Groźne cyfry 447. Amerykanie o mieniu żydowskim

Amerykańska ustawa Justice for Uncompensated Survivors Today [sprawiedliwość dla ocalałych, którym do dziś nie uczyniono zadość], w skrócie JUST, wywołała nadaktywność polskich prawicowych komentatorów jeszcze zanim 9 maja została podpisana przez prezydenta Trumpa. „Rozpoczął się okres walki z Polską 24 godziny na dobę”, wieszczono. Co naprawdę JUST oznacza dla Polski? Niewiele, i nie mogą temu zaprzeczyć nawet najbardziej zajadli z krytyków, dlatego prześcigają się w szukaniu dziwnych argumentów mających udowodnić zagrożenie żydowskim spiskiem.

 

O czym mówi 447?

Przedstawiony przed amerykańskim Senatem w lutym 2017 roku projekt ustawy (S)447 autorstwa demokratki Tammy Baldwin został jednogłośnie przyjęty 12 grudnia 2017.

  • Treść ustawy mówi o „bezprawnie przejętym lub przekazanym” mieniu, czyli takim, które zostało „skonfiskowane, wywłaszczone, znacjonalizowane, siłą lub pod przymusem sprzedane lub przekazane w czasie trwania Zagłady lub rządów komunistycznych”.
  • Ustawa swoim zakresem obejmuje kraje, które w 2009 roku były sygnatariuszami Deklaracji Terezińskiej (pokłosia konferencji Holocaust Era Assets). Przedstawiciele 46 krajów (w tym Polski) zgodzili się wtedy między innymi „uregulować konsekwencje nielegalnych przejęć własności” oraz dołożyć starań, aby wspierać ocalałych z Zagłady, wykorzystując do tego także „własność pożydowską pozbawioną spadkobierców”. Jako że wśród sygnatariuszy znalazły się również kraje, na terenie których nie miała miejsca Zagłada (m.in. USA, Wielka Brytania, Brazylia czy Kanada), lub które być może rozwiązały już wszystkie problematyczne kwestie związane z mieniem żydowskim, naturalnie nie wszystkie będą obiektem zainteresowania ustawodawców. Konkretne kraje wskaże sekretarz stanu (lub wyznaczona przez niego osoba) oraz konsultanci z (niewymienionych z nazwy) organizacji pozarządowych.
  • W ciągu 18 miesięcy od wejścia ustawy w życie powstaną raporty, które wykażą, jak wybrane państwa wypełniają swoje zobowiązania. W raportach opisane zostanie, jak lokalne prawo radzi sobie z zadaniami zwrotu mienia (zarówno prywatnego, jak i należącego przed wojną do gmin żydowskich), w jakim stopniu oferuje się rekompensaty (kiedy zwrotu w naturze nie można dokonać), oraz jak wykorzystuje się majątek bez spadkobierców do pomocy żyjącym ocalałym. Ponadto zostanie tam uwzględniona kwestia wspierania edukacji o Zagładzie. Sporządzających raport będzie interesowało, czy w danych krajach istnieje jedno spójne prawo pozwalające dochodzić zwrotu mienia oraz jak wygląda jego egzekwowanie. Szczególnie będą zwracać uwagę na to, jak wypełniane są zobowiązania wobec ocalałych z Zagłady z amerykańskim obywatelstwem lub ich spadkobierców. Sekretarz stanu raporty przedstawi później odpowiednim komisjom Kongresu.

Esencją niezwykle krótkiej, ledwie dwustronicowej ustawy, jest więc zobowiązanie strony amerykańskiej do przedstawienia Kongresowi szczegółowych raportów mających charakter informacyjny i dotyczących niektórych krajów-sygnatariuszy deklaracji z Terezina. Senat zaakceptował projekt 447 jednogłośnie.

 

Amerykańska debata nad 447

24 kwietnia 2018 roku ustawa została poddana pod debatę w Izbie Reprezentantów. Republikanin Ted Poe, nawiązując do obietnic złożonych w czeskim Terezinie w 2009 roku, mówił: „(…) pośród 46 sygnatariuszy tej deklaracji (…) istnieją duże dysproporcje w zakresie, w jakim przyjętym prawem wypełniają oni powinność zadośćuczynienia ocalałym. Ta ustawa pomoże uczynić rządy tych krajów odpowiedzialnymi za niespełnienie obietnic, których się podjęły”.

Poe wyraził tym samym zdanie większości obecnych na sali reprezentantów, choć pojawił się też głos krytyki. Należał on do Ileany Ros-Lehtinen, republikanki, członkini Kościoła Episkopalnego, której dziadkowie ze strony matki byli sefardyjskimi Żydami. Ros-Lehtinen, która jest również jedną z pięciorga przedstawicieli Izby Reprezentantów w radzie waszyngtońskiego Muzeum Holocaustu, podkreślała, jak wiele podczas swojej kadencji zrobiła, aby wspierać ocalałych z Zagłady. Właśnie dlatego nie mogła ze spokojnym sumieniem przyglądać się temu, jak przyjmowana jest ustawa JUST.

„Gdzie jest sprawiedliwość?”, pytała, nawiązując do jej nazwy. „Ta legislacja oznacza jedynie obowiązek raportowania. (…) Da nam dobre samopoczucie, bo będzie się nam wydawać, że robimy coś dla ocalałych (…)”. W swojej przemowie zaatakowała Claims Conference, organizację założoną w 1951 roku przez Nahuma Goldmanna, przewodniczącego Światowego Kongresu Żydów w celu reprezentowania ocalałych domagających się niemieckich kompensacji [do dziś wiele osób w Polsce i w Izraelu dostaje dzięki jej pomocy renty i zapomogi]. „To jest sprawiedliwość w stylu Claims Conference”, mówiła, „a mam przez to na myśli to, że Claims Conference chce stwarzać pozory robienia wszystkiego, co w ich mocy, na rzecz ocalałych, ale nie ma tam nic więcej. To zasłona dymna. (…) Ustawa ta ma poparcie Claims Conference właśnie dlatego, że chodzi w niej o absolutne minimum. Odwraca uwagę od smutnej prawdy. A jaka ona jest? Claims Conference całkowicie zawiodła ocalałych”. Reprezentantka wytknęła przy okazji liczne nadużycia organizacji, w tym defraudacje.

Jednak większość członków Izby, mimo wyrażanej sympatii dla działalności Ros-Lehtinen i niekwestionowania potrzeby pomocy żyjącym jeszcze ocalałym (demokrata Joseph Crowley przypomniał, że w samych tylko Stanach Zjednoczonych jedna trzecia z nich żyje poniżej granicy ubóstwa), była przychylna ustawie. Ich zdaniem będzie ona wywierać wystarczającą presję na rządy, które uchylają się od zwrotu żydowskiego mienia i wypłaty rekompensat. Podkreślano też, że ustawa ma poparcie w zasadzie wszystkich znaczących organizacji żydowskich. Ros-Lehtinen obstawała jednak przy tym, że ma lepsze niż ustawa 447 rozwiązanie problemu niezwróconego mienia.

 

Jeszcze inna sprawiedliwość

Ros-Lehtinen jest autorką przedstawionego w styczniu 2017 roku i będącego dopiero na początku legislacyjnej drogi projektu (H.R)762 (pełna nazwa: Holocaust Insurance Accountability Act), który zakłada możliwość dociekania rekompensat od firm ubezpieczeniowych, w których ofiary Zagłady miały wykupione polisy. To właśnie na niego powoływała się także podczas debaty nad 447. Wskazywała, że jest on bardziej potrzebny, gdyż dawałby realną możliwość walki o sprawiedliwość na terenie Stanów Zjednoczonych: „(…) Już wcześniej mówiłam o ocalałych, którzy nie mogą pozwać firm ubezpieczeniowych w sądzie federalnym, o tym, jak niesprawiedliwa to sytuacja. (…) Wyobraźmy sobie, jak czują się ocalali, kiedy mówi się im, że w Ameryce niemal każdy może dociekać sprawiedliwości w sądzie, chyba że jest ocalałym z Zagłady i chce zasądzić jedną z wielkich, bogatych i wpływowych firm ubezpieczeniowych. W takim przypadku nie masz prawa do swojej sprawiedliwości. (…) Niezliczona liczba ocalałych miała ważne polisy w europejskich firmach ubezpieczeniowych, wykupione przed Zagładą”.

Mimo dezaprobaty Ros-Lehtinen dla zbyt małej skali, w jakiej ustawa 447 może pomóc ocalałym, przeważyła opinia, którą wyraził republikanin Ed Royce: „(…) nigdy nie będzie wystarczającej rekompensaty dla ocalałych z Zagłady za niewyobrażalne zło (…), jakie przeżyli. Jednak z punktu widzenia większości organizacji, które rozmawiały z nami o ustawie, wygląda to tak: możemy spróbować. Możemy spróbować zwrócić to, co według prawa jest ich”.

* * *

9 maja prezydent Donald Trump ostatecznie podpisał ustawę. Konflikt pomiędzy tym, jaki rodzaj działań podjąć – strofować państwa, które nie wypełniają swoich zobowiązań i wyrażać troskę o ocalałych, czy podejmować realne działania w Stanach – rozstrzygnął się póki co na korzyść tego pierwszego. I choć w opinii Ros-Lehtinen wygrało dobro tylko z pozoru, czterdziestominutowa debata w niższej izbie amerykańskiego Kongresu była jedyną, jaka się tam odbyła. Przez Amerykę nie przetoczyła się żadna istotna dyskusja w tej sprawie, a organizacje żydowskie, które oczywiście odnotowały wejście ustawy w życie, nie przypisywały jej głębszego znaczenia. Zupełnie inaczej było w Polsce.

 

Stanowisko Polski

Każdy, kto do reszty nie stracił rozumu, nie będzie w stanie udowodnić tezy, że jakakolwiek ustawa, przyjęta przez jakiekolwiek państwo świata, będzie miała wpływ na polskie prawo. Przyjmując takie stanowisko polski rząd ośmieszyłby się, a pewnie także wywołał kolejną międzynarodową burzę w kilka miesięcy po tym, kiedy ta o nowelizacji ustawy o IPN-ie zdążyła nieco przycichnąć. Dlatego, mimo szumu w prawicowych mediach, jaki na dobre rozgorzał przed podpisaniem jej przez prezydenta Trumpa, polski MSZ wypowiadał się zachowawczo i uspokajająco.

* * *

Wiceminister spraw zagranicznych Piotr Wawrzyk przyznał, że zadaniem ustawy 447 jest monitorowanie sytuacji i informowanie o niej Kongresu. Przekonywał, że swoje zobowiązania wobec Stanów Zjednoczonych i ich obywateli Polska wypełniła, realizując założenia ustawy indemnizacyjnej z 1960 roku. Nie uciszyło to oczywiście prawicowej prasy, z coraz większą odwagą krytykującej poczynania PiS-u. Rafał A. Ziemkiewicz pisał na łamach „Do Rzeczy”, że ustawa „nie mówi o Polsce, ale wszyscy wiedzą, o co chodzi. Oczywiście poza polskimi oficjelami, którzy z typowym głupkowatym optymizmem usiłują uspokoić nas, że nie ma żadnych powodów do obaw i ustawa jest w ogóle pozbawiona praktycznego znaczenia”. Gdyby Ziemkiewicz sprawdził, że w ustawie znajduje się zapis o sygnatariuszach Deklaracji Terezińskiej, a jednym z nich była niewątpliwie Polska [choć można znaleźć w internecie teorie spiskowe, jakoby obecny na konferencji Władysław Bartoszewski jednak tego dokumentu nie podpisał], być może jego krytyka głupkowato optymistycznych polityków byłaby jeszcze większa. Natomiast Wawrzyk słusznie stwierdził zasadniczy brak znaczenia ustawy – nie jest przecież tak, że opinia jakiejś komisji w jakimś kraju zmusi polski rząd do przyjrzenia się kwestii mienia żydowskiego. Zwłaszcza, że w opinii Wawrzyka problem rozwiązał się najwidoczniej już w 1960 roku.

* * *

Minister spraw zagranicznych Jacek Czaputowicz o 447 wypowiadał się w podobnym tonie co Wawrzyk, śmiało zauważając też, że „każdy suwerenny kraj może przyjąć takie rozwiązania prawne, jakie uzna za priorytetowe”. Pokusił się też o krytykę ustawy, która jego zdaniem jest niedoskonała i niesprawiedliwa, wyróżnia bowiem „grupę Polaków żydowskiego pochodzenia, która opuściła kraj, przed resztę Polaków”. Nie może być przecież tak, że Żyd coś dostanie, a Polak walczący w Powstaniu Warszawskim już nie. To nie byłoby dobre, bo budziłoby w Polsce „złe skojarzenia”. Jakie skojarzenia mogą mieć Polacy z żydowskim mieniem niesprawiedliwie oddawanym Żydom, tego minister nie sprecyzował. Uspokoił natomiast, że na pewno „będziemy prezentować nasze racje”.

* * *

Chęć walki o nasze racje mogłaby się nawet spodobać prawicowym komentatorom, jednak w zdawkowych i nielicznych wypowiedziach rządzących wciąż doszukują się oni spisku. „Milczenie polskich władz w tej sprawie wydaje mi się zagadkowe”, mówił w TV Republika Stanisław Michalkiewicz, publicysta „Naszego Dziennika”, Radia Maryja i Telewizji Trwam. Odpowiedź udzieloną posłowi Robertowi Winnickiemu na interpelację w sprawie potencjalnych żydowskich roszczeń wobec Polski nazywa – „najłagodniejszym określeniem” – wymijającą. Pytania Winnickiego, zadane ministrowi spraw zagranicznych w grudniu 2017 (czyli dopiero po przejściu ustawy przez amerykański Senat), nie mogły bowiem doczekać się odpowiedzi innej niż ta, że MSZ przygląda się sprawie z „pogłębionym zainteresowaniem”. Podsekretarz stanu Bartosz Cichocki przyznał też, że zainteresowanie Polską wśród żydowskich organizacji i administracji amerykańskiej i izraelskiej wynika „przede wszystkim z faktu, iż Polska jest ostatnim państwem Europy Środkowej i Wschodniej, w którym po 1989 roku nie uchwalono ustawy reprywatyzacyjnej”.

O czym świadczy to wszystko? O ingerencji rosyjskiej agentury, jak wskazuje Michalkiewicz? To wcale nie jest najdziwniejsza teoria, jaka pojawiła się w prawicowej prasie i internecie w związku z 447.

 

Niby nic, a jednak wiele

Bicie na alarm wynika być może po części z autentycznego niezrozumienia treści ustawy, lecz bardziej chyba z celowo błędnej interpretacji. Ma ona przekonać, że odbywa się skok na polski majątek, oczywiście w wyrachowany sposób zaplanowany przez Żydów. Lansowane są przy okazji teorie o antypolonizmie i „przedsiębiorstwie Holokaust”, próbuje się w temat restytucji wpleść nawet Jedwabne i Grossa. I choć nawet „Gazeta Polska” musiała przyznać, że JUST „nie zawiera żadnych prawnych narzędzi, za pomocą których Polska mogłaby zostać zmuszona do zwrotu bezspadkowego mienia pożydowskiego”, jej destrukcyjnej rzekomo siły próbuje się dopatrywać w naciskach, które „lobby żydowskie” będzie wywierać tak długo, aż zupełnie zniszczy Polskę.

Marek Chodakiewicz, historyk mieszkający na stałe w USA, publicysta m.in. „Frondy” i „wSieci”, wyraził obawę, że konsekwencją przyjęcia 447 będzie „nękanie Polski na rozmaitych płaszczyznach, aż do czasu, gdy się złamie tak jak Szwajcaria”. Wytłumaczył też, że zagrożeni jesteśmy sankcjami, pozytywnymi i negatywnymi: „Sankcje pozytywne to, krótko mówiąc, przekupstwa. Na przykład, jeśli Polska zapłaci odszkodowania zarządzone przez organizacje żydowskie, dostanie ochronę tarczy antyrakietowej albo faworyzowany status handlowy. Sankcje negatywne mogą oznaczać – w razie odrzucenia roszczeń – bojkot polskich produktów, cła zaporowe na nie albo odmowę udzielenia kredytu”. Najlepszym wyjściem z sytuacji, które postawiłoby Amerykę w niezręcznej sytuacji i spowodowało zakończenie tematu restytucji, byłoby jego zdaniem wysłanie „tego rachunku do Berlina”.

* * *

Marcin Makowski, dziennikarz „Do rzeczy” i Wirtualnej Polski (ten sam, który przeprowadzał niezwykle ciepłe wywiady z Jonnym Danielsem), ubolewał na Twitterze: „W polskich mediach cicho, ale dzisiaj w nocy polskiego czasu w amerykańskiej Izbie Reprezentantów Kongresu odbędzie się głosowanie nad ustawą 447. Zakłada ona, że Departament Stanu będzie wspierać roszczenia organizacji żydowskich do restytucji mienia, nawet jeśli nie ma spadkobiercy”. Co prawda ustawa nigdzie nie wspomina, że organizacje będą wspierane przez USA, a jedynie mają pomóc w sporządzaniu raportu, ale kilka dni później, po aferze w sprawie pomnika katyńskiego w Jersey City, Makowski był przekonany o szalejącym antypolonizmie, oraz że „do walki z Polską wykorzystuje się klisze antysemickie”.

Niewymienione z nazwy organizacje wzbudziły postrach nie tylko Makowskiego, ale też historyka Jerzego Targalskiego. W TV Republika mówił, że ustawa 447 jest bardzo ogólnikowa, przez co niebezpieczna. Szczególnie groźne jest według niego to, że nie znajduje się tam pełna lista organizacji uprawnionych do pracy nad raportem. Może znajdzie się tam Anti-Defamation League, straszy, choć nie do końca udaje mu się przypomnieć pełną nazwę demonizowanej przez prawicę organizacji zajmującej się walką z nienawiścią wobec Żydów. Targalski zna natomiast ustawę i podsumowuje, że będzie badane, „czy nasze prawo w Polsce jest słuszne czy niesłuszne” [a raczej, jak realizowany jest zwrot mienia i jakie mamy odnośnie tego przepisy], a w przypadku mienia bez spadkobierców, czy „rekompensata została zużyta na potrzeby tych, którzy przeżyli Holokaust”. „Ale jaka jest tego definicja?”, pyta obecnego w studiu Stanisława Michalkiewicza. „Ten, kto żyje, to przeżył”, odpowiada Michalkiewicz. Targalski chwali go: „Pan mówi zgodnie z logiką, a w polityce z logiką bywa różnie”.

Niepokój duetu Targalski-Michalkiewicz – mimo, wydaje się, wcześniejszego zrozumienia, że w ustawie chodzi jedynie o przedstawienie raportu – budzi też fakt, że dochody z mienia bez spadkobierców mogą zostać przeznaczone na „inne cele”. Żeby to się stało, własność ta musi zostać wyodrębniona, „chociażby po to, żeby wiedzieć, jakie są z niej dochody”. Michalkiewicz kontynuuje: „No a skoro zostanie wyodrębniona, to ktoś musi nią zarządzać i nie będą to władze polskie, (…) tylko przedstawiciele jakichś [powraca jak refren] niewymienionych z nazwy organizacji pozarządowych. Nie trudno się domyśleć, co to za organizacje będą”. „Będziemy mieli środowisko obdarowane majątkiem rzędu 65 miliardów dolarów, bo takie są szacunkowe określenia tej wartości tego mienia”, kalkuluje Michalkiewicz. „To jest około 60% rocznego budżetu Polski”.

* * *

W telewizji publicznej w programie Minęła dwudziesta wypowiada się z kolei sympatyczny niegdyś podróżnik Wojciech Cejrowski. Ustawę uznał za nie tyle niebezpieczną, co za „nóż na gardle” i „ścierwo”. „Za każdym razem jak słyszymy 447, trzeba mówić: ale won z tym!”, emocjonował się. „Absurdalne roszczenia hien cmentarnych, tym razem żydowskich, spryciarzy jakichś, którzy sobie zrobili stowarzyszenie i chcą zrobić skok na groby własnych pobratymców krwi”, tłumaczył, ubolewając, że polska dyplomacja nie zrobiła nic, kiedy można było jeszcze przeciwko tak niebezpiecznej legislacji lobbować.

* * *

Polska dyplomacja rzeczywiście milczała, ale bardzo aktywne były prawicowe środowiska polonijne w USA. Powstała między innymi strona stopacthr1226.org, której mottem było: „Walczymy o prawdę i sprawiedliwość dla milionów ofiar hitlerowskiego ludobójstwa na Polakach”. Intencją jej założycieli było m.in. udowodnienie, że ustawa 447 jest niekonstytucyjna, bo dyskryminuje nieżydowskie ofiary reżimu hitlerowskiego, na przykład Polaków, których cierpienie „stara się systematycznie umniejszać”. Na stronie można było znaleźć gotową do wysłania petycję do prezydenta Trumpa, w której wzywano go do niepodpisywania ustawy. Podkreślono w niej, że trzy miliony ofiar Hitlera było „etnicznymi Polakami”, że sprawiedliwości Polska już zadośćuczyniła w 1960 roku, a część mienia oddano już prawowitym właścicielom, bez potrzeby przyjmowania jednolitego prawa dotyczącego restytucji. „Prosimy o zawetowanie ustawy 447! Otwarcie dyskryminuje ona polskich ocalałych z Zagłady i stanowi bezprecedensowy atak na Polskę, wiernego sojusznika USA w Europie”, pisali twórcy petycji. Trudno z jej treści zrozumieć, kim są „polscy ocaleli z Zagłady”, bo przecież właśnie w ich interesie ustawa ma działać, a nie ich dyskryminować.

* * *

Protesty jednak nie zatrzymały Trumpa. Jeszcze pod koniec stycznia na łamach „wSieci” amerykanista Zbigniew Lewicki roił nadzieję, że być może ustawa przepadnie, „jak często jest to w przypadku ustaw czysto wizerunkowych”. Po złożeniu podpisu przez prezydenta dziennikarz Witold Gadowski w TV Republika mówił natomiast: „Ustawa 447 otwiera ogromne niebezpieczeństwo obniżenia naszej stopy życiowej – bo po prostu nas okradną”.

 

Lekcje nieuginania się przy wstawaniu z kolan

Jak uniknąć grabieży? Historyk KUL-u Mieczysław Ryba mówił w wywiadzie dla „wSieci”: „Gdyby w Stanach Zjednoczonych zmarł bezpotomnie Polak, który nie zostawia testamentu, to dlaczego państwo polskie – czy tym bardziej jakaś polska organizacja – miałoby wysuwać żądania zwrotu jego majątku? Jeśli natomiast mówimy o śmierci spowodowanej działaniami okupanta i wyrządzaniu krzywdy nie tylko jednostce, lecz także społeczeństwu, to tutaj adresatem żądań bez wątpienia są Niemcy. W takim przypadku nie tylko organizacje żydowskie, lecz nawet państwo polskie może żądać zadośćuczynienia”. Aby uniknąć grabieży od 65 do 330 miliardów dolarów [szacunki Jacka Międlara], należałoby po prostu zastosować odwrócenie kota ogonem i wskazać na Niemców jako beneficjentów całego żydowskiego majątku, nawet tego znajdującego się na terenie Polski. Chociażby po to, aby ostatecznie i jednoznacznie wskazać, kto był katem, a kto ofiarą. „Trzeba Polsce zadośćuczynić”, kontynuuje Ryba. „Ta prawda się rozmywa”.

Z wojną o prawdę może być jednak taki problem, „że jeżeli Polacy postawią opór, prawdopodobnie przeprowadzi się taki Holokaust, jaki Żydzi przeprowadzają na terenie okupowanej Palestyny”, twierdzi Międlar. Na razie jednak rząd, który powstrzymuje się od reakcji, jest poniekąd dobry, bo sprawia, że żydowskie czołgi i karabiny trzymają się z daleka od Polski. Ale Międlar przestrzega: „Jeżeli przeciwstawimy się i powiemy won, to prawdopodobnie zastosuje się metody, które stosuje się w Syrii oraz w Palestynie”. Jesteśmy zatem w kropce.

 

Co dalej?

Raport o stanie prawa dotyczącego zwrotu mienia żydowskiego w wybranych europejskich krajach ma powstać w ciągu półtora roku. Temat na pewno jeszcze przez jakiś czas pozostanie na agendzie prawicowych mediów. Będą one powtarzać te same bezpodstawne i antysemickie argumenty, strasząc masy coraz śmielej szkolone w myśleniu, że wszystko jest winą antypolskiego żydowskiego lobby.

Kiedy raport już powstanie, dowiemy się z niego najprawdopodobniej, że Polska nie wypełniła swoich zobowiązań zadeklarowanych w Terezinie w 2009 roku. Winą za to obarczy się pewnie Bartoszewskiego i Tuska.

Jedynym realnym rezultatem ustawy 447 może być wywołanie poczucia wstydu, że od upadku komunizmu Polska ociąga się z przyjęciem jednolitego prawa dotyczącego restytucji mienia żydowskiego.

* * *

Pod koniec 2017 roku poseł PiS-u Patryk Jaki [„Nie może być tak, że przed przyjęciem każdego projektu będziemy dzwonić do Izraela”] złożył projekt ustawy dotyczący rekompensaty „niektórych krzywd wyrządzonych osobom fizycznym wskutek przejęcia nieruchomości lub zabytków ruchomych przez władze komunistyczne po 1944”, mający podobno duże wsparcie ministra sprawiedliwości Zbigniewa Ziobry. Projekt Jakiego dotyczy jednak tylko dociekania sprawiedliwości przez obywateli polskich. W opinii Rady Legislacyjnej ze stycznia 2018 roku zupełnie arbitralnie pozbawia on prawa do rekompensaty „dużą grupę byłych obywateli polskich, w tym ofiary Holocaustu lub osoby, które w momencie przejęcia przez państwo nieruchomości nie zamieszkiwały na terytorium Polski”. Jednocześnie Rada stwierdza jednak, że trudno będzie takie przepisy uznać za prawnie dyskryminacyjne.