Wszyscy jesteśmy Żydami

Po Marcu 1968 porzucił karierę w telewizji i status celebryty. Jego pierwszym celem emigracji była Dania, skąd wkrótce ruszył dalej na zachód. Choć właśnie w Ameryce poważnie zajął się filmem dokumentalnym, jego pierwszą produkcją był Skibet (duń. statek). Film jest być może jedynym materiałem dokumentującym atmosferę marcowej emigracji. Tytułowy statek zakotwiczony w Kopenhadze był tymczasowym domem dla pięciuset Żydów, którzy zdecydowali się opuścić Polskę.

 

Porozmawiajmy o historiach, które pan opowiada, i które panu opowiadają.

Pierwsza historia, którą powinienem usłyszeć jako małe dziecko, nigdy nie została mi opowiedziana. Z getta wyszedłem, kiedy miałem pięć lat. Tam nie było miejsca na bajki o Czerwonym Kapturku. Ostatnie trzy lata wojny spędziłem w klasztorze, a tam tylko Jezus Chrystus i Maryja. Nie było żadnych bajek, prócz religii, bajecznej samej w sobie. Bóg miał syna, który, nie wiadomo jak, urodził się z dziewicy. A potem pojawił się ten stolarz, trudno powiedzieć, czy to był jej partner seksualny, czy kto? Oczywiście wtedy tego tak nie analizowałem. Wtedy to była cudowna historia, nikt nie zadawał takich głupich pytań. Święty Józef, cieśla. A dlaczego cieśla? No bo musiał zbudować w stajence żłóbek.

 

Marzył pan o tym, żeby zostać księdzem.

Tak. Bo ksiądz mógł czynić cuda i miał stosunki z Bogiem. A ja chciałem przeżyć, chciałem, żeby moja rodzina przeżyła i w ogóle żeby wszyscy przeżyli. Wydawało mi się, że jeżeli nawiążę stosunki z Wszechmogącym, to będzie to możliwe. Ale tych Wszechmogących było dwóch. Jeden żydowski, a drugi polski. Wyobrażałem sobie Boga żydowskiego nieskończonych rozmiarów. Pamiętam, że miał gigantyczne buty i nogi, a jego głowy nie było widać, bo była w chmurach. Ale był też polski Bóg, chrześcijański. I to był mały Bóg. Nie mogłem się przyznawać, że z żydowskim mam cokolwiek wspólnego. To była więź tylko emocjonalna. Wyobrażałem sobie, że to moje żydostwo, które miałem ukrywać, jest jakimś niesłychanym misterium.

 

Skąd pan wiedział o tym żydowskim Bogu?

Może miałem sen? Nikt mi nie powiedział, ani ojciec, ani matka. Za to w kościele powiedzieli mi, że ten ksiądz Dąbrowski, który odprawia msze i ubiera się ciągle w inne kolory, to jest facet, który ma kontakt z Bogiem. Boga fizycznie zobaczyć nie można i tego sobie dziecko nie może wyobrazić. Bóg był dla mnie jak ksiądz. O żydowskim Bogu mogłem tylko fantazjować.

 

Ostatecznie nie ma pan żadnego związku z religią.

Mam jednak określony stosunek do ludzi, którzy są religijni. Szacunek i podziw, że im to pomaga w życiu. Niedawno na przykład spotkałem w pociągu faceta, który miał wózek i sprzedawał napoje i przekąski. W moich czasach połowę utargu oddawałby państwu, które było właścicielem wózka, a połowę zarabiałby na lewo. Ale on tego nie robił. Zapytałem go, dlaczego. Czy ze strachu? Wyznał, że na Sądzie Ostatecznym chce powiedzieć, że nie kradł. A skąd się pan dowiedział, że nie należy kraść? – zapytałem. – Z kościoła. – A jak często pan chodzi do kościoła? – Jak często się da, ja jestem nałogowy. Chyba, że pracuję w niedzielę – mówi – to wtedy pan Bóg wybacza. A nigdy nie zarabia się na pociągach tak jak w niedzielę. Żabka jest zamknięta, Biedronka zamknięta, bo im nie wolno handlować w niedzielę. I ja wtedy jeżdżę przez 14 godzin i sprzedaję. A Żabka i Biedronka to są krwiopijcy, bo każą personelowi przychodzić minutę po północy w poniedziałek. Tak mi powiedział. Nie zapytałem go, co myśli o tym zakazie, bo wiadomo, że powiedziałby, że to dobry zakaz, bo Pan Bóg nie pozwala przecież pracować w niedzielę.

 

Przyjechał pan do Wrocławia ze Skibetem w 50. rocznicę Marca ‘68.

To jest film stworzony dla Polaków i Żydów. Obchody Marca nazywam „odchodami” marca, dlatego że odbywają się w atmosferze totalnej eksploatacji. Wszyscy manipulują Marcem, sprowadzając go do tego, co nie jest jego rzeczywistym sensem. Prawdziwym tematem emigracji jest zawsze wątek osobisty. Polega ona na tym, że zrywa się więzi, kontakty, porzuca zasoby materialne w jednym świecie, by odbudować je w innym. I to nie jest naturalne dla człowieka. Człowiek powinien siedzieć tam, gdzie się urodził i tam rozwijać swoją kulturę, zawód, rodzinę. Emigracje zawsze były rezultatem nieszczęść i nieszczęścia przynosiły. Żydzi wędrowali z miejsca na miejsce, jedni ich przyjmowali, później wyrzucali, ale w XX wieku, po Zagładzie, chcieliśmy tylko spokoju. Mieliśmy dość ukrywania się. Stało się inaczej. Musieliśmy wyjechać. Zresztą my nie zdawaliśmy sobie sprawy, jaki to był szok dla ludzi, którzy byli naszymi rówieśnikami.

 

Nagle część ich znajomych zniknęła.

Nie mieliśmy czasu, żeby o tym myśleć, ale kiedy dziś rozmawiam z ludźmi, uświadamiam sobie, że nie tylko nam zawalił się świat. Emigracja marcowa to mógłby być równie dobrze wyjazd cyklistów czy kogokolwiek innego, kto nagle zostaje o coś niesłusznie oskarżony na podstawie wymysłów i kłamstw. Z drugiej strony ten wyjazd był przedmiotem zazdrości innych Polaków, którzy też chcieli wyjeżdżać, nie wiedząc oczywiście, jakie są tego konsekwencje. Młodzi ludzie w twoim wieku mówią mi, że muszą wyjechać. W Krakowie jakaś dziewczyna powiedziała, że czuje się, jakby była w szklanej klatce, bo widzi świat przez szkło i wie, że nie może go przebić. Dla młodych myśl o emigracji nie jest tak bolesna, ale my, mając już dwuletniego syna – choć w stosunku do innych emigrantów żydowskich i tak byliśmy młodzi – nie mieliśmy łatwo. W Polsce miałem bardzo wysoką pozycję, przyzwoite mieszkanie, zapewnione wyjazdy zagraniczne, samochód, ukochanego jamnika. Byliśmy względnie dobrze prosperującą rodziną, a w dodatku nikt nas fizycznie nie wyrzucał. Nikt nas, jak Sołżenicyna, nie wsadził do samochodu i nie odwiózł na lotnisko. Myśmy wygnali siebie sami.

 

Nie czuje się pan więc wygnany z Polski?

Czuję, że to ja wygnałem Polskę ze swojego życia. Chwilami mam wrażenie, że to jest tak, jakby ktoś porzucił żonę i miał później wyrzuty sumienia, że zostawił ją samą.

 

Młodzi ludzie, z którymi rozmawiał pan, kręcąc Skibet, również nie chcieli wyjeżdżać. W ich wypowiedziach słychać ogromny sentyment do Polski i ciągle powracającą myśl, że może będzie można wrócić.

Bo tylko Żydzi mogą tak kochać swoją przybraną ojczyznę. Żydzi są najlepszymi katolikami, jeśli się na katolicyzm decydują. Jean-Marie Lustiger, francuski kardynał, był takim samym Żydem jak ja. Wszyscy ci neofici są najbardziej oddanymi wiernymi. A później ktoś i tak im wypomni, jak Krystyna Pawłowicz, która mówi językiem księdza Trzeciaka, że mają niepolskie geny. Jej przemówienia przed wojną zaczynałyby się od słowa „Żyd”. Ona jednak uważa, że może wrzucić do jednego worka zwolenników PO, aborcji, in vitro. To są ci inni, nie-Polacy.

 

Niedawno powróciło określenie „antypolski”. Dawniej pisano, że robi pan antypolskie audycje, teraz o Pawle Pawlikowskim mówi się, że jego Ida jest antypolska.

Dla wielu osób między mną a Pawlikowskim nie ma żadnej różnicy. Oboje mamy podobną mieszankę kulturową. On wiele lat spędził w Londynie, więc nie jest żadnym Polakiem. A ponieważ ma niepolskie geny, to zrobił antypolski film. Ale w rzeczywistości chodzi o przeciwnika politycznego. Gomułka miał żonę Żydówkę i być może nie był antysemitą. Prawdopodobnie w głowie Kaczyńskiego również nie ma antysemityzmu w naszym rozumieniu. To nie jest taki antysemityzm, jaki pokazał mi wczoraj na dworcu człowiek, który przedstawił się jako wyklęty żołnierz – stuprocentowy antysemita. Niepytany, powiedział mi: Mam, proszę pana, jeszcze przed oczami tych Żydków z pepeszami, którzy szli ulicami razem z bolszewikami i strzelali do polskich chłopów. Zupełna fantazja. Rozmawiamy. Nie wiadomo skąd ja jestem, ani jakie mam rysy – oboje mówimy po polsku i mamy na głowach czapki. Ale czuję, że muszę mu koniecznie powiedzieć, że od 45 lat tutaj nie mieszkam. A gdzie? W Ameryce. A w którym roku pan wyjechał? W ‘69. A jak to się panu udało? Więc ja na to: Żyd. Ale żeby go nie urazić, obejmuję Grażynę i mówię: ale moja żona jest czystą Polką. Chcę z jednej strony go sprowokować, a z drugiej przedstawić się, pokazać, że nie jestem jakieś straszne zwierzę, skoro jednak jestem mężem stuprocentowej katoliczki. I od razu okazuje się, że wszystko jest fikcją. Że mój żołnierz wyklęty ani razu nie strzelił. Ani w czasie wojny, ani po wojnie. Że karabiny zakopywali w ziemi, a wykopywali tylko wtedy, kiedy trzeba było zrobić zdjęcie. A Żydzi byli wszędzie i mieli pieniądze. Pytam go, skąd ma cztery gwiazdki na czapce: był pan kapitanem? Ech – odpowiada – znalazłem czapkę kapitana, to ją noszę. Scenariusz i reżyseria: Jarosław Kaczyński. Totalna fikcja.

 

Dalej się pan dziwi, że chcemy wyjeżdżać?

Nie. Ja już dawno bym wyjechał. Albo wyszedłbym na ulicę z transparentem „Wszyscy jesteśmy Żydami”. Tak jak Emil Zola w czasie procesu Dreyfusa.

 

Ósmego marca na ulice wyszły kobiety.

Zaczął się wiek kobiet. Kobiety obudziły się i niedługo zlikwidują Trumpa, walcząc o poprawę swojego własnego losu. Walcząc z eksploatacją seksualną i nierównościami w miejscu pracy. Czarne parasolki powinny wyjść właśnie z nadrukowanym na nich „Wszyscy jesteśmy Żydami”. Może doprowadziłoby to pewne rzeczy do absurdu. Nowa retoryka władzy zostałaby skonfrontowana z czymś, co nie wiadomo, jak skomentować. Oczywiście można by było powiedzieć, że parasolki były kupione przez fundację Sorosa, że kobietom płaci się 100 dolarów za każde wyjście na ulicę.

 

W pana filmie Sztetl pojawia się wątek młodego historyka, który z wielkim zapałem bada żydowską przeszłość swojego rodzinnego Brańska. Pod koniec filmu widzimy jego rezygnację, a w książce Kino-ja. Życie w kadrach filmowych publikuje pan list, który ten historyk, Zbyszek, kończy słowami „Nigdy nie przypuszczałem, że będę musiał żałować tego, co w życiu zrobiłem. A film niestety należy do tych wyjątków. Jestem jego bohaterem mimo woli”.

Co stało się ze Zbyszkiem?

Nie wiem, co się z nim dzisiaj dzieje. Domyślam się, że jego zapał zniszczyła cała ta nienawiść małego miasteczka. Nie pomogło też wycofanie się księdza, który w czasie robienia filmu szczerze się ze mną zaprzyjaźnił – a od jego opinii zależo przecież stanowisko wielu mieszkańców. Dawał się filmować, wykopywał macewy, mówił do kamery. Zastrzegał tylko, żeby w filmie nie było powiedziane, że chodnik macewami wyłożyli Polacy, bo to była sprawka Niemców. W innej scenie Nathan Kaplan, który jest główną postacią w filmie, mówi: Proszę księdza, mi się to wszystko nie mieści w głowie. Jak ludzie, którzy mieli rodziny i dzieci, mogli robić takie rzeczy? Chodziło oczywiście o mordowanie Żydów. Ten fragment nie został pokazany w filmie, bo mógłby być uznany za epatowanie ludzkim cierpieniem. Chodziło o jakiegoś leśnika, który zakatrupił czteroosobową rodzinę adwokatki żydowskiej belami drewna, waląc ludzi w głowę, aż stracili przytomność. Zakopał ich żywcem, a sąsiedzi  mówili, że widzieli, jak się jeszcze ruszała ziemia. Według brańskiego księdza Pismo Święte mówi, że człowiek może traktować sąsiada swego jak siebie samego, ale jednak przede wszystkim powinien dbać o siebie i o swoją rodzinę. Jeżeli pojawia się zagrożenie dla własnej rodziny, to nie ma obowiązku ratowania innej. Znalazł usprawiedliwienie na ludzką obojętność.

 

A Zbyszek?

Skończyliśmy film i pokazaliśmy go w Brańsku, po czym ksiądz powiedział do Zbyszka: Zbyszek, kurwa, Żyd cię nabrał. Niewdzięczny Żyd Marzyński cię nabrał. Wbrew własnej woli zrobiłeś antypolski film. Choć Zbyszek wcześniej oglądał materiały i wszystko mu się podobało. Radziłem się go, zanim film był skończony. Zbyszek pisał mi: Marian, błagam cię, zrób jakiś lepszy balans pomiędzy tymi, którzy ratowali i tymi, którzy mordowali, bo inaczej będę miał straszne kłopoty. Powiedziałem mu prawdę – że ci, którzy ratowali, zazwyczaj nie chcą o tym mówić, poza tym, że sześć rodzin z Brańska ma zasadzone drzewka w Yad Vashem. Ludzie boją się, że będą oskarżeni przez sąsiadów, że się na Żydach bogacili. Tłumaczyłem mu też, że tych najbardziej pornograficznych elementów, jak historia gajowego, nie umieściłem w filmie. Powiedziałem, że nie mogę wyprodukować lepszego balansu. Masz w filmie – mówię – głównego bohatera, mnie, który zawdzięcza życie Polakom. Czego chcesz więcej? Przecież Sztetlu nie można nawet porównać z filmami, które się później ukazały, jak Sąsiedzi Agnieszki Arnold czy Pokłosie. Chciałem być przyjacielem Zbyszka. Ale ksiądz powiedział mu, że film jest antypolski i nie jest pewne, czy przedłużą mu pracę nauczyciela historii w liceum. Zbyszek się bał, ale nic ostatecznie się nie stało.

W Centrum Kultury Żydowskiej w Krakowie, gdzie przybyli między innymi Błoński i Turowicz, wszyscy mówili, że to jest niesamowicie wyważony film, na co Zbyszek odpowiedział, że być może to jest świetny film fabularny i być może Marian powinien być nominowany do Oscara, ale jako dokument nie jest wartościowy, bo nie opowiada prawdziwej historii.