w kibucu, ale szybko zaczął przygotowywać ludzi do niepodległości. W 1953 roku opuścił go i przeniósł się do moszawu.

chidusz-com-izrael-israel-farm-farma

Wciąż ma tam sporą farmę. Niewiele jednak na niej pracy fizycznej, bo do wszystkiego kupił specjalistyczne amerykańskie i izraelskie maszyny. Jedna strząsa orzechy z drzew. Druga zbiera je z ziemi. Inna wypełnia nimi worki i związuje. A Gideon traktorem je zwozi. Przeglądamy razem cały album ze zdjęciami, który zabrał ze sobą do Polski.

Ciekawe, komu chciał go pokazać?
– A to maszyna, która je czyści – wskazuje. – Sezon jest w listopadzie, będziemy w tym roku robić to samo. Pokazuje cytrusy – piękne olbrzymie drzewa, które sam sadził – i fermę kurczaków. Rozładunek, pakowanie, sprzątanie. Trzeba na siebie zarobić. Na każdym zdjęciu widać go przy pracy. chidusz-com-israel-farm-farma-uprawa-izraelDzieci nie mają czasu mu pomagać, bo same są mocno zajęte, więc pracuje zazwyczaj przez cały dzień.
Zresztą nie potrzebuje już żadnej pomocy. Już, bo bez pomocy żony nie dałby rady, wyznaje. – Umarła dwa lata temu, byliśmy razem od 15. roku życia. Kiedy przyjechałem do kibucu, ona już tam była. Pochodziła z Casel. Pobraliśmy się w 1948 roku, 63 lata byliśmy małżeństwem. Razem zbieraliśmy orzechy i cytrusy.