Co wiemy o pogromie w Kielcach?

4 lipca 1946 roku podczas pogromu przy ulicy Planty 7/9 w Kielcach zostało zamordowanych 37 Żydów, a kolejnych kilkadziesiąt osób zostało rannych. Po dwukrotnym śledztwie Instytutu Pamięci Narodowej kwestia odpowiedzialności za tę zbrodnię nadal pozostaje przedmiotem ożywionej dyskusji.

 Dr hab. Bożena Szaynok – adiunkt w Zakładzie Historii Najnowszej Uniwersytetu Wrocławskiego. Jest pierwszym historykiem, który podjął się pełnego opracowania historii pogromu kieleckiego.

 

Michał Bojanowski: Znika chłopiec.

Bożena Szaynok: Materiał źródłowy bardzo wyraźnie pokazuje, że przebywa on w wiosce pod Kielcami, po czym wraca do domu i opowiada historię o tym, że został porwany. Na początku nie mówi, kim byli porywacze, stwierdza tylko, że ktoś go porwał. Dopiero za sugestiami sąsiadów dodaje, że byli to Żydzi.

 

Po prostu Żydzi.

Nie ma w sugestiach sąsiadów, że Żydzi porwali polskie dziecko, niczego dziwnego, bo takie myślenie było obecne na co dzień w powojennej przestrzeni publicznej w naszym kraju. Dokument Biuletynu Żydowskiej Agencji Prasowej z kwietnia 1946 roku bardzo wyraźnie pokazuje, że w sytuacji zaginięcia dziecka bardzo szybko pojawia się plotka, że odpowiedzialni są za to Żydzi albo Cyganie.

 

Dlatego Henryk Błaszczyk łatwo się tym sugestiom poddaje?

Pamiętajmy, że chłopiec ma wtedy osiem lat. Dokumenty wyraźnie pokazują, że zachowuje się właśnie jak małe dziecko. Gdy przechodzą obok budynku przy ulicy Planty 7/9, o którym w Kielcach wszyscy wiedzą, że mieszkają tam Żydzi, sąsiad pyta go, czy to właśnie w tym budynku go przetrzymywano. Chłopiec szybko chwyta tę sugestię i potwierdza, że właśnie tam spędził ostatnie dni. Podobnie łatwo przyjmuje sugestię, że przypadkowy Żyd, którego spotykają przed kamienicą, jest tą osobą, która go przetrzymywała.

 

I w takiej formie milicja dostaje zgłoszenie o uprowadzeniu?

Milicja przyjmuje meldunek, gdyż rzeczywiście doszło do zaginięcia dziecka, musi więc tę sprawę wyjaśnić. Należy jednak dodać, że jej działania są także odbiciem przekonania, że Żydzi naprawdę porywają polskie dzieci. Plotka o mordzie rytualnym jest dla nich na tyle wiarygodna, że od razu wysyłają patrol na ulicę Planty, gdzie przeprowadzana jest rewizja. Szukają miejsca, gdzie dziecko było przetrzymywane. Wszystko dzieje się w centrum miasta, więc od razu zaczyna gromadzić się tłum. Zresztą już samo przejście z komisariatu budzi zainteresowanie, ponieważ milicjanci opowiadają po drodze mieszkańcom Kielc, co przydarzyło się młodemu Błaszczykowi i po co idą na Planty. Przyłączają się do nich przypadkowi ludzie.

 

Żydzi mieszkający przy Planty niczego nie podejrzewają?

W kamienicy zdążyło się już zrobić dość niespokojnie. Do mieszkańców dociera informacja, że jest jakieś dziecko, które twierdzi, że było przez nich przetrzymywane, aresztowany jest już w tej sprawie Singer Kałaman. Przewodniczący komitetu żydowskiego w Kielcach, Seweryn Kahane, idzie na milicję i bezskutecznie prosi o jego zwolnienie. Mocno się niepokoi, gdyż nic nie załatwia, a oskarżenie milicjantów pada w stronę całej społeczności.

 

Wraca na Planty.

Od tego momentu dysponujemy relacjami wielu osób, które znajdują się w różnych miejscach wewnątrz domu, zarówno pracowników komitetu żydowskiego, który tam się mieścił, jak i mieszkańców. Nie wyłania się z tego spójna narracja, są jednak pewne istotne wspólne elementy tych opowieści. Świadkowie zgadzają się, że wojsko wchodzi do budynku i domaga się od Żydów wydania broni, po czym rozpoczyna się strzelanina, rabunek, bicie, mordowanie. Seweryn Kahane zostaje zastrzelony przez żołnierzy z zimną krwią w momencie, gdy dzwoni po pomoc. Dopiero kolejnym etapem jest wtargnięcie do budynku cywilów, czy też wyprowadzanie Żydów na zewnątrz i upokarzanie, bicie, dobijanie i mordowanie ich przez ludzi zebranych wokół tego domu.

 

Za strzelaninę odpowiadają mundurowi?

Tak. Dokumenty opowiadające o okolicznościach rozbrojenia i rozpoczęcia strzelaniny przekazują różny opis wydarzeń. Moment otwarcia ognia nie został nigdy w pełni wyjaśniony. W ocenie mieszkańców budynku wojsko po prostu zaczęło do nich strzelać.

Pewna dziewczyna wraca do budynku i widzi, że na drugim piętrze kamienicy ukrywają się ludzie. Dołącza do nich. Pada dziesięć strzałów przez drzwi i jedna osoba, spośród grupy ukrywających się tam Żydów, ginie. Postrzelony zostaje również drugi człowiek, który niedługo potem umiera. Reszta jest wyprowadzana przed budynek i wydawana w ręce stojących tam osób. Hanka Alpert relacjonuje, że żołnierze po wejściu do budynku zdjęli mundury i zaczęli strzelać do ludzi znajdujących się na zewnątrz kamienicy. Faktem jest, że Polacy, którzy zginęli w pogromie, mieli rany postrzałowe. Relacji opowiadających o tych wydarzeniach jest całkiem sporo.

 

Skąd niejasności wprowadzane przez niektórych historyków?

Z braku dokumentów, które pozwoliłyby nam w pełni zrekonstruować przebieg wydarzeń. Wiemy, że część dokumentów została zniszczona, m.in. te dotyczące wojska. Poza tym nie możemy wyjaśnić istniejącym materiałem źródłowym przyczyn wyjątkowej indolencji decydentów w dniu pogromu. Stąd liczne wciąż znaki zapytania.

 

Na czym więc zbudowana jest rekonstrukcja wydarzeń?

Dysponujemy bardzo wiarygodnymi dokumentami świadków żydowskich, którzy nie mają interesu w tym, żeby kłamać. Nie można wskazać żadnej przyczyny, dla której mieliby w swoich relacjach, składanych zaraz po pogromie, przekłamywać rzeczywistość. To dzieje się później, kiedy opowiadają o tym, co robiło wojsko. W ich zeznaniach pojawia się wtedy informacja, że sugerowano im, aby jednak już o wojsku nie wspominać. Władza próbowała się wybielić. Liczba osób biorących udział w pogromie i ich agresja wzrasta wtedy do niebotycznych rozmiarów.

 

Czego dowiadujemy się z zeznań nieżydowskich?

Relacje polskich świadków pokazują psychozę, jaka panowała tego dnia w mieście: szuka się Żydów, atakuje osoby, które z wyglądu podobne są do Żydów. Polacy muszą się tłumaczyć, że nie są Żydami. W zeznaniach opisana jest wrogość, nienawiść wobec Żydów, przekonanie, że naprawdę porwali polskie dzieci.

 

Dlaczego pogrom w Kielcach nie był sowiecką prowokacją?

Materiał źródłowy dość jasno doprowadza nas do momentu wejścia wojska na ulicę Planty bez możliwości zbudowania na jego podstawie teorii o prowokacji. Moim zdaniem nie możemy przyjąć, że zniknięcie młodego Henryka Błaszczyka było częścią jakiegoś planu Sowietów, który od 1 lipca 1946 roku był systematycznie realizowany i ostatecznie doprowadził do tych tragicznych wydarzeń.

 

Wiele osób jednak poważnie myśli o prowokacji Sowietów. Przyjmijmy na moment ten tok rozumowania.

Stworzenie takiego przebiegu wydarzeń, w których ojciec Henryka jest agentem, wymagałoby karkołomnej spekulacji. Służby radzieckie musiałyby nawiązać z nim wcześniej kontakt, polecić mu przetrzymywanie dziecka i przeprowadzić cały skomplikowany spisek, angażując w niego różne osoby, w tym milicjantów.  Z materiału źródłowego wiemy jednak, że w Kielcach istniał konflikt między MO i UB. A to milicjanci rozpoczynają działania, których częścią dalszą jest pogrom. Do tego dochodzi pytanie, jak wtedy traktować cały materiał historyczny, którym dysponujemy. Przyjęcie, że jest w całości sfałszowany na potrzeby prowokacji, jest niemożliwe, gdyż podrobienie tak różnorodnych zeznań tak wielu świadków byłoby zbyt skomplikowane. Gdyby pogrom w Kielcach miał być wcześniej przygotowaną prowokacją, napisano by moim zdaniem zdecydowanie prostszy scenariusz.

 

A jednak ta teoria zdaje się rosnąć w siłę.

Jeżeli ktokolwiek chce mówić o prowokacji sowieckiej, musi przedstawić dokumenty, które jasno będą prowadziły do poszczególnych decyzji i wyjaśniały konkretne zachowania. Nie wystarczy stwierdzić, że z pogromu korzyści odnieśli komuniści. To trochę za mało.

Możemy jednak mówić o pewnych elementach prowokacji, ale rozumianej jako prowokowanie do podejmowania jakichś konkretnych działań już w trakcie pogromu. Na przykład decyzje dowódcy kieleckiego Urzędu Bezpieczeństwa, majora Władysława Sobczyńskiego miały wpływ na zebrany tłum; na to, czy dochodziło do eskalacji, czy do uspokajania zajść. Podobnie widzę też działania wojska. To te elementy historii pogromu stanowią otwarte pole do stawiania hipotez, gdyż nie zachowały się żadne dokumenty wyjaśniające poszczególne decyzje władz. Pytanie, na ile jednak były one dyktowane antysemityzmem, a na ile możliwością politycznego wykorzystania tej sytuacji, jest wciąż otwarte.

 

Teoria o prowokacji zdaje się mieć jeden cel: to próba odwrócenia uwagi od rzeczywistych sprawców zbrodni.

Ci, którzy twierdzą, że pogrom był prowokacją sowiecką, mówią, że nie ma o czym dyskutować, nie było antysemityzmu. Właściwie zabijali mundurowi z rozkazu rosyjskich władz. I zamykają w ten sposób temat. I podobnie, opisanie pogromu tylko antysemityzmem, bez wspomnienia o działaniach komunistycznych władz jest kolejnym uproszczeniem. Oprócz tego niepokoi mnie pojawianie się takich narracji, które zupełnie nie mają uzasadnienia źródłowego. Przykładów jest niezwykle dużo. Powtarza się, że pogrom miał odwrócić uwagę od sprawy Katynia na procesie w Norymberdze. Zapomina się jednak, że sprawa Katynia zaistniała na procesie w Norymberdze już kilka miesięcy wcześniej.

 

Przypomnijmy, co mówi wynik śledztwa IPN: materiał dowodowy nie wskazał jednoznacznie na zaistnienie którejkolwiek z hipotez o prowokacji (komunistów, nazistów, polskiego rządu emigracyjnego w Londynie, syjonistów, czy Urzędu Bezpieczeństwa). Uznano, że wydarzenia kieleckie z 4 lipca 1946 roku miały charakter spontaniczny i zaistniały wskutek nieszczęśliwego zbiegu okoliczności natury historycznej i współczesnej. Tymczasem przeglądam prasę z okazji 70. rocznicy pogromu i mam wrażenie, że nie na rękę jest wielu osobom takie zakończenie sprawy.

Ostatnia osobą, która miała wszystkie dostępne materiały w ręku, był prokurator wydający decyzję o umorzeniu śledztwa. Aby dobrze przeprowadzić swoją pracę, musiał trzymać się bardzo ściśle materiału dowodowego. Natomiast historycy zwracają uwagę na wiele innych rzeczy, które umiejscawiają ten materiał w jego historycznej rzeczywistości. Pewne wątki, wydarzenia, które pojawiły się w uzasadnieniu o umorzeniu śledztwa, można dzisiaj pełniej opisać aniżeli w 2004 roku. Decyzję prokuratora należy jednak przyjąć. Nie można jej zignorować, gdyż to on miał w największym stopniu dostęp do materiałów i już nikt inny po nim nie wykonał takiej pracy na źródłach. Można nie zgadzać się z różnymi jego sformułowaniami, natomiast, aby odrzucić w całości jego postanowienie, należy zaproponować inną narrację opartą o wiarygodny materiał historyczny. I o tym chyba zwolennicy teorii prowokacji zdają się nie pamiętać.

 

Tym bardziej wydaje się ta teoria nieprawdopodobna, gdy do wydarzeń przy Planty 7/9 dołączymy inne zajścia antyżydowskie w Kielcach i okolicach, które rozgrywały się w tym samym czasie. Mam wrażenie, że zbyt mało uwagi poświęca się temu, do czego doszło poza centrum miasta.

Wynika to z faktu, że w badaniach nad pogromem do tej pory skupiliśmy się przede wszystkim na wydarzeniach z ulicy Planty, poza tym mamy niewiele źródeł, które mówią o mordowaniu w pociągach i innych zajściach antyżydowskich w tym czasie. Nie wiemy też przez to, jaka jest liczba ofiar. Istnieją tylko pojedyncze zapisy, mówiące o tym, że kogoś wyciągnięto z wagonu, że gdzieś krzyczano o Żydach porywających dzieci.

 

Ile osób zginęło poza pogromem?

W Centralnym Komitecie Żydów Polskich pojawia się liczba około 30 ofiar zabitych w pociągach. Tylko w pociągach. To jest jedyne źródło, które mówi o tak dużej liczbie ofiar i nie zostało to dotąd w żaden sposób potwierdzone. Natomiast relacje, do których dotarłam, mówią o kilku osobach, ale materiał ten jest niepełny. Na przykład pojawia się informacja, że ktoś został wyprowadzony z pociągu, ale nie wiemy, co stało się później. Jest też relacja, która mówi o jeszcze jednej zabitej osobie w mieście. Nie zapominajmy też o Reginie Fisz i jej dziecku, których czwórka mężczyzn postanawia zabić na tle rabunkowym.

 

Nawet gdybyśmy uznali tę alternatywną wersję, że wydarzenia w Kielcach były prowokacją sowiecką, w której uczestniczyło nie 500 a 50 osób i zabijali głównie mundurowi, to przecież nadal jest to ta sama zbrodnia na kilkudziesięciu osobach, która dokonała się polskimi rękami.

Patrząc na tę zbrodnię, trzeba mieć na uwadze dwa czynniki, które zadecydowały o przyczynach, skali i zasięgu tej zbrodni: antysemityzm i zachowanie władz. Jedno bez drugiego by nie zadziałało. Ludzie nie pojawiliby się na ulicy Planty, gdyby nie milicjanci rozgłaszający plotki. Nie doszło by do pogromu, gdyby wojskowi zablokowali tę bardzo łatwą do zablokowania ulicę. I z drugiej strony: udział w mordowaniu biorą Polacy, zarówno mieszkańcy Kielc jak i mundurowi. Odpowiedzialność przedstawicieli władz i społeczeństwa to dwa różne zagadnienia dla historyków, dla ofiar nie miało znaczenia, kto jest mordercą. Mordowali Polacy. Wznosili wrogie okrzyki, rzucali kamieniami, bili. Ta wrogość wobec Żydów jest potwierdzona w myśleniu i działaniu niektórych Polaków jeszcze przed lipcem 1946 roku. To, co się działo w Rzeszowie czy Krakowie, pokazywało gotowość części społeczeństwa do rabowania czy mordowania Żydów. I to wybuchło na nowo w Kielcach. Dlatego niezależnie od tego, jakie dokumenty jeszcze znajdziemy, nawet jeśli będzie to rozkaz Stalina, który powie: „tak, zorganizujcie pogrom w Kielcach”, to wciąż pozostaje kwestia antysemityzmu w Polsce po Zagładzie, z którą musimy się zmierzyć.

 

Nic więc by nie zmieniło odnalezienie takiego dokumentu?

Moglibyśmy wtedy powiedzieć, że w jakimś jeszcze większym stopniu Sowieci kontrolowali Polskę. Ale przecież i tak nas bardzo mocno kontrolowali. Prawie połowa wszystkich wojsk NKWD, które stacjonowały w Europie Środkowo – Wschodniej, znajdowała się na terenie Polski. I nie była to obecność neutralna, co pokazuje chociażby obława augustowska. W sierpniu 1945 roku wojska NKWD przeprowadziły pacyfikację wiosek w okolicach Augustowa. Do dzisiaj nie możemy doliczyć się 600 ofiar. Tylu Polaków nagle zniknęło i nie wiadomo, co się z nimi stało. Mamy aresztowanie 16 przywódców polskiego państwa podziemnego, sfałszowanie referendum z pomocą specjalistów z Moskwy.

Co zmieni kolejny dokument, który pokaże, że Sowieci zorganizowali dodatkowo pogrom? Wyjaśni bardziej jeden z istniejących także dziś mechanizmów pogromu, dotyczących władzy komunistycznej: wojska, MO czy UB, ale fakt pozostanie faktem, że antysemityzm i wrogość Polaków wobec Żydów była innym znaczącym czynnikiem zbrodni z 4 lipca 1946 roku.

Na Plantach istniała możliwość wyboru: można było bić, można było nie bić. Można było wziąć udział w mordowaniu, a można było odejść. Nie było przymuszenia do mordowania. Tu mamy przestrzeń wolnego wyboru. Każdy miał prawo nie wzięcia udziału w pogromie. Co więcej, każdy miał prawo spróbować jakoś opanować tę sytuację. Przyjęcie tezy o prowokacji pozwala nie zajmować się zachowaniem osób biorących udział w pogromie i chyba taki jest właśnie jej cel.

 

Nie jest przerażające, że w 70 lat po pogromie coraz głośniejsze są teorie konspiracyjne?

Są głośne, ponieważ mamy okrągłą rocznicę, stąd pretekst do rozmowy o pogromie. Ale obok różnych niemądrych wypowiedzi w radiu czy w telewizji, mamy wiele ważnych inicjatyw. Już w kwietniu Stowarzyszenie im. Jana Karskiego w Kielcach zorganizowało konferencję na temat pogromu dla ponad stu nauczycieli. W maju odbyła się konferencja „Pojednanie i dialog” z udziałem prymasa Henryka Muszyńskiego, rabina Abrahama Skórki, czy premiera Cimoszewicza. W rocznicę pogromu odbyły się ważne uroczystości z udziałem prezydenta RP, przedstawicieli rządu, debaty historyków, modlitwy Żydów i chrześcijan na cmentarzu żydowskim w Kielcach, gdzie pochowane są ofiary pogromu. W Kielcach dzieje się bardzo dużo. Skupiamy się często na niemądrych wypowiedziach w radiu czy telewizji, ich będzie zawsze dużo, musimy jednak dostrzegać również dobre inicjatywy.

 

Tekst ukazał się w „Chiduszu” nr 6/2016 pod tytułem: 70 lat po pogromie kieleckim