Der szwarcer jungermanczik (rozdział V)

POCZĄWSZY OD „CHIDUSZU” 8/2019 PUBLIKUJEMY W ODCINKACH PIERWSZE TŁUMACZENIE NA JĘZYK POLSKI POWIEŚCI JANKEWA DINEZONA DER SZWARCER JUNGERMANCZIK (CZARNY MŁODZIENIASZEK). POWIEŚĆ, PO OPUBLIKOWANIU W 1877 ROKU, STAŁA SIĘ PIERWSZYM JIDYSZOWYM BESTSELLEREM – LOSY ROZY I JÓZEFA PRZEŻYWANO W WIELU ŻYDOWSKICH DOMACH [CZYTAJ WIĘCEJ O AUTORZE POWIEŚCI]. CHOĆ DO NIEDAWNA ZAPOMNIANY, JANKEW DINEZON BYŁ SWEGO CZASU JEDNYM Z NAJWAŻNIEJSZYCH PISARZY JIDYSZ. PO ŚMIERCI SPOCZĄŁ WRAZ Z PRZYJACIÓŁMI – PERECEM I AN-SKIM – W JEDNYM GROBOWCU NA CMENTARZU ŻYDOWSKIM W WARSZAWIE.

PONIŻEJ PREZENTUJEMY piąty ROZDZIAŁ POWIEŚCI.

 

1. PÓŁNOC W BESMEDRESZU

2. LIST

3. CZARNY MŁODZIENiec

4. GOŁDA

5. Bogobojne kobiety

 

Co te kobiety, które obserwowały nasze radosne dzieci podczas spaceru, obchodzi ich szczęście? Nawet jeśli prawdą jest to, co mówią – że nie godzi się, aby chłopiec z dziewczęciem spacerowali razem – to czy to jest ich sprawa? Czy dzieje im się jakaś krzywda? Czy nie wiedzą, że same winne są większych występków, a dzieci na pewno od tego nie umrą? A może gdyby potrafiły się powstrzymać i po prostu cieszyć się tak, jak te niewinne dzieci, to w imię pobożności nie przynosiłyby szkody całemu narodowi żydowskiemu? Z pewnością wiedzą, że mogłyby się tak zachować, lecz maksyma „ja mogę, ale innemu nie wolno” wciąż dźwięczy im w uszach. Ich serca są skażone, a umysły zbyt małe, by mogły to dobrze ocenić. Współczujmy im więc, muszą obmawiać, gdyż nie potrafią inaczej!…

– Popatrz tylko – powiedziała karczmarka Dwojre Base, bogobojna kobieta słynąca z ostrego języka. – Co ty na to? – zatrzymała gabajową Sterne Gute, jedną z tych istot, które najpierw się przymilają, a potem znienacka potrafią ugryźć tak, że czuć na całym ciele.

– Prawdziwe widowisko, jak jestem żydowską córką! Ależ to człowiek zapomina, kim jest. Ileż to czasu jej mąż był biedakiem, ile razy Gołda przychodziła do mnie pożyczać na szabes! A co wy na to, Harcele i Krojnele? Czy to przystoi żydowskim dzieciom? Oto idzie Roza. A oto Ruchamke, niechby nie urosła. Jak matka może pozwolić, żeby jej córki spacerowały z dorosłym mężczyzną? I to z Niemcem, czort wie, skąd go przywiało. Już lepiej rodzić kamienie niż takie dzieci, Ojcze Wszechmogący!

Jak myślisz, droga Dwojre, czy coś dobrego może być z tych nowości? Spójrzcie tylko na Szneurka. Dopóki uczył się z moim mężem, był złotym dzieckiem. A teraz? Gdzie jego przyzwoitość, gdzie poczucie winy? Czy nie wstyd mu, jeśli nie przed ludźmi, to przed Bogiem? Jak można wziąć takiego młokosa na nauczyciela, czy jak to tam mówi dzisiejsza młodzież – nauczyciel-szmyciel, kto ich tam wie. Żeby zrezygnować z tak dobrego Żyda jak mój mąż, Reuwen Horiszker! Niby wielu takich znajdziecie w naszym mieście? A widzicie, jak tej pokrace się powodzi! Ten szczur, ten hultaj ma dobrze, a taki człowiek jak mój mąż nie ma na chleb! Oto pytanie do Boga, czemu tak kieruje światem? Na nasz kobiecy rozum to się nie składa, a przecież On ma porządną, żydowską głowę. Wrzuca takich młodzieńców-nicponiów do jednego worka i zawiązuje chochoła. Przynajmniej na tamtym świecie – tam to czekają ich same cierpienia. Nie dla nich lewiusn, nie dla nich gan ejdn[1]! Nawet na służbę ich tam nie weźmiemy. Oni tylko na złość chcą robić, a żeby ich pokręciło. Jakim cudem mieliby czelność tam się pokazywać? 

Z kolei mój mąż – o, to jest Żyd, to jest człowiek, aż strach mówić, jak praojcowie. A mój teść to przez całe życie nie wyszedł z besmedreszu. Przestrzegał każdej micwy! Przed zbieraniem grochu zawsze dokładnie mył ręce i oczy. Każdemu ziarnku uważnie się przyglądał, a po wszystkim brał szpilkę i jedno po drugim nakłuwał i wytrwale obserwował. Co mogę ci więcej powiedzieć, żadne ziarno nie pozostawało nieprzekłute. Teściowa zrzędziła, ale on robił swoje. Mój mąż w ogóle nie je grochu, lecz błogosławionej pamięci teść zwykł mawiać, że micwa nie powinna być dla nikogo trudem. Choć czasem pewnie miał ochotę rzucić miską gdzie pieprz rośnie, to jednak nadal zbierał groch. Bo jak jest napisane: „Nie od twojego miodu i nie od twojego żądła”[2] – nie bądź mi krewnym i nie szyj mi butów.

No ale żeby mój mąż, taki człowiek, musiał oddawać uczniów takiemu młodzikowi? Co ty na to, Dwojre Basinke?

– Ale gdyby twój mąż zgolił pejsy, pozbył się żydostwa, ubrał biały mankiet i kapelusz, i umiał zabawiać się z dziewczętami i być pięknisiem, jak ten Niemiec, co mieszka u Gołdy, to też by miał na chleb i jak tamten prowadziłby się pod rękę z łobuziarami. 

– Niechby pokręciło każdego, kto miałby tknąć choć włos z pejsów mojego drogiego Reuwena. Wcale mi nie przeszkadza, że mój mąż nie jest taki piękny. To Tora sprawia, że ktoś jest wartościowy i mądry. Ona upiększa i jest najlepszym towarem. Pamiętam, jak byłam zaręczona i wołali za mną: „Twój mąż to czarny[3]! Twój mąż to czarny!”. A co ja odpowiadałam? Nic nie szkodzi, karob jest czarny i dlatego właśnie jest słodki. Mój mąż jest jak karob!… No i powiedz mi, moja droga, czy dzisiejsze dziewczęta mają dość rozumu na taką odpowiedź? O co to ja chciałam zapytać… Mam to na końcu języka, ach, to wszystko przez nich. 

Och, i widzisz, dwie godziny już rozmawiamy, a ja zupełnie zapomniałam, że miałam iść do apteki. Obym tak szła na swój pogrzeb!

– Czy ktoś jest chory? – zapytała Dwojre Base. 

– U mnie chory?! Niech moi wrogowie chorują. Mój Izraelik jest zdrowy, Bogu dzięki. Na szczęście wystarcza mi jeszcze sił, w innym wypadku któżby zaniósł wdowie Sorze receptę? Choć mam akurat trudniejszy czas, a czort wie, ile to będzie kosztować.

Dwojre Base pogrzebała w kieszeni, wyciągnęła grosz i włożywszy go Sterne do ręki, powiedziała:

– Nie mam więcej, daruj, inaczej bym ci nie żałowała.

– Ach, nie martw się, liczy się intencja, a nie sama darowizna – odpowiedziała Sterne. – Ach, powiem ci tylko, jakie są plotki: jedni mówią, że twoja Fejge nie chce swojego narzeczonego, a drudzy, że to on jej nie chce, bo ma krzywe usta. Ale przecież często jestem u ciebie i nigdy tego nie zauważyłam.

– Oj tak, to prawda, „on chce”, „ona nie chce” – odparła karczmarka. – Ach, na pohybel moim wrogom! Niech ich los będzie tak krzywy, jak proste niczym struna są usta mojej Fejgele!

– Prawdę mówiąc… – wtrąciła Sterne. – Przepraszam, że wpadam w słowo, ale wydaje mi się, że nie warto się o niego starać, on wcale nie jest taki ajajaj. Znam lepsze i uczciwsze dzieci od niego! Wiele się o nim mówiło. Na przykład że siostrzenica, która z nimi mieszka, wcale nie jest tak cnotliwa jak nasze pramatki Sore, Riwke, Rochl, Leje… Ale co tu mówić, koniec świata, chłopcy z dziewczętami, jak jest napisane w Torze: „młodzieńcy, a także dziewice, starzy”[4] – to o dzisiejszym pokoleniu.

– Tak chyba stoi w modlitewniku? – odpowiedziała Dwojre Base, chcąc pokazać, że też jest wykształcona.

– Ach tak, w modlitewniku – powiedziała szybko Sterne. – Przecież prosimy Pana o to, żeby młodzieńcy nie spędzali czasu z dziewczętami i zachowywali się tak, jak nasi rodzice. Dlatego właśnie mówię, że to wyłącznie wina matek. Gdyby to było moje dziecko i zachowywałoby się jak wasz narzeczony, to by długo nie pożyło. Mieszkamy przecież koło was i na własne oczy widziałam, tak wyraźnie, jak widzę ciebie, że w szabes czyścił swoje buty, i jak… no, ale nie będę tu plotkować. W końcu mówić o kimś źle to największy grzech. Ponoć to tak, jak gdyby zabić trzech ludzi. Złego słowa więc o nim nie powiem, to w gruncie rzeczy dobre dziecko. 

Mój Izraelik to taki cichy chłopiec. Na sam widok dziewczęcia ucieka gdzie pieprz rośnie. Uczy się dobrze i mówię ci, nic a nic się nie zna na modnych ubraniach. Wie tylko, jak trafić do besmedreszu i jak otworzyć Gemarę. I cóż nam więcej potrzeba? A jeśli nawet nie jest bardzo piękny, to co z tego? Widzicie przecież, że mój mąż dlatego właśnie jest dla mnie najlepszy. Mój przykład wciąż jest aktualny: Reuwen jest czarny i słodki! A co, nie jest tak? Każda panna, której Bóg ześle mojego Izraelika za męża, będzie przeszczęśliwa. Mój Reuwen powtarza ciągle, że ludzie z Mohylewa go nie doceniają. Nawet nie wiedzą, jaka tu na przedmieściach rośnie perła. 

A Gołda to mogłaby mi dać miliony, a ja i tak nie oddałabym syna tej impertynenckiej dziewczynie, która spaceruje sobie z Niemcem. Słowo daję, że niemal pod rękę z nim szła! A co, nie widziałaś, że ją prowadził pod rękę? – przekonywała Sterne karczmarkę Dwojrę.

– No żeby pod rękę, to akurat nie widziałam. Ale co jej przyszło do głowy, żeby tak w biały dzień iść z nim ulicą? Czekaj tylko, aż pójdą za miasto, tam to już będą dobrze wiedzieli, co robią, pod rękę i przez rękę… – odparła Dwojre. 

– Niby przez kogo nie przychodzi Mesjasz? Niech Bóg nas ocali i chroni. U Grune Ice Jude Jente wczoraj zmarło tygodniowe dziecko. A czy to niby na przykład moja Fajge jest winna, że Gołda przyjęła do siebie Niemca i że jej dzieci uważają się za Bóg wie kogo? Dlaczego taka duszyczka musi odejść tak młodo z tego świata, jeśli nie przez takich heretyków? Ojcze Wszechmocny, niech im spadnie na głowy wszystko złe, co się śni mnie i mojemu mężowi, i mojemu Izraelikowi, i tobie, i wszystkim żydowskim dzieciom, i wszystkim kobietom z besmedreszu! Niech im się to wszystko przytrafi, spadnie im na ciało, ręce i nogi, a nam niech włos z głowy nie spadnie! O, czyżby błysnęło?

Sterne, ta dobra kobieta, to przekleństwo wyrzuciła z siebie tak samo szybko, jak najzdolniejszy czytający Torę w Purim recytuje imiona dziesięciu synów Hamana. Nawet Dwojre Base, która jak swoje pięć palców znała każde przekleństwo, każdy afront, epitet, impertynencję i obelgę, była pod wrażeniem jej ostrego języka. 

W tym momencie na niebie pojawiła się błyskawica, a chwilę potem huknął taki grzmot, że obu tym dobrym i bogobojnym kobietom serce nieomal zamarło ze strachu. Sterne Gute, której po przemowie aż zaschło w gardle, splunęła soczyście w dłoń. Umywszy w ten sposób ręce, odmówiła błogosławieństwo na grzmot, po czym dodała:

– Boże, niech Twój pierwszy piorun trafi tych heretyków, którzy zabrali mojemu mężowi chleb. No cóż, boję się, że mnie deszcz złapie, a muszę jeszcze iść do apteki. Dobrego dnia, Dwojro Basinko! Będziesz jutro w besmedreszu, żeby usłyszeć nowego rabina, prawda? Mam ci jeszcze coś do opowiedzenia, ale na razie uciekam, do zobaczenia!

– Do zobaczenia – odparła Dwojre Base, a gdy Sterne odeszła, dodała: – Cóż to za kobieta. Ach, żeby jej mowę odjęło, żeby ją pokręciło! Mówić o mojej Fajge, że ma krzywe usta? Jak tak można?! Uważa chyba, że ja nie rozumiem, co jej się tam w głowie uroiło! Myśli, że mnie przekona, żeby moją Fajge oddać jej Srulikowi, jakby był jakimś skarbem?! 

Dokładnie wtedy, gdy Dwojre Base zatrzymała Sternę Gutę, jej córka Fajge stała przy oknie i przyglądała się przechodzącym obok szczęśliwym dzieciom. Na ich widok łzy popłynęły jej z oczu.

– Dlaczego cały świat żyje? – powiedziała cicho. – Dlaczego wszyscy żyją? Idą razem na spacer, ten z tym, ten z tamtym, i wiedzą, że żyją na tym świecie. A ja? Dla mnie nie ma różnicy, czy jest dzień, czy noc. Ciągle muszę chodzić w tej samej zatłuszczonej sukience i nie mam ani jednej spokojnej chwili, żeby z kim zamienić choćby słowo. Słyszę tylko pijacki śpiew Pintelmana, wrzaski Andrieja Lielika i chłopców, którzy śmieją się z jego wulgarnych słów, a do tego wszystkiego przekleństwa mamy. Czy to ma być życie?! Tak mijają moje młode lata? Lepiej już się urodzić w lesie niż u takich rodziców. 

A jaki był mój grzech? Powiedziałam tylko, że pójście na spacer to nie przestępstwo i że być może Józef, który mieszka u Gołdy, jest nawet uczciwszy niż mój narzeczony. I za to dostałam baty i usłyszałam wyzwiska, jakbym zrobiła nie wiadomo co. 

Roza i Ruchamke, te to są w czepku urodzone. Im rodzice w środku tygodnia pozwalają się wystroić jak na szabes. A ja? Nawet w szabes czy inne święto muszę siedzieć i pilnować tej pożal się Boże gojskiej karczmarki. Za każdy kieliszek wódki, który mama sprzedaje, niech mi Bóg da zdrowy rok życia. Bo że się rybki smaży w szabat, to jej nie przeszkadza? I że je sama z ognia zdejmuje? To wszystko wolno, tak? Ale iść na spacer albo, nie daj Boże, słowo zamienić z chłopcem, to największy grzech. Z kieszeni biednych żołnierzy wyciąga ich ostatnie dwadzieścia pięć krwawych rubli i w taki złodziejski sposób zbiera na mój posag!

Nie, mamusiu! Nie mam się od kogo uczyć. Ale cóż mam zrobić, na razie trzymasz w dłoni pejcz i lejce, i kierujesz mną i innymi twoimi dziećmi, jak tylko ci się spodoba. Boję się jednak, że to długo nie potrwa. Ostatnimi czasy tak naciągnęła strunę, że ta w końcu będzie musiała pęknąć. Dziś jeszcze pójdę do miasta, każę sobie zrobić na głowę piękną pasterkę, kupię rękawiczki i parasolkę! Też będę wyglądać jak człowiek. 

I cóż z tego, że niedługo mój ślub? Tak prędko to on mnie jeszcze nie weźmie, o nie! Dużo wody upłynie, zanim przyjmę takiego grubianina. Słyszałam przecież, że nie znał błogosławieństwa, gdy go wywołano u Gołdy podczas minjanu na Pesach. 

A Josefke, och, jakże on pięknie czytał, aż przyjemnie było słuchać. Roza płakała, a Ruchamke – to jest naprawdę bystre dziecko – nie spuszczała ze mnie wzroku. Jakby mi chciała powiedzieć: widzisz, twój narzeczony nawet nie potrafi odmówić błogosławieństwa, a nasz Josefke czyta tak pięknie, że się wszyscy zdumieli.

Jakże szczęśliwa byłam wówczas na Pesach, gdy mogłam wyrwać się z karczmy i pójść posłuchać Józefa. Opowiadał o tysiącu różnych spraw tak, że nie mogłam się oderwać. Ale ona, matka, musiała zacząć rozsiewać plotki ni w pięć, ni w dziesięć. Jeszcze mnie skłóci z tak zacnym towarzystwem! Muszę napisać im liścik, że jestem bez winy i że nie wiem nic o całej tej wojnie, którą rozpętała mama. Muszę im udowodnić, że ja i ona mamy zupełnie różne charaktery. Tylko jak to napisać, kogo poprosić o pomoc? Wiem, że w moim liście będzie więcej błędów niż słów. Ale to nie szkodzi, oni nie będą się ze mnie śmiać. Nie oni. A Józef rozumie, że lepiej nie potrafię. On przecież może mnie uważać nawet za kucharkę, kto wie? 

Ach, jak mroczne są moje dni i lata. Oto, co matka potrafi zrobić swojemu dziecku! Tylko przed tobą, droga Rozo, mogłabym otworzyć serce, pokazać ci moje rany, rany zadane przez matkę, która mnie nosiła i karmiła wyłącznie po to, żeby mnie wychować na służącą. Po to matki mają dzieci!

Fajge długo jeszcze stała przy oknie, a przez głowę przechodziły jej takie i podobne myśli. W końcu tak się zadumała, że sama nie potrafiłaby powiedzieć, nad czym dokładnie. Dopiero pierwsza błyskawica wyrwała ją z kontemplacji, dzięki czemu zdążyła prędko pobiec z powrotem za ladę, zanim matka wróciła do domu.

Tymczasem Sterne Gute zarzuciła sukienkę na głowę i puściła się biegiem, uciekając przed deszczem. Ale ponieważ nie była zbyt zgrabna – może zresztą zrobiła to umyślnie? – zmęczyła się akurat pod domem Gołdy. Zdjęła sukienkę z głowy, weszła do środka i krzyknęła w niebogłosy:

– Dzień dobry, Goldinke! Co powiesz na taką pogodę? Bóg to się potrafi rozgniewać, jako żyję! Właśnie teraz, gdy się tak śpieszę do apteki po leki dla ciężko chorej, on zsyła deszcz. Tam umierająca leży w łóżku, każda minuta jest dla niej jak rok, i co tu poradzić! Nie da się iść w taką pogodę! Leje jak z cebra, a do tego jak grzmi i błyska! Serce zamiera ze strachu. Na puste pola, na dzikie lasy, Święty Ojcze! 

W tym momencie zahuczał grzmot tak potężny, że aż zadrżały okna.

– Moje dzieci, moje dzieci! – krzyknęła Gołda boleśnie. – Bóg wie, gdzie teraz są! Panie tego świata, zlituj się nad nimi, chroń ich od wszelkich złych zdarzeń, złych ludzi, groźnych psów, od burzliwych wiatrów i deszczu!

– Właśnie niedawno spotkałam twoje dzieci, Goldinko. Ledwo rozpoznałam Rozę i Ruchamkę. Jak one lśnią, jak słońce na niebie, odpukać! Lepiej mówić w dobrą godzinę i milczeć w złą. Ale to są brylanty, tak piękne, tak dobre – jak one ci się udały! W całym kraju darmo szukać takiej piękności jak twoja Rozka. Niech jej się żaden urok nie ima, cóż to za drogie dziecko. 

Nie gniewaj się, to właściwie nie moja sprawa, ale przecież jesteśmy rodziną, a krew nie woda. Wiesz, że brat teściowej teścia twojego ojca był mężem siostry świekra mojego pradziadka? Jak widzisz, jesteśmy blisko spokrewnione, nie jestem tylko pewna, czy to kuzynostwo pierwszego, czy drugiego stopnia. Mój Izrael to wie takie rzeczy od razu. Mówię ci, on ma głowę jak geniusz, ba, nawet od niejednego geniusza jest zdolniejszy. Aż nie chcę mówić, ale pozwolę sobie zapomnieć na chwilę o wstydzie: wiesz, że potrafi zadać mężowi takie pytanie, że ten się zatrzymuje jak wryty i nie potrafi odpowiedzieć? Tak, tak, Bóg pobłogosławił Izraela Torą i wielkością, to z Jego woli tak mu dobrze idzie.

Ale co to ja chciałam powiedzieć? Słowo daję, na starość człowiek się sypie, pamięć coraz słabsza i w końcu samemu się już nie wie, co się mówi. Ach, przypomniałam sobie. Wiesz, że ja to się tobie dziwię, że chcesz twoją Rozę z synem doktora wiązać. Wiesz, co powiedział mój mąż? Że Roza jest kojarzona ze Szlojmem, synem doktora. A czyż Gemara nie mówi, że i najlepsi lekarze trafią do gehenem[5]? To przecież znaczy, że nawet najznamienitszy doktor zginie w otchłaniach piekielnych i nie będzie zbawiony. 

Dziś u niego byłam, u Szlojmego. Musiałam go zawołać do wdowy Sory, która leży chora, odpukać, już trzeci tydzień. Nie będę nawet mówiła, ile mam przy niej pracy, zbieram każdą kopiejkę i jej zanoszę, czasem odrobinkę rosołu z kury, biegam za nią do apteki, czy to deszcz, czy burza. 

Dziwię się tylko, że taka bogaczka, słysząc o całej sprawie, daje na ten cel ledwo grosik. Czy proszę o tak dużo? Boga by trzeba pytać, czemu daje pieniądze tym, którzy nie umieją nawet obchodzić się z całym dobrem, które mają. Oni zapominają, że w oczach Boga nie są wcale lepsi od żebraków. Powiem ci, kogo mam na myśli: Dwojrę Basę! Poszłam do niej prosić o pomoc dla jej krewnej, która leży na łożu śmierci i ledwo dyszy, a ona mi wkłada do ręki grosz. Jak to trzeba nie mieć serca! Gdyby żebrak Awromek przyszedł do niej z prośbą o jałmużnę, to też wstydziłaby się tyle dać, a co dopiero mnie, żonie Reuwena Horiszkera! 

Powiedz, Goldinke, ty też przecież nie pochodzisz od prostaków, ale czy jest dziś drugi taki jak mój mąż lub jego teść? Niech im gan ejden będzie jasny. Widzisz chyba, że nie kłamię. 

Lejbke, choć no tu! – zwróciła się do wnuka Gołdy, bawiącego się obok. – Wytargam ci uszy. Przecież mówiłyśmy o zmarłym! 

– No ale między nami mówiąc, przecież wiem, że nie powiesz nikomu – ciągnęła Sterne – wiadomo przecież, skąd Dwojre Base pochodzi. Mówi się, że do dziś zadaje się ze złodziejami, a ci jej przynoszą, co tam nakradną. 

A skoro nawet o własnym ojcu wypada powiedzieć prawdę, to dodam jeszcze, że Dwojre obgadywała przede mną twoje dzieci. Boli ją, że wasz podrzutek jest lepszy niż narzeczony jej córki, a nawet niż twój Szneurke. Nie będę owijać w bawełnę, mój Reuwen mówi, że zabrano mu Szneurka i oddano komu innemu. Ale co do tego młodzieńca, Józefa, to on też się zgadza. Mówi, że ma porządną głowę i nawet by mu nie przeszkadzało, gdyby uczył także mojego Izraelika. Cóż z tego, że może nie są tak dobrymi przyjaciółmi, przynajmniej lepiej pozna Gemarę. I mój Izraelik też nie ma nic przeciwko, żeby trochę ciężej popracować. 

Ale co tu dużo mówić, coś mi się w nim nie podoba – jego krótki surducik, jego chód. I co, myślisz, że ludzkie języki to pominą? Już się mówi o tym, jak to spaceruje z twoją Rozą. Ludzie przecież nie mają co robić. Choćby wasza sąsiadka, Dwojre Base, mówiła, że gdyby to było jej dziecko, to by mu nogi połamała. Ja na ten przykład wiem całkiem dobrze, że twoje dzieci są uczciwe, ale właśnie takie dzieci trzeba chronić, jak to się mówi, przed Bogiem i ludźmi. Weźmy Szlojmego, syna lekarza, narzeczonego Rozy – to cud nie dziecko, a i tak nie oddałabym mu swojej córki. Jest lekarzem, oczywiście, podobno sam rabin go namawiał na studia medyczne, odnosi sukcesy i jest lubiany. A mimo to zawsze lepszy chłopiec, który siedzi i uczy się Talmudu. Przecież Bóg był dla was hojny. Co tam kilkaset rubli, zapłaćcie i weźcie dla niej przyzwoitego męża. Czy nie jest tego warta?

– Moje dzieci, moje dzieci! – krzyknęła oddana matka, która nie usłyszała niemal słowa z długiej przemowy Sterne Gute. – Chroń ich, Boże, ześlij swoją łaskę na moje drogie, czyste, pobożne dzieci!

Sterne chciała mówić dalej i już otwierała usta, gdy Gołda poderwała się, nie mogąc dłużej usiedzieć na miejscu. Pobiegła do drzwi, żeby wypatrywać swoich drogich, kochanych dzieci. Po chwili wróciła do środka i zaczęła szykować ubrania, na wypadek gdyby jej pociechy wróciły do domu przemoczone. Nie wiedziała, co ze sobą począć. 

Tymczasem Sterne Gute wzięła za rękę Lejbka i zapytała:

– Lejbke, mama lubi tatę?

– Tak – odpowiedziało dziecko.

– A krzyczy na niego czasem?

– Tak.

– A Józef całuje czasem Rozę?

– Tak – powiedział Lejbke, zlizując śmietanę ze swojego bajgla.

– A mnie lubisz?

– Tak – odpowiedział znów chłodno.

– Tata lubi Rozę?

– Tak.

Aż strach było słuchać, jakie pytania zadawała chłopcu ta kobieta. Naiwne dziecko odpowiadało zaś na wszystko twierdząco. Zdobytego w tak krótkiej rozmowie materiału wystarczyło tej okropnej kobiecie na gadanie przez wiele kolejnych tygodni. 

Nie chcemy was męczyć, drodzy Czytelnicy. Z pewnością macie już dość relacji z gadaniny tej kobiety. Dlatego lepiej powróćmy do naszej historii i powiedzmy tylko pokrótce, że wychodząc, Sterne Gute była bogatsza o ładnych parę monet, które dał jej każdy z domowników na biedną, chorą wdowę. 

Przepraszamy naszych łaskawych Czytelników, że zapewne wyprowadziliśmy ich z równowagi tymi długimi przemowami, które być może były dla nich tylko gadaniną starej plotkary. Tak, Przyjaciele, Sterne Gute nie jest bohaterką naszej powieści, a Dwojre Base jest jeszcze mniej ważna. Ale nie możemy ich całkowicie wykluczyć, gdyż kręcą się wokół naszych drogich bohaterów. Mamy nadzieję, że nie zepsują nam naszej historii. Niestety, Sterny Guty i Dwojry Basy są wszędzie, a nierzadko są wręcz dość wysoko postawione. Być może kiedyś się zmienią i powstydzą swojego zachowania… być może.

Ale wracajmy do naszej opowieści! 

* * *

[1] Lewiusn – Lewiatan, biblijny potwór morski, według tradycji jego mięso będzie spożywane w raju; Gan ejdn – Eden, raj – przyp. tłum.

[2] Midrasz Tanhuma – Balak 6 – przyp. tłum.

[3] Ortodoksyjni Żydzi od koloru noszonych przez siebie ubrań nazywani byli czarnymi – przyp. tłum.

[4] Cały wers psalmu brzmi: „Młodzieńcy i dziewice, starcy i młodzież. Niech chwalą imię Boga, bo wzniosłem imię Jego jedynie; wspaniałość Jego nad ziemią i niebem” (Ks. Psalmów 148:12-13) – przyp. tłum.

[5] Kiduszin 82a – przyp. tłum.

 

6. JÓZEF I MOSZE SZNEUR

7. JÓZEF I ROZA

 

Oryginalny tytuł powieści:

 הנאהבים והעימים, אָדער: דער שוואַרצער יונגערמאַנטשיק 

(Ha-neehawim weha-neimim, oder: Der szwarcer jungermanczik)

w dosłownym tłumaczeniu brzmi: Ukochani i mili albo Czarny młodzieniaszek