Louis Armstrong, „Idź, Mojżeszu!”

Wiktorowi Kuperowi, który żył na Włodkowica 9/3 do 1968 roku
i był duszą tego podwórka

,,Mosze doglądał stada swojego teścia Jitro, zwierzchnika Midjanu. Poprowadził stado za pustynię i przybył do góry [chwały] Boga, do Horebu. Objawił mu się anioł Boga w płomieniu ognia, ze środka krzewu. Zobaczył, że krzew płonął ogniem, ale nie był [przez niego] trawiony. Mosze pomyślał: Podejdę [tam] i zobaczę to cudowne zjawisko, dlaczego krzew się nie spala. Bóg widział, że [Mosze] podchodzi, żeby [to] zobaczyć, i zawołał do niego Bóg ze środka Krzewu […]. Dostrzegłem udręczenie Mojego ludu, który jest w Egipcie. I usłyszałem ich wołanie z powodu [okrucieństwa] poganiaczy, wiem o jego bólu. Objawię się, aby uratować z rąk Egipcjan i wywieść go z tej ziemi, do ziemi dobrej i rozległej, do ziemi opływającej mlekiem i miodem […].” Szemot, 3: 1-11 Tora Pardes Lauder

Dawno temu w Little Rock

W latach 50. XX wieku w Stanach Zjednoczonych, po głośnym wydarzeniu, kiedy czarna kobieta nie chciała ustąpić miejsca w autobusie białemu mężczyźnie, nasiliły się walki przeciwko segregacji rasowej. A sytuacja już była trudna. Czarne dzieci nie miały dostępu do dobrych szkół – do tych, do których chodzili tylko biali. Musiały zadowolić się słabymi szkołami dla ludności kolorowej. I choć w 1954 roku Sąd Najwyższy Stanów Zjednoczonych uznał, że rasowa segregacja w szkolnictwie jest sprzeczna z Konstytucją, południowa część kraju wyroku tego nie przyjęła. Dopiero po trzech lat demonstracji i protestów powszechnie zaczęto respektować decyzję sądu. Jeszcze 4 września 1957 roku w stanie Arkansas wiadomość o tym, że dziewięciu czarnoskórych uczniów zasiądzie w szkolnych ławach razem z białymi wywołała ogromne protesty wśród białych. Nawet gubernator Arkansas, Orvil Fobus, stanął po stronie rasistów i powiedział, że na ulicach stolicy stanu, w Little Rock, może polać się krew.

Mimo strachu, rodzice dzieci postanowili się nie poddawać i poprosili duchownych chrześcijańskich o opiekę. Zgłosiło się czterech pastorów: dwóch białych i dwóch czarnych. Mieli towarzyszyć dzieciom w drodze do szkoły: dwóch szło z przodu i dwóch z tyłu, wojsko zaś odgradzało od nich rozwścieczony tłum. Kiedy dzieci znalazły się na szkolnym podwórku, skierowano przeciwko nim bagnety, a kapitan Gwardii oświadczył, że nie pozwoli im wejść do szkoły, ponieważ taki ma rozkaz. Ósemka uprzedzonych o tym uczniów zawróciła do domu.

Nie zdążono zawiadomić tylko 16-letniej Elizabeth Eckford, która usiłowała przecisnąć się przez tłum. Kiedy szła, żołnierze podnosili karabiny z bagnetami. Jak wspominała po latach Elizabeth, była przerażona, bo wszyscy patrzyli na nią z wielką nienawiścią. Oglądała się do tyłu i widziała nacierający tłum. Nagle ktoś krzyknął: „Linczować ją, linczować!” W tym tumulcie starała się znaleźć jakąś przyjazną twarz, od której mogłaby oczekiwać pomocy – chociaż jedną. W pewnej chwili dostrzegła starszą panią – jej twarz wydała się przyjazna, ale kiedy ich oczy się spotkały, splunęła w stronę Elizabeth. Jednocześnie ktoś krzyknął: „Przywiązać ją do drzewa!” Robiło się coraz bardziej dramatycznie, na szczęście w ostatniej chwili znalazło się dwoje odważnych ludzi: dziennikarz i żona pewnego profesora, którzy wyprowadzili Elizabeth z tłuszczy.

Wydarzenia te Louis Armstrong oglądał w telewizji, między koncertami granymi w Dakocie Północnej. Do tej pory muzyk nigdy nie komentował wydarzeń politycznych, ale tym razem reporterowi miejscowej gazety powiedział: „Prezydentowi Eisenhowerowi [pochodzącemu z rasistowskiego południa – przyp. autora] brakuje odwagi, aby egzekwować podpisane prawa. Jeśli taki rząd nie jest zdolny obronić mojego ludu, niech się wynosi.” Ta odważna wypowiedź obiegła świat – świat, który nie mógł zrozumieć amerykańskiego rasizmu. Pod wpływem tych słów prezydent wysłał oddział Gwardii Narodowej, aby ta odprowadzała czarnoskórych uczniów do szkoły i z powrotem.

W 1862 roku powstał hymn niewolników amerykańskich – Go down, Moses. Pierwszym jego wykonawcą był słynny czarnoskóry śpiewak – amerykański komunista Paul Leroy Robenson. Sławę zyskał jednak dzięki Armstrongowi, który wykonał go w rocznicę wydarzeń w szkole w Little Rock. Utwór należy do gatunku negro spirituals: temat związany z wyzwoleniem zaczerpnięto z Biblii.

Jak Edith Piaf

Podobne jak Piaf, która żyła wśród prostytutek, sutenerów, złodziejów i miała liczne „macochy”, tak Armstrong miał wiele „sióstr”, które go wychowały. Jego matką była prostytutka z Nowego Orleanu, która urodziła go w 1900 roku, mając niespełna szesnaście lat. Trudno powiedzieć, że opiekowała się swoim synem. Raczej podrzucała go albo do babci ze strony ojca, albo do swoich sąsiadek – prostytutek, i znikała. Ponieważ malec i jego młodsza siostra często byli pozostawiani bez jedzenia i mogli liczyć tylko na sąsiadki, po latach kobiety te Armstrong nazwie siostrami. W zasadzie to one go wychowały.

Dzieciństwo więc do szczęśliwych nie należało. Po wielu latach jego żona wspominała, jak pewnego razu kupiła maleńką choinkę na Boże Narodzenie i ustawiła ją w hotelowym pokoju, w którym mieszkali podczas występów. „Louis, leżąc w łóżku, nie mógł oderwać wzroku od światełek iskrzących się na drzewku. Jego oczy były jak oczy dziecka, które widzi coś niezwykłego. Kiedy powiedziałam, że pora te światełka zgasić, powiedział: „Nie! Przecież to moje pierwsze drzewko!” Kobieta była zadziwiona – nie mogła sobie tego wyobrazić. Na drugi dzień, kiedy już zbierali się, aby jechać dalej, Lucille chciała zostawić choinkę w hotelu, ale artyście bardzo zależało, aby zabrać ją ze sobą.

Dzieciństwo Armstronga to nie tylko bieda, ale też samotność. Dorosły już Louis, po latach, z ogromną czułością wspominał swojego wujka – Isaaca, wdowca samotnie wychowującego szóstkę dzieci, pracującego jako tragarz w porcie. Rodzina gnieździła się w małym pokoiku: spano na łóżkach i na podłodze. Jednak pomimo nędznych zarobków, dzieci wujka Isaaca nigdy nie byłe głodne i zawsze miały się w co ubrać. Mówił: „Boże, pobłogosław wujka Isaaca! Gdyby nie on, nie wiem, co moja siostra i ja byśmy zrobili, kiedy nasza matka na długo zostawiała nas samych w domu.”

Czas zmian

„Naprzeciwko naszego domu był kościół. Tamtejszy kaznodzieja prawił takie kazania, że ludzie, aby go posłuchać, przybywali z odległych miejsc. Pamiętam pewną noc, kiedy mama wzięła mnie ze sobą do kościoła. Pastor mówił dość krótko a parafianie kołysali się w czasie jego homilii. Mateczka też – i była tak szczęśliwa, tak wzruszona, że szturchała mnie w plecy. Byłem mały i podśmiewałem się z niej. Myślałem, że potem urządzi mi lanie i że nakrzyczy. Już słyszałem ten głos: ‘Mały głuptasie, co sobie myślisz, kiedy śmiejesz się ze mnie w czasie mojego nawrócenia?’. Ale nie. Od tej pory matka stała się prawdziwie wierzącą. Widziałem, jak gorliwie zanurzała się w Missisipi, kiedy przyjmowała chrzest. Wydawało się, że wręcz chce się utopić i od tamtej pory naprawdę zmieniła swoje życie.” Zaczęła pracę jako praczka a Louis roznosił gazety.

Wschodnie przyjaźnie

Pomagała mu też rodzina żydowskich emigrantów z Litwy, państwo Kornofsky. Nie tylko dawali mu zarobić, traktowali go prawie jak krewnego; to oni pierwsi podarowali mu kornet. „Biali bezbożnie szydzili z nich, uważając się za lepszych niż Żydzi. Choć miałem tylko siedem lat, już to rozumiałem”, wspominał po latach. Od tej rodziny dostał nie tylko swój pierwszy instrument. Pewnego dnia w 1960 roku znany fotograf Herb Snitzer zrobił zdjęcie jadącemu w autobusie artyście: zauważył, że ma przy sobie, jak zawsze, tarczę z Gwiazdą Dawida. Medalion ten nosił do końca życia i mówił, że to w domu swoich litewskich przyjaciół uczył się życia.

Przez długie lata jego menadżerem był Joe Glezer – postać niezwykle kolorowa. Mężczyzna pochodził z rodziny żydowskiej przybyłej z Rosji. Kolejna osoba, która okazała się być prawdziwym przyjacielem, kiedy w latach 30. Armstrong przeżywał kryzys i finansowy, i uczuciowy oraz realnie wisiała nad nim groźba zakazu występów. W tym czasie – a był rok 1935 – rzadko który biały decydował się być menadżerem czarnoskórych muzyków. Glezer – tak. I to on wyciągnął Armstronga z tarapatów. W obliczu wielkiej przyjaźni z białym człowiekiem i z rodziną żydowską nie dziwi, że w 1969 roku Armstrong z rozczarowaniem przyjął informację o tym, że między dwiema bliskimi mu społecznościami (czarnoskórymi Amerykanami i Żydami) nasiliły się niesnaski.

Żydowskie inspiracje

W piosenkach Armstronga znajdziemy wiele wątków nawiązujących do historii Żydów – miały dodać siły Afroamerykanom w walce przeciw dyskryminacji rasowej. Jedna z takich kompozycji – Shadrach – opowiada biblijną historię o trójce dzieci ze starożytnego Izraela: Szadrachu, Meszachu i Abednem, którzy odmówili królowi Babilonu, Nabuchodonozorowi, oddania czci bałwanowi i bicia czołem przed władcą, więc zostali wysłani do rozżarzonego pieca. Ciąg dalszy znamy z Księgi Daniela.

Motywy z Tanachu znalazły się też w takich kompozycjach, jak Ezekiel Saw the Wheel o ma`ase merkawa (dzieło rydwanu) czy Jonah and the Whale, czyli o przygodach Jonasza w paszczy wieloryba, a także w historii dwóch braci: Cain and Abel. Do tematyki biblijnej nawiązuje też melodia When The Saints Go Marching In, znana powszechnie jako Gdy wszyscy święci. Ten utwór wyraża nadzieję, że wszyscy będziemy zbawieni i w dniu Sądu Ostatecznego wejdziemy do Raju. W tekście znajdujemy aluzje do Apokalipsy: wspomniane jest zaćmienie słońca i trąba Archanioła Gabriela. Refren Oh when the saints go marching in. Lord, how I want to be in that number, when the saints go marching in to wyrażenie chęci, by, tak samo jako idący tłum, znaleźć się w gronie świętych: O, kiedy maszerują święci, Boże, jak bardzo chcę iść razem z nimi.

Armstronga szkoła muzyczna

Tę piosenkę śpiewał w Storyville, nowoorleańskiej dzielnicy czerwonych latarni: „Prostytutki i sutenerzy byli zachwyceni moim tenorem” – wspominał. Ale jego prawdziwą szkołą muzyki był poprawczak dla czarnoskórych. W wigilię Nowego Roku 1912 czy 1913 poszedł ze swoim kwartetem grać na ulicach miasta. W Nowym Orleanie tradycją było, aby w przeddzień święta urządzać fajerwerki. W dzielnicy, gdzie mieszkał Louis, dodatkowo strzelano ślepymi nabojami, więc chłopiec, wychodząc z domu, zabrał pistolet policjanta – klienta swojej matki. Kiedy był na ulicy, niespodziewanie ktoś wystrzelił do niego ślepym nabojem. Louis, nie zastanawiając się wiele, wyciągnął pistolet i również wystrzelił. Wtedy natychmiast zjawił się biały policjant i zaaresztował go. Po krótkiej rozprawie, 2 stycznia, Armstrong został skazany i odesłany do poprawczaka dla czarnoskórych. Wyrok był wysoki i trudno kryć: niesprawiedliwy.

Poprawczak, do którego go wysłano, założony przez czarnoskórego żołnierza Josefa Jonesa, nazywał się „Dom Jonesa”. Atmosfera odległa była jednak od domowej: panowała tam dyscyplina wojskowa i brakowało pieniędzy na jedzenie. Aby je zdobyć, dyrektor placówki założył orkiestrę grającą na ulicach Nowego Orleanu. To tam Armstrong nauczył się grać na tamburynie i rogu, grał też na bębnach a później – na trąbce. W sumie swój pobyt tam Armstrong wspomina pozytywnie: miał dach nad głową, własne łóżko i pewność marnego jedzenia.

Miejsce to opuścił już jako młodzieniec – człowiek o nietypowym głosie i z charakterystyczną manierą gry na trąbce. Ze względu na specyficzną budowę ust otrzymał ksywę „Satchmo” (słowo pochodzące od angielskiego zwrotu Satchel Mouthusta-miechy albo satchelmouthusta podobne do torebki; por. L. Armstrong, Moje życie w Nowym Orleanie). Zawsze miał duże usta: w dzieciństwie ze względu na szeroki uśmiech nazywano Dippermouth (usta-czerpak) lub Gatemouth (usta-wrota) a starsi wołali na niego Little Louis. Dzięki temu mógł wydobywać z trąbki niezwykle wysokie, mocne i czyste dźwięki.

Biały opiekun czarnego artysty

W czasach, gdy Armstrong usiłował zostać muzykiem, życie czarnego artysty było koszmarem. Na trasie nie można było porządnie zjeść, wyspać się czy skorzystać z toalety. Trudno było znaleźć nocleg. Do hotelu dla białych czarnych nie wpuszczano – kiedy obsługa stacji benzynowych spostrzegała, że wjeżdża autobus z orkiestrą murzyńską, natychmiast zamykała pokoje. Hoteli dla czarnych jeszcze nie było.

„Zamawialiśmy pokoiki w tanich pensjonatach. Jedzenie tam było podłe, więc staraliśmy się sami pichcić i zawsze jeździliśmy obwieszeni garnkami i patelniami. Dobrze też, że towarzyszyło nam dwóch białych: kierowca i menadżer.” – wspominał kontrabasista Foster. „Jeśli kierowcą byłby czarny, policjanci w każdym mieście wlepialiby mandaty za przekraczanie szybkości. W dawnych czasach źle żyło się Murzynowi, który nie miał znajomego białego człowieka – swoistego opiekuna. Kiedy działy się jakieś nieprzyjemności, taki biały szedł do stróża prawa i mówił mu: ‘Po jaką cholerę zabraliście mojego czarnucha?!’ I, oczywiście, takiego Murzyna od razu zwalniali. A jeżeli wsadzali do paki i nie miałeś białego bossa, to mogłeś usłyszeć szczęk zakładanych kajdanków. Mów, co chcesz, ale wtedy niebezpieczeństwo czyhało na każdym kroku” (Wywiad dla „Harper`s Magazine” , listopad 1967). O tym jest utwór Nobody knows the Trouble l`ve (seen) – Nikt nie wie, co widziałem – ta smutna piosenka mówi o trudnych przeżyciach, które zna tylko Jezus.

Taka jest wola Pana

Pewnego dnia Mojżesz zdziwił się, bo „zobaczył, że człowiek z Egiptu zabił Hebrajczyka. Rozejrzał się dokoła – nikogo nie było, więc poraził śmiertelnie Egipcjanina i ukrył go w piasku. Następnego dnia widział, jak dwóch Hebrajczyków sprzeczało się ze sobą. Powiedział do napastnika: Czemu chcesz zabić swojego bliźniego? A ten mu odpowiedział: Kto cię ustanowił nad nami człowiekiem władzy i sędzią? Masz zamiar mnie zabić, tak jak zabiłeś Egipcjanina? Mosze przestraszył się i pomyślał: Rzeczywiście, sprawa jest już znana” (Szemot 2;12-15). A ponieważ o sprawie dowiedział się także faraon i chciał ukarać Mojżesza, mężczyzna uciekł do kraju Madian. Tchórzem jednak nie był. Nieco dalej Tora mówi, że gdy był sam na pustyni, stanął w obronie dziewcząt, na które napadli zbójcy. Nigdy też nie bał się o siebie – zawsze o swój naród. Wydawało mu się jednak, że jeśli tak łatwo rozeszła się wieść o zabiciu Egipcjanina, to uwolnienie Izraela z niewoli egipskiej (o co prosił go Bóg) może być niemożliwe. I dlatego Mosze nie chciał iść do Egiptu, i prosił Boga, aby posłał kogoś innego. Dlatego też w piosence Armstronga nazywa się go odważnym – mimo że nie zdecydował się wziąć na siebie brzemienia, dopóki Pan Bóg nie rozgniewał się na niego: Thus spoke the Lord, bold Moses said: Let My People go! (Tak mówi Pan, odważny Mosze mówi: wypuść Mój naród [tłumacz. autora])!

W następnej zwrotce słyszymy:

God, The Lord said, Go down, Moses way down in Egypt land
Tell all Pharaohs to let My people go
(Bóg, Pan, powiedział: Wracaj, Mojżeszu, do Ziemi Egipskiej
Powiedz wszystkim faraonom, by wypuścili moich ludzi.)

Warto zwrócić uwagę na liczbę mnogą rzeczownika faraon (pharaon – to liczba pojedyncza, pharaons – liczba mnoga) oraz na to, jak w niektórych miejscach Armstrong wyraźnie śpiewa głoskę [s] podkreślając mnogość faraonów: Tell all Pharaoes understand – let My People Go! (Powiedz wszystkim faraonom, by wypuścili moich ludzi.). Jeden władca rozmnożył się i stał się symbolem wszystkich faraonów. Odpowiada to duchowi Biblii: wszyscy Egipcjanie są winni ciemiężeniu Izraelitów. Wszyscy mieszkańcy Egiptu, łącznie z Żydami, ponoszą odpowiedzialność za to, że Naród Wybrany nie wraca do Boga. Trzeba było cudownych wstrząsów, aby wszyscy to dostrzegli. A Ameryce był potrzebny Wietnam i zabójstwo Martina Luthera Kinga, aby wreszcie usłyszała głos sprawiedliwości.

To swoisty hymn niewolników murzyńskich, którzy utożsamiali się z Izraelitami, wyprowadzonymi z Egiptu przez Moszego. Piosenka stała się symbolem protestu przeciwko wszystkim tyranom i była inspiracją w wielu ważnych sprawach. W latach 70. emigranci żydowscy w ZSRR walczyli o prawo do emigracji pod hasłem: Wypuść mój lud!. Pod wpływem tej pieśni William Faulkner napisał powieść Go Down, Moses (w polskim wydaniu Zstąp, Mojżeszu).

Jeśli taki rząd nie jest zdolny obronić mojego ludu, niech się wynosi

Na koniec rozważań wróćmy do wypowiedzi Armstronga z 1957 roku o rasowej dyskryminacji. Władze, owszem, potraktowały krytycznie wypowiedź artysty, ale ich reakcja była łagodna. Starano się go też udobruchać i zaproponowano mu tytuł Króla Jazzu. Departament Stanu USA chciał w nim widzieć „wysłannika dobrej woli, który miałby propagować amerykański obraz życia”. W tym czasie w Rosji trwała chruszczowska „odwilż” i Ministerstwo Spraw Zagranicznych zaprosiło czarnego muzyka na tournee. Armstrong jednak odmówił. „Co ja im powiem, jeśli zapytają, co się dzieje w moim kraju? Mam wspaniałe życie muzyczne, ale czuję się jak każdy Murzyn.”

Co zaskakujące, najbardziej muzyka atakowali czarnoskórzy politycy. „Dlaczego – mówili – on do tej pory milczał? Zaczął mówić teraz, kiedy mu nic nie grozi, bo zdobył sławę. Dlatego, że teraz jego status zależy od białych.” Bojkotowała go też młodzież murzyńska. Powszechnie uważano, że zdradził jazz dla estrady. W jego obronie stanął tylko amerykański trębacz i wokalista, Dizzy Gillespie, mówiąc, że kiedy wielki artysta uśmiecha się w twarz rasiście, to tym samym chce powiedzieć, że nawet rasizm nie odbierze mu radości życia.” Właśnie o tym śpiewa Armstrong w swojej nieśmiertelnej piosence What a Wonderful World:

I see trees of green,
red roses too
I see ’em bloom
for me and for you.
And I think to myself
what a wonderful word!
 

(tłum.: Widzę zielone drzewa/ i czerwone róże,/ widzę, jak kwitną / dla ciebie i dla mnie, / I myślę sobie, / jaki ten świat jest wspaniały!)