Mieszkam w samym środku historii

W 1945 roku, gdy rozpoczęła studia, dziekanem Wydziału Lekarskiego był Ludwik Hirszfeld, który podjął się organizacji powojennej wrocławskiej medycyny. Przez złe pochodzenie straciła stypendium i w ten sposób trafiła do pracy u Hanny Hirszfeldowej. Później, z tego samego powodu, wyrzucono ją z akademika i tak 63 lata temu wprowadziła się do domu Hirszfeldów, gdzie mieszka do dziś. Pediatra Ewa Bohdanowicz ma 94 lata i mówi, że mieszka w samym środku historii. I choć to dla niej ogromne szczęście, to swoich wspomnień nigdy nie chciała opisywać. Jest rzeczowa, konkretna, małomówna.
Dom przy Wittiga utrzymuje tak, jakby Hirszfeldowie nadal w nim mieszkali.

Ludwik i Hanna Hirszfeldowie, po dramacie wojennym i śmierci jedynego dziecka, pozostali bardzo żywotni, od razu chcieli działać. Zresztą w ich niezwykłej historii często przechodzili przez trudne doświadczenia i zawsze potrafili odnaleźć zapał do budowania życia na nowo. Niezależnie, czy chodziło o tworzenie najważniejszych instytucji medycznych w międzywojennej Polsce, powstrzymanie potężnej epidemii w Serbii w czasie pierwszej wojny światowej, próbę zaprowadzenia higieny w getcie warszawskim, czy też o wykłady dla domowników dworu Grabkowskich, w którym Hirszfeld ukrywał się z córką po opuszczeniu getta. Każdemu miejscu, w którym się znaleźli, poświęcali się w całości. Tak też stało się we Wrocławiu.
Do Warszawy nie chcieli wracać. Zostawili tam straszną przeszłość: wojnę, getto, utratę rodziny i przyjaciół, chorobę, która doprowadziła do śmierci jedynej córki. Wreszcie zagładę całego narodu, któremu, będąc w getcie, próbowali ulżyć. Z Ewą Bohdanowicz nigdy o tym jednak nie rozmawiali.

Na drugim roku odebrano jej stypendium. Przyszedł starosta, dobry człowiek, i przekazał, że taka jak ona, to mogła dostać stypendium przed wojną. Ale jednocześnie doradził, że jest wolny etat w laboratorium na pediatrii u Hirszfeldowej. Ktoś odchodził i zwalniało się miejsce. „Idź, pędź tam, załatw to szybko”. Biegła, ile sił, ale dobrą radę podsłuchał też kolega z roku, który widocznie miał sprawniejsze nogi. Na szczęście, zamiast do Profesor, poszedł do doktora Nowakowskiego, który był adiunktem na pediatrii. Nie bardzo przypadł mu do gustu, więc usłyszał, że etat jest już zajęty. I w pewnym sensie był, bo Ewa, mniej więcej w tym samym czasie, po długim wyczekiwaniu przed gabinetem, została przyjęta przez Hannę Hirszfeldową. Profesor serdecznie ją powitała, wprawiając w osłupienie – dziewczyna nie wierzyła, że w 1945 roku nadal istnieją tak bezinteresownie szlachetni ludzie. „Dobrze, kochaneczko, będziesz chodzić na wykłady do męża i pracować w laboratorium”. Dopiero później zapytała, czy coś potrafi.
Kilka lat wcześniej niemiecki lekarz, w Wadowicach podczas przyjęcia do pracy w laboratorium, zadał jej to samo pytanie. Z obawy przed wywiezieniem w głąb Rzeszy skłamała, że potrafi. Niemiec usiadł do mikroskopu, podyktował jej rozmaz krwi. Skończył, zobaczył pustką kartkę i zawołał: „Ach, to tak pani umie”. Ale szybko się nauczyła. Dopuszczano ją do zabiegów, mogła wszystkiemu przyglądać się z bliska. Kiedyś podmieniła próbki badań, żeby uratować znajomego od przymusowego poboru do armii. Przyłapana, usłyszała, że Oświęcim jest niedaleko. Ale ostatecznie było jej w wadowickim szpitalu dobrze i do obozu nikt jej nie wysłał. Po pracy spotykała przyjaciół – wśród nich Karola Wojtyłę.
Nie musiała więc kłamać Hirszfeldowej. Jak większość młodych studentów medycyny, chciała zostać chirurgiem. Chodziła z koleżankami do szpitala wojewódzkiego, gdzie pracował bardzo przystojny lekarz. Wszystkie się w nim podkochiwały, on jednak odprawił je, mówiąc, że się nie nadają. Wróciła wtedy myślami na pediatrię, choć jeszcze nie wiedziała, że temu właśnie poświęci życie. Profesor wkrótce włączyła ją do zespołu badającego dzieci z konfliktem serologicznym i dzięki temu pozostawała też w kontakcie z Ludwikiem Hirszfeldem.
Na drugim roku była zbyt źle urodzona, żeby otrzymywać stypendium. Na czwartym z tego samego powodu musiała wyprowadzić się z domu studenckiego. Zamieszkała najpierw z koleżanką na piętrze w willi przy Mickiewicza, gdzie mieszkał doktor Orski, profesor ginekologii. W piwnicy zaś pomieszkiwał inny kolega ze studiów, wszyscy razem uczyli się do egzaminów, cieszyli życiem i błogosławili dzień, w którym odebrano im miejsce w akademiku.

ludwik-i-hanna-hirszfeldowie-ludwik-hirszfeld-historia-jednego-zycia-autobiografia-wspomnienia-hirszfelda-ewa-bohdanowicz-wittiga-wroclaw-02
Dokładnie nie pamięta, czy ucieszyła się z propozycji Hirszfelda, gdy zaoferował, aby zamieszkała nad nimi. Zwalniało się małe mieszkanie, w którym zazwyczaj mieszkały jego asystentki. Miał wspaniałe sekretarki, jedna z nich, pół-Francuzka, bardzo inteligentna, uczyła wszystkich języka. Pewnego razu, gdy rozmawiał z ministrem zdrowia, wtargnęła, mówiąc, że przyszła baba i pyta, czy profesor życzy sobie śmietanę i ser. Zrobił się zupełnie siny, ale nic nie powiedział. Czasami zdarzało mu się złościć, ale nie trwało to długo.
Ewa Bohdanowicz zastanawia się chwilę i dochodzi do wniosku, że na pewno ucieszyła ją propozycja Hirszfelda z marca 1953 roku. Zamieszkała w samym środku historii, choć, jak się okazało, historia miała już długo nie potrwać.
Kuchnią rządziła Zosia. Profesorowie w ogóle nie potrafili gotować. Kiedyś Hirszfeldowa zaprosiła na kolację profesora Nowakowskiego i zarzekała się, że sama wszystko przygotuje. Podała kiełbasę smażoną na smalcu. Nikt się nie zorientował, wszyscy zjedli z apetytem. Dopiero gdy przyszła Zosia, uświadomiła ją, co zjedli. „Boże!” – zawołała – „To była pasta do butów!”. Zdenerwowała się, zadzwoniła do profesora Czyżewskiego, żeby płukał jej męża. Przyszedł. Zamknęli się w łazience we troje. Ryczeli ze śmiechu pół godziny, spuszczali wodę, ale o żadnym płukaniu nie było mowy. Profesorowie Czyżewscy mieszkali niedaleko. On chirurg, ona pediatra.
Dom przy Wittiga był zawsze pełen ludzi. Czasami przyjeżdżał jakiś ważny uczony z zagranicy, a w domu nie było nic do jedzenia. W ogóle się tym nie przejmowali. Ważne było spotkanie. Komuniści bardzo się z nim liczyli, pomagał więc każdemu według możliwości. Gdy Ewa musiała opuścić Wrocław, bo dostała nakaz pracy na wsi, wstawił się za nią. Albo gdy zakonnik z pobliskiego kościoła wpadł w tarapaty, jego kłopoty z prawem też udało mu się rozwiązać. Ksiądz jeszcze przez długie lata po jego śmierci odwiedzał Hirszfeldową, mówiąc, że lubi patrzeć w toń jej oczu.

hanna-ludwik-hirszfeld-wittiga-wroclaw-grupy-krwi-ewa-bohdanowicz-chidusz-03
Na stoliku stoi maszyna, na której pisali swoje prace. Na regałach książki, ostatni raz przez nich otwierane. Ewa Bohdanowicz nie wie, co z nimi zrobi po śmierci. Wręcza mi „Człowieka bez właściwości” Roberta Musila dziwiąc się, że czytam takie książki – „To Profesora, ja nie czytam takich” – dorzuca. Dom przy Wittiga sprawia wrażenie, jakby Hirszfeldowie jutro mieli wrócić z podróży do Ameryki.

hanna-ludwik-hirszfeld-wittiga-wroclaw-grupy-krwi-ewa-bohdanowicz-chidusz
Na ścianie w sypialni wisi ich zdjęcie, ulubiona fotografia Ewy. Zadowoleni i szczęśliwi – są właśnie po przyjeździe ze Stanów. Choć Ludwik po śmierci córki pisał, że należy do tych milionów, których dusze zostały tak zranione, że mogą promieniować jedynie cierpieniem. Może czas nieco go uleczył, a może schował swój żal tak głęboko, że poza Hanną nikt go nie mógł dojrzeć. Na statku poznali pastora, który później co roku wysyłał do Polski paczki. Profesor rozdawała je chorym dzieciom w klinice.
Byli niezwykłym małżeństwem. On zawsze zwracał się do niej czule, bardzo się kochali.
W swojej klinice była czczona, choć zawsze pozostawała w cieniu męża. Nie miała z tym jednak problemu. Jeszcze przed wojną, gdy on pracował naukowo w Warszawie, to ona utrzymywała dom, zarabiając w ubezpieczalni. Czytając wspomnienia Profesora można odnieść wrażenie, że całkowicie poświęcał się pracy. Tak było jeszcze chwilę po wojnie, jednak później to się zmieniło i mieli dla siebie więcej czasu.
Mniej więcej w rok od wprowadzenia się Ewy Bohdanowicz na Wittiga, Ludwik Hirszfeld zmarł. Przeszedł w Krakowie operację usunięcia kamieni. Niby nic skomplikowanego, ale podczas zabiegu doszło do zakażenia. Hanna z żalem wspominała, że operacja była straszna, że oglądali ją wszyscy krakowscy profesorowie.
Wrócił do Wrocławia zakażony. Od tego się zaczęło. Do domu przychodzili urolodzy, płukali, leczyli, szybko pojawiły się problemy z sercem. Jego stan się pogarszał. Ewa wahała się, czy odwiedzić mamę w Krakowie. Powiedział do niej, że skoro się umówiła z matką, to musi jechać.
hanna-ludwik-hirszfeld-wittiga-wroclaw-grupy-krwi-ewa-bohdanowicz-chidusz-magazyn-zydowski
W nocy, 7 marca 1954 roku na fotelu, który stoi do dziś w gabinecie, do młodej lekarki pełniącej wtedy przy nim dyżur, zawołał: Wierzę, że ludzie będą lepsi! I umarł. Odszedł bardzo szybko. Zbyt szybko. Fotel był wtedy brązowy, teraz ma jasne obicie. Poza tym w pokoju niewiele się zmieniło. Na ścianach wiszą te same obrazy, Ewa dodała jedynie kilka zdjęć.
Na pogrzebie Hirszfeldowa zupełnie zamarła, ale już dwa, trzy dni później postanowiła działać. Wróciła do kliniki, zaraz potem do instytutu. Po śmierci Ludwika Ewa zamieszkała na dole. Czyżewska codziennie przyjeżdżała po obie panie swoim małym samochodem i razem jechały do pracy. Wspólnie jadły obiady w klinice. Po południu odwoziła Profesor do domu, a Ewa zostawała w mieście. Później jej mama wygrała syrenkę, którą Bohdanowicz jeździła przez wiele lat. Terkotała, ale była świetna. Żyły z Profesor bardzo blisko.
Hirszfeldowa była wspaniałą mistrzynią. Często powtarzała, że gdyby ktoś przyjął pieniądze, to natychmiast wyleciałby z kliniki. To była oaza, w której panowała bardzo wysoka etyka pracy. Pierwsza powojenna generacja lekarzy była wyjątkowa. Wychowana przez lwowskich i wileńskich profesorów, uczona nie tylko zawodu, ale i życia.
Problemy zaczęły się od złamania nogi, później zachorowała poważniej. Pojechała do sanatorium, niewiele to jednak pomogło. Miała raka z przerzutami. Wszyscy się nią opiekowali, ale już niewiele dało się zrobić. Umarła w swojej klinice 22 lutego 1964 roku.

 

Swoją autobiografię, pisaną jeszcze w trakcie wojny, Hirszfeld zakończył naiwną refleksją:

„Żydzi, a właściwie drobna ich resztka, stoją przed alternatywą: upodobnić się całkowicie lub wyemigrować i stworzyć nową ojczyznę.
(…)
Niech każdy spojrzy w głąb swego serca i poweźmie decyzję:

O j c z y z n a t u l u b o j c z y z n a t a m.

Gdyż na mniejszości narodowe w tym piekle europejskim nie ma więcej miejsca.”

 

Zdjęcia © Chidusz 2016