Der szwarcer jungermanczik (rozdział IV)

POCZĄWSZY OD „CHIDUSZU” 8/2019 PUBLIKUJEMY W ODCINKACH PIERWSZE TŁUMACZENIE NA JĘZYK POLSKI POWIEŚCI JANKEWA DINEZONA DER SZWARCER JUNGERMANCZIK (CZARNY MŁODZIENIASZEK). POWIEŚĆ, PO OPUBLIKOWANIU W 1877 ROKU, STAŁA SIĘ PIERWSZYM JIDYSZOWYM BESTSELLEREM – LOSY ROZY I JÓZEFA PRZEŻYWANO W WIELU ŻYDOWSKICH DOMACH [CZYTAJ WIĘCEJ O AUTORZE POWIEŚCI]. CHOĆ DO NIEDAWNA ZAPOMNIANY, JANKEW DINEZON BYŁ SWEGO CZASU JEDNYM Z NAJWAŻNIEJSZYCH PISARZY JIDYSZ. PO ŚMIERCI SPOCZĄŁ WRAZ Z PRZYJACIÓŁMI – PERECEM I AN-SKIM – W JEDNYM GROBOWCU NA CMENTARZU ŻYDOWSKIM W WARSZAWIE.

PONIŻEJ PREZENTUJEMY czwarty ROZDZIAŁ POWIEŚCI.

1. PÓŁNOC W BESMEDRESZU

2. LIST

3. CZARNY MŁODZIENIEC

4. Gołda

 

Dom Fridmana zaczęli nachodzić swatowie. To ten rodzaj bezdusznych ludzi, którzy handlują szczęściem młodych, niewinnych i obcych im dzieci, tak jak niegdyś handlowano niewolnikami. Wyprowadzano ich ze spętanymi rękoma na rynek, gdzie każdy kupiec mógł im się przyjrzeć i popędzić jak konie. Swatowie także przyprowadzają kupców – przychodzą obejrzeć pannę młodą, wybadać pana młodego. Panna młoda to ręcznik – tak może brzmieć ich motto, albo: na każdą pannę przypada tysiąc kawalerów, a na każdego kawalera tysiąc panien. A młodzi muszą wystroić się dla każdego kandydata, którego przyprowadzi swat, i zaprezentować swoją wartość, urodę, zalety ciała i duszy. Kto na świecie bardziej skrzywdził Żydów niż tego rodzaju oszuści, ci handlarze niewolników, których nazywamy swatami? Za cenę jednego rubla gotowi są unieszczęśliwić parę młodych ludzi, których nie widzieli przedtem na oczy, i zatruć im całe życie aż po grób. 

Obecnie handel niewolnikami niemal już w Europie nie istnieje, a my wzdrygamy się, słysząc, że nadal ma to miejsce w Afryce. Nie zauważamy nawet, że u nas samych, w samym środku Europy, działają handlarze niewolników. Wśród nas, Żydów, jest ich więcej niż wśród innych! Jedyna różnica polega na tym, że tamci nie łapią ludzi w domach i nie ubierają ich w najlepsze stroje, nim zakują w kajdany. Nasi nikczemnicy chwytają swoje ofiary pod ich własnym dachem, sprzedają je, nakładają im łańcuch i wmawiają, że to złoty pierścionek. A gdy te kajdany są już na miejscu – koniec, klamka zapadła, nie ma odwrotu. Nie zważają wcale, że oto za marny grosz przehandlowali szczęście dwójki dzieci w kwiecie wieku, całe dwa życia.

Tacy to właśnie bezdusznicy przychodzili do domu Fridmanów. Nierzadko przyprowadzali ze sobą potencjalnych teściów Rozy, co bardzo ją smuciło. Swatowie często zjawiali się parami, jako wspólnicy: jeden od strony pana młodego, drugi od strony panny. Do Rozy przychodzili też dwaj główni swaci Mohylewa. Pierwszy nazywał się Szlomo i był grubasem z dużym nosem. Pochodził z tego samego miasteczka, co Fridman – był kantorem w tamtejszej synagodze, w której zawsze było zimno. Drugiego zwano Mosze Wariat. 

Widząc, że nadchodzą, Roza uciekała czym prędzej niczym przerażone dziecko. Serce jej podpowiadało, że ci ludzie nie mają dobrych intencji. A odkąd zamieszkał w jej domu Józef, to na sam ich widok drżała ze strachu. Bardzo się starała, żeby nowy lokator nie zauważał starań jej rodziców w znalezieniu dla niej męża. Wolałaby przeprosić cały świat, zrobić wszystko, co rozkaże jej ojciec i matka, byleby nie musiała stroić się dla rodziców potencjalnych mężów, zwłaszcza gdy Józef był w pobliżu. 

– Mamusiu kochana – prosiła raz Roza – błagam, nie każ mi dziś tego robić. Tak mi ciężko na sercu, boję się, że jestem chora. Tak mi serce bije, Bóg wie, co mi dolega. Te suknie tak mi ciążą… Proszę, nie dzisiaj. Za to jutro możesz robić ze mną, co chcesz!

Łzy popłynęły jej z oczu i zaczęła łkać tak gwałtownie, że ledwo mogła się uspokoić.

– Czemu płaczesz, kochanie? – spytała matka. – Co ci jest? Chodź, połóż się na chwilę, powiem gościom, że jesteś dziś gdzieś proszona.

– Dziękuję, mamo. Chcę być jeszcze wolna, nie sprzedawajcie mnie.

W tym momencie za drzwiami rozległy się kroki. Czyż zakochane serce nie wyczuje najlepiej obecności najdroższej osoby? Roza wiedziała, że to idzie Józef. Nie miała pojęcia, jak ukryć przed nim zapłakane oczy, krzyknęła więc: – On! Och, puść mnie, mamo! – i rzuciła się do ucieczki. W swoim zmieszaniu nie zauważyła jednak, że Józef zdążył już wejść do pokoju, a wraz z nim Szneur i Ruchamka… Mężczyzna usłyszał drżący krzyk Rozy. Poczuł się tak, jak gdyby ktoś wyrwał mu serce. Bezwiednie zrobił krok w tył.

– Płakałam, Józefie – powiedziała Roza. – Czy to po mnie widać? Nasz chrzan jest tak ostry, że aż gryzie w oczy. Czego to ludzie nie zrobią. Jedzą chrzan, by płakać i by im było gorzko.

– Mówi się jednak, że gdy się człowiek wypłacze, to jego oczy stają się czystsze i wszystko wtedy lepiej widzi – odparł Józef z uśmiechem. – Na sercu robi się lżej, humor się poprawia… Prawda, Ruchame? Droga Ruchamka zawsze trzyma moją stronę.

– Prawda, prawda – odpowiedziała Ruchamke, tańcząc w miejscu i podśpiewując wesoło. – Rozo, pójdziesz z nami na spacer? Idę ja, mój Josefke i Szneurke także. Ty też chodź z nami! 

Roza spojrzała jej w oczy. – Dlaczego Ruchamce tak łatwo przychodzi wypowiedzieć słowa „mój Josefke”, a mnie tego zrobić nie wolno? – pomyślała. – O ileż namiętniej i czulej brzmiałoby to z moich ust! Och, Boże, pozwól i mnie tak kiedyś mówić. 

Te słowa płynęły prosto z serca Rozy.

– Poczekajcie chwilę, muszę obmyć twarz – powiedziała na głos. – Jak widzicie, płakałam. Tarłam chrzan i przez tę gorycz łzy mi popłynęły z oczu. Proszę wybaczyć, Józefie, że każę wam czekać. To nie potrwa długo – dodała, wychodząc.

– Józefie, muszę wam coś powiedzieć – powiedziała Ruchame cicho, biorąc go za rękę i prowadząc na bok. – Wiecie co? Słowo daję, że Roza płakała naprawdę, a nie przez chrzan. W całym domu nie ma ani odrobiny chrzanu. To tylko wymówka. I zdaje mi się, że znam prawdziwy powód. Ale musicie mi obiecać, że poznam waszą historię. Wtedy wszystko wam powiem i sami przyznacie, że mam rację.

– Historię ci opowiem – odparł Józef. – Ale tego, co chcesz mi powiedzieć, nie chcę słuchać. Czyż nie mówiłem ci, że nie przystoi tyle mówić? A już zwłaszcza tak młodej dziewczynie, jak ty? Osoba w twoim wieku nie powinna wiedzieć zbyt wiele, a tym bardziej, jeśli nie potrafi się powstrzymać i nie rozpowiadać wszystkim tego, co wie.

– Josefke, najdroższy! – krzyknęła Ruchame. – Słowo daję, że nikomu nie mówię tego, co wiem. Ale wam muszę powiedzieć, przed tobą nie potrafię niczego ukryć. Och, łatwiej mi powiedzieć „tobie” niż „wam” – zaczęła się tłumaczyć, zorientowawszy się, że przez przypadek zwróciła się do Józefa per „ty”.

– Dobrze, Ruchamke! – zawołał Józef. – Od dziś jesteśmy bratem i siostrą, koniec tych konwenansów. To oznacza, droga siostro, że od teraz musisz szanować swojego starszego brata – dodał, ściskając jej rękę.

– Mój starszy brat Josefke! – krzyknęła Ruchame i rzuciła się Szneurkowi na szyję, całując go tak mocno, jak jeszcze nigdy.

– Mnie całuje – powiedział Szneurke, całując Józefa – mnie całuje, ale to ciebie ma na myśli. Nieprawdaż, Ruchamke?

– Chciałbyś mieć tyle szczęścia! – powiedziała dziewczyna, nie spuszczając oczu z Józefa.

– Oczywiście, że bym chciał! – odrzekł Szneurke. – I ty też, Józefie!

– I ja także… – dodała cicho Ruchame.

– Widzisz, Ruchamke – rzekł Józef – widzisz, jak to niedobrze jest mieć niewyparzony język? Oto Bóg cię pokarał.

– Oby w życiu tylko tak mnie karano – odrzekła dziewczyna z uśmiechem. – Myślisz, że się wstydzę? Głuptasie, wkrótce sama bym ci powiedziała. Myślisz, że się boję?

Wtem weszła Roza ubrana w swój codzienny strój. Miała upięte włosy, a w dłoni trzymała parasol. Józef zmieszał się, widząc jej prostą suknię, która tak dodawała wdzięku tej młodej, ufnej twarzy. Była piękna i dobra, na jej ustach błąkał się uśmiech, a gdy spojrzała na Józefa spod półprzymkniętych powiek, mężczyzna poczuł, że przyciąga go jak magnes.

– Cóż jest w pięknie, że działa na nas tak elektryzująco? – pomyślał Józef. – To, co teraz czuję, nie jest namiętnością, lecz i tak nie mogę się w tym zagubić. Skąd wziąć rozsądek, żeby rozsądnie się zachować? Ale zrobię to, co trzeba – będę ją szanował i kochał wyłącznie jako siostrę i nie otworzę serca przed nikim. Bo muszę być człowiekiem, przede wszystkim człowiekiem. Wyrwę z siebie te uczucia, choćby bolało, nim jeszcze bardziej się we mnie rozwiną. 

– Nad czym się tak zamyśliliście? – zapytała Roza.

– Nie zawsze da się dokładnie stwierdzić, o czym się myślało. Naprawdę nie wiem, co mi chodziło po głowie.

Ruchamke podbiegła do nich, a widząc, że Roza jest już ubrana, powiedziała:

– O, jak szybko! Jakie dobre z ciebie dziecko, najpierw płaczesz, a potem zaraz się uspokajasz. Masz charakter jak diament, prawda, Józefie?

– Idziemy – powiedział młodzieniec, nie odpowiadając na pytanie Ruchamki.

Idziom! – wtórował Szneurke.

– Marsz! – zarządziła Ruchamke i wszyscy wyszli z domu.

Towarzyszyło im błogosławieństwo Gołdy, która zdaje się była matką dla całej czwórki.

– Jaka wesoła, kwitnąca para! – powiedziała do siebie ta dobra kobieta. Nie mogła oderwać się od okna, patrząc, jak przodem idą Szneur z Ruchamką, za nimi zaś podążają Józef z Rozą.

– Pobłogosław mnie, Boże, takim zięciem, takim światłem, takim brylantem!… Dlaczego właściwie nie on? Dlaczego mam szukać gdzie indziej, skoro Bóg mi jego zesłał z nieba?… Cóż mnie obchodzi, że nie znam jego rodziców, że moja córka nie będzie miała teściów w mieście? Roza to dobre dziecko i nie potrzebuje, żeby kto ją uczył. Zresztą dopóki moje oczy są otwarte, to ja będę uczyła ją bycia matką. A mnie kto uczył? Bóg dał rozum każdej matce, czemu miałaby to być właśnie teściowa? Czy mojej Lejce to niby pomaga, że ma blisko teściową? Ona przychodzi tylko po to, żeby dodać jej zmartwień: tu coś źle, tam też się nie podoba… Widać, że chce się jedynie wymądrzać i oceniać, oceniać moje dziecko, moją krew! 

A Józef nie urodził się przecież z kamienia, ma rodziców, bardzo często mówi o swojej matce. I co z tego, że ona jest daleko? Cóż znaczy „daleko” dla serca matki? Ojca też ma. I żeby moje dzieci, moje wnuki miały takie nazwisko i prowadziły tak dobre życie, jak Józef. 

Wszyscy chcemy mieć dobre nazwisko, wżenić się w szanowaną rodzinę. Lecz dziś, gdy można kupić pochodzenie, cóż to znaczy: dobre nazwisko? Skoro za tysiąc rubli ktoś gotów jest sprzedać swoje pochodzenie, skoro ludzie je kupują – na cóż mi ono? Pobłogosław mnie, Boże, takim dzieckiem, takim zięciem. Daj mi, Boże, Józefa za zięcia!

Długi czas siedziała jeszcze przy oknie, patrząc w zamyśleniu, jak jej dzieci idą wesoło ulicą, ciesząc się latem i młodością. Wtem zalała ją fala wspomnień. Rozmyślała o tym, jak była młodą dziewczyną, jak się wstydziła choćby spojrzeć na chłopca, jak nigdy nie odważyła się pójść z kimkolwiek na spacer. Jak wciąż kłóciła się z rodzeństwem i rodzicami. Jak bardzo chciała po zaręczynach chociaż raz zobaczyć narzeczonego, zamienić z nim choćby jedno słowo. W końcu jak płakała w samotności, gdy okazało się, że obiecano ją gburowatemu chłopcu z jej sztetla, a ona bała się sprzeciwić rodzicom, którzy cieszyli się, że kandydat pochodził z bogatej rodziny. Ach, jak byłaby z nim nieszczęśliwa, gdyby Bóg nagłym pożarem nie zabrał jej rodzinie całego majątku. Nie mogli już zapłacić posagu, którego żądała rodzina narzeczonego, więc ślub został odwołany. 

Poczuła dawny wstyd, gdy przypomniała sobie kuzyna, z którym dorastała. Jak ona to przeżyła? Pamiętała, jak mocno biło jej serce, przyjemnie i słodko. Jak cierpiała, że nie mogła się rzucić ukochanemu Lejbkowi na szyję, płakać i obdarowywać go pocałunkami. Poczuła dreszcz, przypominając sobie dzień, w którym musiała iść na ślub swojego Lejbka, tańczyć z jego młodą żoną, która wykradła jej go na zawsze. Pamiętała, że straciła wtedy przytomność. Wszyscy bali się, że postradała zmysły. A ona musiała to wszystko zachować w swoim wciąż jeszcze dziecięcym sercu. Tylko płacz, tylko latami ronione co noc łzy zabliźniły jej rany. I do dziś nie wie o tym nikt, tylko Bóg i jej serce.

– Przyznaję – powiedziała do siebie – byliśmy wówczas niemądrzy. Co wiedzieliśmy o życiu? Codziennie bawiliśmy się, śpiewaliśmy piosenki z Mojszem i Rachelką. A gdy był ślub, to się szło, bo przecież jak liście drżeliśmy przed rodzicami, którzy nigdy nie przestawali się gniewać. I czy to źle, że nasze dzieci się nas nie boją? Niech się cieszą wolnością, póki mogą. Przecież nie są nieporządne. Można by cały świat zjechać i nie znaleźć tak dobrych, niewinnych, kochanych i mądrych dzieci. Czyż mielibyśmy je całe życie gonić jak konia ostrogą? Bo kiedy my, kobiety, żyjemy tak naprawdę na tym świecie? Przecież nie wtedy, gdy jak uwiązane trzymamy dzieci przy piersi albo gdy te małe brzdące chodzą za nami, uczepione fartucha? 

Cieszcie się, dzieci, a matka cieszy się waszym szczęściem. Zgadzam się, że nowe pokolenie jest mądrzejsze. To jest lepszy świat, w którym można być mądrym, dobrym, uczciwym i pobożnym.

Tak rozmyślała matka, siedząc w oknie, dopóki jeszcze widziała swoje dzieci. Wkrótce jednak zniknęły za rogiem, a ona wstała, pełna spokoju i miłości.

Doprawdy, czy może być dla matki większe szczęście, niż gdy jest zadowolona z dzieci? Gdy są one dobre, miłe Bogu i ludziom, a ona ma nadzieję, że będą tylko jeszcze bardziej szczęśliwe? 

Była spokojna, gdyż czuła ich radość. Inne matki tego nie czują, nie mają rozumu, by myśleć tak pięknie jak nasza Gołda. Ona była naprawdę oddaną kobietą i choć pochodziła jeszcze ze starego świata, to jej serce wciąż było młode. 

Takie matczyne uczucia wędrowały za naszą kompanią. Lecz choć te dobre dzieci nigdy nikomu nie zrobiły krzywdy – przeciwnie, starały się zawsze być dla wszystkich życzliwe i nikogo nie obrażać – to jednak i one miały wrogów… Mówię wrogów, lecz tak naprawdę to nie byli wrogowie, jako że nie mieli powodów, by nimi być. To wyłącznie zazdrośnicy, którzy uważali, że dzieci nie zasługują na to, co ich spotyka. Och, to straszne słowo, a przecież tacy są prawie wszyscy ludzie! Kłócimy się z drugim człowiekiem o nic, o to tylko, że uważamy, iż ten jest szczęśliwy. Zachowujemy się tak, jakby unieszczęśliwiał on nas swoim szczęściem, i nie bierzemy pod uwagę, że to przecież bez związku. Ludzie nie mają Boga w sercu, nie mają sumień i pozwalają sobie na złe słowa pod adresem tego, który jest szczęśliwy. A potem czekają tylko, żeby tamten pogrążył się w smutku. 

 

5. BOGOBOJNE KOBIETY

6. JÓZEF I MOSZE SZNEUR

7. JÓZEF I ROZA

 

Oryginalny tytuł powieści:

 הנאהבים והעימים, אָדער: דער שוואַרצער יונגערמאַנטשיק 

(Ha-neehawim weha-neimim, oder: Der szwarcer jungermanczik)

w dosłownym tłumaczeniu brzmi: Ukochani i mili albo Czarny młodzieniaszek