Dlaczego lepiej używać terminu Zagłada

Choć w odniesieniu do zagłady Żydów w czasie drugiej wojny światowej zawrotną karierę zrobił termin Holokaust, warto odrzucić to określenie w myśl analizy przeprowadzonej przez Giorgio Agambena w książce „Co zostaje z Auschwitz”.

W przypadku terminu holokaust zakładanie jakiegoś związku, choćby nawet odległego, między Auschwitz a biblijnym określeniem ola oraz między śmiercią w komorach gazowych a całkowitym oddaniem się sprawom świętym i wyższym, zakrawa na kpinę. Termin ten nie tylko zakłada niedopuszczalne zrównanie pieca krematoryjnego z ołtarzem, lecz – co ciekawe – obarczony jest semantycznym dziedzictwem nacechowanym antyżydowsko od samego zarania. Jako potwierdzenie tej tezy Agamben podaje relację z pogromu w średniowiecznym Londynie, gdzie w opisie krwawego mordu dokonanego na Żydach pada słowo olocausto jako określenie palenia Żydów.

Wbrew przytaczanemu przez wielu badaczy twierdzeniu, że hebrajskie słowo szoa odnosi się po prostu do katastrofy, Agamben zauważa, że biblijny rodowód tego słowa również jest nacechowany religijnie, oznacza częstokroć karę zesłaną przez Boga za grzechy ludzi (co widać chociażby u proroka Izajasza 10,3).
Bagaż znaczeniowy, jakimi obciążone są oba wyrażenia, skłania coraz więcej osób do używania neutralnego terminu Zagłada, pisanego wielką literą.
Gdy jednak z jakichś powodów postanowimy użyć terminu Holokaust albo Szoa, warto zapisywać je wielką literą i unikać następujących form: Holocaust, Shoah, Szoah, Shoa, które są bardziej lub mniej nieudanymi kalkami z języka angielskiego.