Podręcznik do historii Polski [Halina Rubin: „Czas odnaleziony”]

Czas odnaleziony Haliny Rubin jest jak podręcznik do historii Polski. Jej ojciec, urodzony po rewolucji 1905 roku, chce naprawiać świat. Wyjeżdża budować Izrael. Rozczarowany tym, jak traktowani są Arabowie, wraca, by toczyć w Polsce bój o równość i sprawiedliwość. W końcu trafia do obozu w Berezie. Wychodzi wyniszczony, mimo to niemal od razu wyrusza walczyć o Republikę Hiszpańską. Halina rodzi się w Warszawie cztery dni przed wybuchem wojny. Pomiędzy nalotami matka próbuje dotrzeć z nią do domu. Niedługo później uciekają na wschód. Z Białegostoku ewakuują szpital radzieckich żołnierzy. Po drodze rodzina się rozdziela. Matka, Ola, trafia do konspiracji. Ucieka z dzieckiem do lasu, gdzie przeżywa atak polskich partyzantów. Po wojnie odnajduje swojego męża Władka. Razem tworzą komunistyczną Polskę. Rozczarowują się nią na długo przed tym, zanim Marzec wyrzuci ich z domu.

Halina z mamą przed wejściem do szpitala w Orle / Fot. Archiwum rodzinne

Halina z mamą przed wejściem do szpitala w Orle, 1942 rok / Fot. Archiwum rodzinne

 

Michał Bojanowski: Od pierwszego dnia wojny twoja mama wykazywała się niezwykłą odwagą. Wędrowała z tobą, wówczas noworodkiem, po bombardowanej Warszawie, zaraz potem udała się w ryzykowną podróż do Białegostoku, a był to dopiero początek waszej tułaczki.

Halina Rubin: Nie miała wyboru. Robiła to, żeby uratować nas od śmierci. Jednak dla mnie najbardziej przejmującym momentem była ewakuacja białostockiego szpitala wojskowego, w którym mama pracowała po tym, jak opuściłyśmy Warszawę. Gdzieś w połowie drogi pomiędzy Białymstokiem a Wołkowyskiem pociąg, którym jechali chorzy i personel, został zbombardowany. Mama, z zawodu pielęgniarka, dostała pod opiekę dwudziestu rannych z rozkazem przewiezienia ich do innego szpitala. Asystował jej w tym ojciec i ja, niespełna dwuletnie naówczas dziecko. Myśl o tym, żeby ratować wyłącznie siebie, nie przyszła im do głowy.

Sześć dni i nocy jakimś nadludzkim wysiłkiem jechali wozem pod ostrzałem niemieckich samolotów. W tym czasie zmarł jeden pacjent, resztę udało się uratować i dowieźć do szpitala wojskowego w Mogilowie. Opisując ich losy, myślałam o tym, być może dziś już nieaktualnym, stereotypie biernego Żyda, tchórza, który w czasie wojny bezwiednie idzie na śmierć. Tymczasem rodzice ryzykowali życiem, aby ocalić rannych.

 

Ewakuacja szpitala doprowadziła do ich wieloletniej rozłąki.

Bardzo bolesnej rozłąki, szczególnie dla matki. Jednak od początku było wiadomo, że ojciec chce walczyć z Niemcami, więc rozstanie musiało w końcu nastąpić.

 

Mama właściwie całą wojnę pracowała jako pielęgniarka.

Jej zawód okazał się kluczowy. Zginęłaby, gdyby była lekarzem, bo tych Niemcy mordowali, ale jako pielęgniarka była dla nich przydatna. Po tej dramatycznej akcji ewakuacyjnej mama dotarła wraz z wojskowym szpitalem do Orła, jakieś 350 kilometrów na południowy wschód od Moskwy. Gdy jesienią 1941 roku Niemcy zdobyli miasto i przejęli szpital, było już za późno na kolejną ucieczkę. Niemcy wkrótce zamienili szpital w obóz jeniecki. Żołnierze umierali z niedożywienia i zaniedbanych ran. My też cierpiałyśmy z głodu, a mama martwiła się, że ktoś wyczyta z dokumentów jej żydowskie pochodzenie. Szczęśliwie szef szpitala pomógł jej zatuszować ślady.

Dosyć szybko w szpitalu zawiązała się konspiracja. Planowano ucieczkę do lasu, do partyzantki. Nie udało się jednak zrealizować tych planów. Do Orła zbliżała się Armia Czerwona i Niemcy wycofywali się wraz z całym szpitalem. Już od dawna nie było w nim wymordowanych sowieckich żołnierzy. Zastąpiono ich niemieckimi pacjentami. O ucieczce, tym bardziej z dzieckiem, nie było mowy – za taką próbę od razu zabijano. I tak dotarłyśmy z armią niemiecką do Lidy na Białorusi w charakterze Ostarbeiterów. Tutaj także działała partyzantka i personel szybko nawiązał z nią kontakt. Wiązało się to między innymi z dostarczaniem medykamentów do lasu. Mama, jako starsza siostra operacyjna, miała dostęp do leków, które dla nich wykradała.

Tego typu akty były karane powieszeniem.

 

Pamiętasz te wydarzenia?

Niektóre. Miałam wtedy prawie cztery lata. Zapamiętałam na przykład noc ucieczki do partyzantki, szczególnie jej dramatyczne momenty. Często też po wojnie rozmawiałyśmy o tym z mamą. Byłyśmy przecież dwiema weterankami, które dzieliły wspólny wojenny los. Wszyscy, z którymi zaprzyjaźniła się w czasie wojny, zostali w Rosji. Rozłączył ich pokój. Poza mną nie miała nikogo, kto był świadkiem tamtych wydarzeń.

Jak wyglądała ucieczka ze szpitala w Lidzie?

Plan był niesłychanie prosty, ale dopiero podczas pisania książki uświadomiłam sobie, jak trudno było wprowadzić go w życie, jak precyzyjnie był wykonany.

Niemcy panicznie bali się tyfusu, więc kiedy jedna z pielęgniarek zameldowała, że wśród nowych jeńców są wszy, natychmiast zarządzono dezynfekcję w miejskiej łaźni. Ponad pięćdziesiąt osób załadowano pod wieczór do ciężarówek, a całą akcję nadzorował tylko jeden niemiecki oficer.

Kiedy ciężarówki zmierzały w kierunku łaźni, kilku pozostałych konspiratorów odcięło światło w budynku szpitala. Włamali się do magazynu z bronią, załadowali ją na samochody i dołączyli do nas. Uniemożliwili też pościg, psując pozostałe samochody.

Ruszyliśmy do Puszczy Nalibockiej, unikając po drodze mostów i strzeżonych dróg. Pamiętam, że przeprawialiśmy się przez rzekę, którą pokrył grudniowy, cienki jeszcze lód. Na szczęście była to płytka rzeczka, choć na tyle głęboka, żeby się w niej zanurzyć. Noc była bezchmurna i gwiaździsta. Dygotałam z zimna, ale wspominam ten moment z czułością, bo mama, już na drugim brzegu, zdjęła ze mnie ubranie, natarła spirytusem, owinęła w bandaże od stóp do głów i narzuciła mi na plecy ciężki wojskowy płaszcz. Przybyłyśmy do bazy w nocy. Więcej z czasu ucieczki nie pamiętam. A dużo się działo, gdyż NKWD przeprowadzało wywiady z organizatorami ucieczki, spisano przywiezione przez nas niemieckie dobra. Z dokumentów wynika, że tej nocy przybyła tam również kilkuletnia dziewczynka. Nikt nie wiedział, czyim była dzieckiem. Nie ma nigdzie informacji, że Ola była moją mamą. Ciekawe jednak, że jeden z dokumentów zawiera informację, że mama była Żydówką. Dla partyzantów nasza grupa była bardzo ważna, ponieważ mieliśmy ze sobą mnóstwo cennych rzeczy – lekarstwa, pościel, generator prądu, broń. To były skarby.

 

Dlatego polscy partyzanci przygotowali na was zasadzkę?

Rzeczywiście było tak, że w noc ucieczki z Lidy polscy partyzanci chcieli na nas napaść. Mieli nadzieję odbić nasze łupy, ale przyjechaliśmy zbyt późno, więc, zniecierpliwieni, zdążyli już odejść. Był to okres, kiedy partyzanci polscy i radzieccy walczyli między sobą, szczególnie po Katyniu, kiedy nie było już wyłącznie jednego wspólnego wroga. Później próbowali też zlikwidować naszą bazę w lesie. Na szczęście im się nie udało.

W Puszczy Nalibockiej działało wiele rozmaitych grup partyzanckich. Ta, do której uciekłyśmy wraz z rosyjskim personelem szpitala, była największa, sterowana już w tamtym okresie przez Moskwę.

Zasadniczo przyjmowano tam tylko mężczyzn, najchętniej takich, którzy potrafili walczyć, ale w naszej grupie wszystkie kobiety były pielęgniarkami, a to, co przywieźliśmy, miało nieocenioną wartość.

 

W lesie spędziłyście ponad osiem miesięcy. Minęła zima, wiosenne roztopy, nastało piękne lato. Przyszło wyzwolenie.

Wróciłyśmy do Lidy. Mama od razu zaczęła szukać ojca, choć w jej życiu od dłuższego czasu był już inny mężczyzna. W końcu udało się go odnaleźć. Przebywał w Białymstoku i tam do niego pojechałyśmy. Ich początki były bardzo trudne.

Marci Shore powiedziała kiedyś o historii Europy Środkowo-Wschodniej, że są takie sytuacje, kiedy żadna decyzja nie jest niewinna, kiedy każde działanie jest zdradą, a każdy wybór niesie ze sobą cierpienie. Te słowa można odnieść do wielu momentów z życia moich rodziców. Często musieli dokonywać wyborów, z których każdy był zły, bo niósł nieszczęście. Już jako małe dziecko wyczuwałam, że ich życie nie jest zależne wyłącznie od nich i stoi niejako w sprzeczności z komunistyczną wiarą, że mogą kształtować społeczeństwo i swój los. W gruncie rzeczy bardzo często byli tylko pionkami w grze. Historia rzucała nimi z kąta w kąt, zawsze musieli gdzieś uciekać.

 

Ojciec Haliny Rubin w Palestynie, 1926 roku / Fot. Archiwum rodzinne

Ojciec Haliny Rubin (na pierwszym planie) w Palestynie, 1926 roku / Fot. Archiwum rodzinne

 

A jednak trwali przy swoich przekonaniach.

Ludzie tacy jak moi rodzice, wychowani w dwudziestoleciu międzywojennym, napatrzyli się na skrajną biedę, olbrzymie różnice i podziały społeczne, w końcu na potworną nienawiść rasową. Żyli nadzieją, że z czasem uda się ten stan rzeczy zmienić. Z dzisiejszej perspektywy może to brzmieć naiwnie, ale tak wtedy było. Poświęcili tej nadziei swoje całe życie, choć wiedzieli, że mogą je z tego powodu stracić.

 

Po wojnie jednak ich sytuacja była zupełnie inna.

W międzywojniu rodzice należeli do partii komunistycznej, która była wtedy nielegalna i nie przynosiła im żadnych zaszczytów, wręcz przeciwnie – przynależność do niej wiązała się z najgorszymi konsekwencjami. Ojciec często ukrywał się przed policją, był notowany, więziony. Nie mógł znaleźć pracy. W czasie wojny mordowano przede wszystkim Żydów i komunistów, dlatego mama od razu uciekła ze mną z Warszawy. Cała ich młodość to nieustanne zagrożenie spowodowane walką o to, co dzisiaj wydaje nam się oczywiste.

Dopiero niedawno zdałam sobie sprawę ze skali antysemityzmu, tak w dwudziestoleciu, jak i bezpośrednio po wojnie. Dość wspomnieć mojego dziadka, który wrócił kiedyś z podróży do Łodzi roztrzęsiony – miał odciętą brodę i zakrwawioną twarz. Mordy na wracających po wojnie Żydach, wyciąganie z pociągów, pobicia, w końcu pogromy, nie tylko przecież w Kielcach – było niebezpiecznie. Ja nie byłam tego świadoma, a rodzice widocznie wierzyli, że to minie, byli optymistami.

 

Mama Haliny (po lewej) w Paryżu, 1937 rok / Fot. Archiwum rodzinne

Mama Haliny (po lewej) w Paryżu, 1937 rok / Fot. Archiwum rodzinne

 

Nagle, po wojnie, znaleźli się przy władzy.

Radość nie trwała długo. Rodzice stawali co chwila przed różnymi dylematami i stopniowo rozczarowywały ich kolejne ruchy partii. Wstępowały do niej rzesze oportunistów, nie miało to już wiele wspólnego z ideałami, o które walczyli. Z drugiej strony ci, którzy zawiedli się komunizmem, często z partii nie odchodzili. Walka z tą machiną była ryzykowna. Częstokroć łatwiej było popełnić samobójstwo. Do dziś zadaję sobie pytanie i nie wiem, jak moi rodzice znosili kolejne rozczarowania władzą komunistyczną.

 

Jak zareagowali na Marzec?

To była dla nich prawdziwa tragedia. Choć wszystko waliło się już od dawna, ten cios był ostateczny. Ich partia – choć nie wiem, na ile jeszcze w nią wierzyli – uciekła się do antysemityzmu. Przecież mieli nadzieję, że nowe społeczeństwo będzie otwarte, pozbawione uprzedzeń rasowych. Jarzmo antysemityzmu było bardzo ciężkie i w Polsce żyło się z nim na co dzień. Kiedy byłam na studiach, już w pełni świadoma swojego pochodzenia, nosiłam ten garb przez siedem dni w tygodniu. Jak na mnie patrzą? Czy mnie lubią? A czy lubiliby, gdyby wiedzieli, że mam pochodzenie żydowskie?

 

W Instytucie Gruźlicy, w którym pracowałaś, po Marcu przestano z tobą rozmawiać.

Działo się to stopniowo. Cały ten okres odczuwam jako jeden wielki wymierzony mi policzek. Była oczywiście kampania partyjna, ale jeszcze bardziej bolały osobiste zniewagi. Pamiętam rozmowę z jedną z koleżanek z pracy. Mówiła, że Żydzi sami sobie są winni, że na siebie donosili w czasie wojny, sami tworzyli policję w gettach i że w ogóle podczas obrony Warszawy zachowali się tchórzliwie. A przecież mój ojciec i wielu innych Żydów walczyło o swoje miasto. Przecież to była ich Warszawa!

Takie rozmowy były bardzo bolesne, wręcz poniżające, bo niezależnie od tego, co się mówiło, brzmiało to jak usprawiedliwianie się. Deklaracje patriotyzmu są żenujące.

Zresztą nie przynosiły one wtedy skutku. Najgorzej było w pokoju, gdzie nasz zespół spotykał się na kawę i, jak to w Polsce, rozmawiał o tym, co się aktualnie dzieje. A działo się sporo. Kiedyś włączyłam się do rozmowy i inna koleżanka powiedziała: – No wiesz, kto jak kto, ale ty chyba nie powinnaś w tej sprawie zabierać głosu.

Nikt nie zareagował, już byłam wyłączona z zespołu. Byłam obca. Byli oni i ja. Powoli nawet i takie rozmowy ucichły, więc przestałam pić z nimi kawę.

 

Chodziłaś do pracy ze świadomością, że z nikim nie zamienisz ani słowa?

Były wyjątki. To osoby, z którymi do dziś się przyjaźnię. Ale nawet te wyjątki zachowywały się w pracy bardzo ostrożnie. Byłam trefna.

 

czas-odnaleziony-halina-rubin-wywiad-wydawnictwo-czarne-chidusz

 

Bali się, że wylecą z pracy przez okazanie tobie sympatii?

Raczej nikt ich z tego nie rozliczał. Widocznie musieli mieć w sobie ziarno niechęci już wcześniej. Nas było zaledwie piętnaście osób. W ogóle nie wiem, skąd wiedzieli, że byłam Żydówką, może sama im to kiedyś powiedziałam. Ciekawie zachował się w tym wszystkim profesor Ludwik Rzucidło, który kierował naszym wydziałem.

 

Nie wspominasz go w książce z nazwiska.

Nie umiem wytłumaczyć, dlaczego. Przeprowadziłam na ten temat wiele rozmów z moim bratem. Uważał, że powinnam go imiennie wymienić, ale jakoś nie potrafiłam. Może jego rodzina mogłaby się źle poczuć? Choć nie sądzę, żeby sięgnęli po moją książkę. Kiedy otrzymałam wypowiedzenie, od razu do niego poszłam. Likwidowano mój etat i chciałam wiedzieć, dlaczego. Na początku mówił, że nic o tym nie wie, że nie miał z tym nic wspólnego. Trudno mi było w to uwierzyć. Kręciłam się po instytucie w jakimś obłąkaniu, byłam kompletnie roztrzęsiona. Zapukałam do jego gabinetu jeszcze raz. Palił, ręce mu się trzęsły. W końcu powiedział: – Pani Halino, musi pani zdać sobie sprawę, że wykonujemy tu bardzo ważną pracę i lojalność personelu jest niezwykle istotna. – O jakiej lojalności pan mówi? – zapytałam. No wie pani – odpowiada – chodzi o pani stosunki z Izraelem.

To mi wystarczyło, chciałam, żeby się przyznał.

 

Bał się?

Prawdopodobnie zwolnił mnie tak po prostu, na wszelki wypadek, żeby mu nikt później nie zarzucił, że zatrudnia nieodpowiednie osoby. Byłam świeżo po studiach, nie wierzę, że ktokolwiek z dyrekcji chciał się zajmować taką płotką jak ja.

Poczułam się obco w swoim własnym kraju. Antysemityzm, o którym zawsze było wiadomo, że gdzieś tam jest, nagle zaczął dominować, decydował o każdym kolejnym kroku. I tak, nigdy wcześniej o tym nie myśląc, z dnia na dzień postanowiłam, że dłużej w Polsce nie zostanę.

 

Dobrze zrobiłaś?

Myślę, że tak. Nie ma nic straszliwszego niż władza, która używa antysemityzmu czy ksenofobii jako narzędzia do działania. Dlatego z takim niedowierzaniem przyglądam się temu, co dzieje się obecnie w Polsce. Warszawa wracała do mnie w snach i na jawie przez wiele lat. Nadal wraca. Po każdym powrocie z Polski do domu jestem rozkojarzona, zastanawiam się, gdzie jest moje miejsce.

 

Australia pozbawiła cię antysemickiego stygmatu?

Kilka lat temu weszłam do apteki. Podaję receptę jakiejś młodej panience, a ona patrzy na moje nazwisko i pyta: – Jest pani Żydówką? – Nie – odpowiedziałam bez zastanowienia. A ona: – A ja jestem.

Powiedziała to zupełnie normalnie. Odczułam wtedy ogromny wstyd.

Kiedy mama przeprowadziła się tutaj do mnie, nie mogła pracować jako lekarz. Niemniej jednak, pytana, mówiła, że jest pediatrą. Często rozmówca chciał wiedzieć, gdzie praktykowała. Odpowiadała, że w Polsce. A przecież miała za sobą również 25 lat pracy zawodowej w Izraelu! Nie wyleczyło jej to jednak z tej patologii, mnie, jak widać, bardzo długo leczyła Australia.

 

Jak pamiętasz swoje pierwsze kroki w Melbourne?

Na początku było bardzo ciężko, wciąż patrzyłam wstecz. Nie lubiłam Australii, nie lubiłabym żadnego kraju – po prostu nie chciałam wyjeżdżać z Polski. Długo szukałam przyjaciół, którzy staliby się odpowiednikiem mojego warszawskiego środowiska. Marzec zastał mnie w Tatrach i od fascynacji australijską przyrodą zaczęło się moje przystosowywanie do nowego kraju. Potrzebowałam czasu, żeby przyzwyczaić się do innej zieleni, innych roślin i zwierząt, krajobrazu. Później urodziłam córkę, żydowsko-polsko-australijską mieszankę. Rozmawia po polsku, bo inaczej nie potrafiłam do niej mówić, kiedy była mała. Uwielbia Szymborską.

Mam też w pewnym sensie przybranego syna, rówieśnika mojej córki, uchodźcę z Afganistanu. Był w jednej z łodzi, które omal nie zatonęły u wybrzeży Australii. Uratował ich norweski kontenerowiec. Nie od razu mogli tutaj zamieszkać. Byli przetrzymywani w obozie na wyspie Nauru. Mustafa ma teraz 40 lat i jest cudnym człowiekiem, ożenił się z Australijką, którą poznał na studiach. Mam od niego dwoje wnucząt. Asystuję mu we wszystkim, jakby był moim dzieckiem, a on zachowuje się jak syn, choć ma swoją mamę w Kabulu. Jego dzieci nazywają mnie babcią, po polsku. Młodszy jeszcze nie mówi, ale jak już zacznie, to też będzie mówił do mnie babcia. 

 

Chidusz powstaje dzięki darowiznom.

Wesprzyj nas, byśmy mogli działać dalej: