Uratować pamięć

Natala Nagler – Bartczak, Społeczny Opiekun Zabytków, od 10 lat troszczy się o cmentarz żydowski w Wińsku. Dzięki jej zaangażowaniu cmentarz pięknieje i łączy okolicznych mieszkańców.

Na pytanie, jak dostać się do Wińska, odpowiada szczegółowym rozkładem jazdy pociągów. Proponuje, że odbierze z dworca w Ścinawie i zawiezie na cmentarz. I mówi, żeby się o nic nie martwić, bo po spotkaniu odstawi z powrotem na dworzec.

Natalia ma 24 lata. Wygląda na skromną i pewną siebie osobę. Samochodem kieruje Marcin, jej mąż. Jedziemy najpierw na cmentarz w Ścinawie. Rzadko można oglądać małe cmentarze w Polsce utrzymane w dobrym stanie, zachwycam się. E tam, mówi, zobaczysz mój.

Siedzę na tylnym siedzeniu i słucham.

Nieopodal tej kępy drzew również jest stary cmentarz, wskazuje, kiedyś poszłam tam z mamą, spodobało mi się to miejsce. Wtedy mama powiedziała mi, że muszę jej obiecać, że nie będę go porządkować. Uwielbiam cmentarze. Mam w sobie coś takiego, że jak widzę stary mur, to wzrasta we mnie adrenalina. Chcę zobaczyć, dotknąć.

Dojeżdżamy do Wińska na jej cmentarz.

Pięknie usytuowany na niewielkim wzniesieniu, wokół niego intensywne prace przy wycince drzew, koparki, auta, robotnicy. Krótka trawa razi w oczy intensywną zielenią. Przed wejściem tablica informacyjna po polsku i hebrajsku. Kto ją ufundował? Uśmiecha się, nie odpowiada.

Przychodziłam tutaj odkąd sięgnę pamięcią. Pewnego razu, gdy miałam czternaście lat, przedzierając się z mamą przez gąszcze krzaków postanowiłam, że zajmę się tym cmentarzem.

Tak po prostu?

Tak po prostu.

Przychodzi na cmentarz młoda dziewczyna z mamą i mówi, że się nim zaopiekuje?

No właśnie taka jestem.

Co mama na to?

Nie pamiętam. Ale chyba nie wierzyła, że to zrobię. Może dlatego też nie protestowała. I choć nigdy nie była bardzo zaangażowana w prace na cmentarzu, to miałam z jej strony wsparcie. Nie mówiła, że się nie zgadza, że nie pozwala. Dziesięć lat temu cmentarz był całkowicie porośnięty krzakami i chwastami. Ciężko mi było tutaj być samej, więc mama przychodziła ze mną. Siedziała, dotrzymywała mi towarzystwa. Także wiele jej zawdzięczam. I wtedy właśnie widząc ogrom pracy i czasu, jaki poświęciłam temu miejscu, kazała mi obiecać, że nie wezmę sobie innego cmentarza pod opiekę.

Przychodziła więc na cmentarz z mamą albo sama. Akurat pierwszego lata miała wycięcie wyrostka, więc za bardzo nie pracowała, zresztą było tam tak gęsto, że nie dało się żadnej lekkiej pracy wykonać, nawet zgrabić liści. Wiedziała, że to potrwa, więc zaczęła od częściowej inwentaryzacji, spisywała imiona i nazwiska. Szło ciężko.

Powiedziała mamie, że za odłożone pieniądze chce wyciąć trochę krzaków, żeby mieć łatwiejszy dostęp do nagrobków. Kierownikiem komunalki okazał się szkolny kolega jej mamy. Powiedział, że cmentarz leży mu na sercu, a skoro jej córka się nim zajmuje, to pomoże. Zorganizował bezrobotnych, by tam pracowali. Wielki korzeń dawno przewalonego drzewa i cały ogrom krzaków wycięto i wywieziono.

W końcu nie wydała kieszonkowego, ale to nie jest dla niej istotne. Nigdy nie próbowała pozyskiwać niczego dla cmentarza, mówi, wszystko zawsze samo przychodzi. Zaraz po wycince przyjechał dziennikarz z radia nakręcić wywiad, teraz jest „Chidusz”.

Właściwie robiła tu wszystko. Grabiła liście, wyrywała chwasty, wycinała dziko rosnące krzewy. W końcu po dwóch latach pracy udało się wyhodować piękną zieloną trawę. Odkąd są razem, Marcin pomaga jej we wszystkich pracach, zazwyczaj raz na dwa tygodnie. Szczególnie w okresie letnim, kiedy trzeba często ścinać trawę. Posadzoną własnymi rękoma i za własne pieniądze.

Nie chwalą się. Wszystko trzeba od nich wyciągać. Kosiarkę też kupili na potrzeby cmentarza.

Doprowadziliśmy cmentarz do takiego stanu, że możemy przyjechać i w kilka godzin komfortowo zrobić wszystkie bieżące porządki.

On: od dwóch lat jesteśmy małżeństwem i wspieram ją od tego czasu.

Ona, szczerze się uśmiechając: taniej mi było wyjść za mąż, niż wynająć na stałe ekipę do pracy. Zanim związałam się z Marcinem, trzy czwarte macew leżało licem do ziemi.

Na przykład Richard Schlesinger. Ma chyba z pół tony – wskazuje na ogromny kamień. Podchodzimy bliżej, On staje niefortunnie na nagrobku. Prosi, by zszedł.

Bardzo lubię Ryszarda. Marcin go podnosił.

Wpatrywałam się kiedyś w tę macewę i mówię do niego, że to jest coś na pewno wyjątkowego, że musi być na nowo postawiona, że to fenomenalny nagrobek. Moje żydowskie zresztą nazwisko (Nagler) lubię do tego stopnia, że miałam spore wątpliwości, czy przyjąć jego. Ustaliliśmy, że jeżeli tylko uda mu się podnieść tę macewę, to przyjmę nazwisko Bartczak.

Wziął brata i kuzyna i stoi.

Nazwisko zawdzięcza więc Richardowi Schlesingerowi, którego Marcin postawił do pionu.

Nagle przynosi kawałek jakiejś macewy, którą właśnie znalazł. Ona rozpoznaje ją od razu. Ma ją na liście z opracowania konserwatorskiego. Dopasowuje, przestawia. Nieco się brudzi. Zresztą zawsze się tutaj brudzi.

Ktoś właśnie odzyskał kawałek swojej macewy.

Na cmentarzu leży wiele skompletowanych nagrobków, niektóre składają się z kilkudziesięciu kawałków. Mówi, że ma dar, że widzi, który kawałek do jakiej macewy. W końcu jest archeologiem.

Tutaj właściwie był śmietnik, mówi, pełno słoików, plastyku, szkła, butelek, puszek, jakichś materiałów budowlanych. Wszystko. Ten niby-sarkofag leżał bokiem. Marcin podniósł go z kolegami i stoi na swoim fundamencie. Wreszcie nie leży licem do ziemi.

Przechadzamy się dalej po cmentarzu. O każdym kamieniu ma wiele do powiedzenia. Ta macewa składa się z piętnastu kawałków, które skompletowaliśmy. Część była wrzucona do otwartego grobowca. Marcin wszedł do środka i wyjął tę macewę, wskazuje na kolosa ważącego dobre pół tony.

Waży, waży sporo ale ważniejsze było, żeby to wyciągnąć.

Stawiał to na dźwignię. Trzymetrowa rura. On podnosił, a ona podkładała cegły. A gdy macewa była już wyżej, udało się ją ustawić.

Wszystko wydaje się oczywiste i naturalne. Sprawiają wrażenie, jakby reperowanie cmentarzy żydowskich było całkiem typowym zajęciem.

Gdy nazbierało się coś poważniejszego, organizowali z przyjaciółmi akcje porządkowe.

A to Max Schlesinger. Właściwie Mosze. Próbowali koparką stawiać olbrzymią macewę w kształcie ściętego drzewa. Koparka jednak nie dała rady. Ani na Ślężnej we Wrocławiu, ani na Okopowej w Warszawie nie ma chyba tak wielkiego macewowego drzewa.

Jej marzeniem było, żeby to znów stało. Płytę doklejaną do drzewa odnalazła w grobowcu. Udało się znaleźć jej części i poskładać. Leży tutaj, wskazuje na misternie ułożoną mozaikę.

Okazałe nagrobki, które nie leżą licem do ziemi, to praca Marcina.

Ta tutaj też była licem do ziemi. Byliśmy w gimnazjum, cztery dziewczyny i chłopak, opowiada, udało nam się podnieść. Ale ustawił ją dopiero Marcin. Bardzo niszczała przez deszcz.

Moja pasja przechodzi na innych. Zabrałam kiedyś koleżanki ze studiów na Okopową. Cmentarze żydowskie przyciągają Polaków.


Po chwili dołącza do nas Stanisława Borodacz, dyrektorka szkoły z Wołowa, która zaangażowała grupę dzieciaków z Wołowa i Wińska oraz okolicznych mieszkańców, wszystko w ciągu trzech dni, bo o możliwości wejścia do lasu dowiedziała się w ostatnim momencie. Znalazła sponsorów, paliwo do kos, rękawiczki, wodę mineralną.

Przyszło 130 dzieci, była policja, służba zdrowia. Nikt nie zawiódł. Mężczyźni mieli kosiarki, piły, siekiery, mogli w ten sposób usunąć zarośla. Dzieci wynosiły w workach gałęzie, opowiada.

Leśniczy stwierdził, że skoro tak dobrze im idzie, to trzeba zrobić coś więcej i zobowiązał się do stworzenia ścieżki ekologiczno-historycznej.

To Natalia była iskrą zapalną. Zawstydzona jej pracą, postawiła sobie za punkt honoru uprzątnięcie lasu tak, aby tam, gdzie kiedyś przechodził kondukt pogrzebowy, teraz mogli spacerować ludzie podziwiający to wyjątkowe miejsce.

W końcu udało się. Nazbierali ponad 300 worków. Leśniczy obiecał do końca marca zmielić całą ziemię i zasadzić trawę. Prace trwają w pośpiechu, gdyż od kwietnia aż do jesieni nie można wchodzić do lasu z powodu okresu wylęgania się ptaków. Już teraz coraz więcej osób tu zagląda. Ale to nie koniec. To przecież jeden z nielicznych zabytków, jakie się w Wińsku uchowały. Przed wojną żyli tutaj katolicy, protestanci i Żydzi, mówi, nie można o tym zapomnieć. W ludziach jest ogromny potencjał, do ludzi trzeba po prostu wychodzić.

Poczułam się zupełnie innym człowiekiem, gdy zaczęłam tę akcję prowadzić, mówi. Robiliśmy podobne rzeczy w dzieciństwie, wtedy cmentarz miał pełne ogrodzenie, była brama, można się było dostać do niego tylko skacząc poprzez mur, więc nie wchodziliśmy tutaj, ale często sprzątaliśmy lasek dokoła.

Mamy ogromną siłę i spory potencjał, ale zasnęliśmy. Ta dziewczyna nas obudziła. To przebudzenie prowokuje, by robić więcej.

Zawiązała się grupa obywatelska, która chce doprowadzić do zbudowania tutaj drogi, by ludzie nie połamali sobie nóg. Wciągają w swoje działania setki osób, a zaczęło się od Natalii. Odkąd las jest uprzątnięty, ludzie przestali wyrzucać tutaj śmieci.

Nie chcą poważnej urbanistycznej inwestycji, raczej trawę, coś naturalnego, byle tylko nie zarastało. By znów nie zapomnieć.


Pokrywa tej studni była w środku, wskazuje Natala, myśleliśmy, że tam też są nagrobki, więc Marcin wchodził do środka i wszystko wyciągał, choćby tę ogromną, oryginalną betonową pokrywę. I trochę niebieskich płyt składających się na macewę, którą kompletujemy przy płocie.

Najbardziej ekscytujące jest odkrywanie kolejnych fragmentów nagrobków. Uwielbiam Bernarda. Kohen, którego ręce w geście błogosławieństwa, typowe na nagrobkach potomków Aarona, znaleźliśmy obok zapadniętego grobowca, ma nawet dokładnie wyrzeźbione paznokcie.

Podchodzę do niej. Łączy jakieś kawałki macew. Obraca się wokół własnej osi i wskazuje na trzy elementy rozrzucone po cmentarzu, które były pierwotnie ustawione na fundamencie, obok którego stoi. To moje ostatnie odkrycie, mówi z dumą.

Teraz rozumiem, że to jej cmentarz.

Związałam się z nim przez ostatnich 10 lat bardzo mocno, opowiada, kocham to miejsce, jakkolwiek to brzmi, spędziłam tu wiele godzin mojego życia, czasami byłam bardzo zmęczona i odpoczywałam nieopodal na łące. To wyszlifowało mój charakter. Dotykałam haczką i odkrywałam kolejny fragment. A układanie elementów każdy archeolog ma we krwi.