Mieli być przyszłością Izraela

Rodziny spotykały się o dokładnie wyznaczonych porach w ciągu tygodnia. Niektóre dzieci wołały: „mamo, tato!”, niektóre zwracały się do rodziców po imieniu, inne do tej pory mówią o nich „biologiczni rodzice”. Do dziś wiele emocji wzbudza tradycyjny, kibucowy system wychowania, w którym dzieci i dorośli mieszkali osobno. O tym, jak żyło się w kibucu opowiada Jael Neeman, autorka wydanej kilka lat temu w języku polskim książki „Byliśmy przyszłością”, oraz Ran Tal, twórca poruszającego dokumentu „Children of the Sun”.

 

„Żyliśmy we wszechświatach równoległych, my w społeczności dziecięcej, rodzice wśród starszych.

Przemieszczaliśmy się w masie jak klucze ptaków, jak stada zebr, zawsze w dwóch dużych grupach. Na codzienne spotkania o siedemnastej trzydzieści my, dzieci, szłyśmy wszystkie razem, odprowadzając się nawzajem pod drzwi domu rodziców biologicznych, a po upływie godziny i pięćdziesięciu minut, o dziewiętnastej dwadzieścia, wracałyśmy tą samą ścieżką do domu dzieci, odprowadzane przez rodziców.

My jedliśmy kolację w domu dzieci, oni w stołówce. Przedtem, tuż po naszym urodzeniu, matki zawiozły nas ze szpitala prosto do domu niemowląt, gdzie czekała już na nas opiekunka. Potem przychodziły nas karmić, zawsze razem, w tych samych godzinach. Karmiły jedna przy drugiej. Synchronizacja miała zagwarantować, że żadne dziecko nie dostanie więcej. Ni mniej, ni więcej. Także na układanie nas do snu rodzice przychodzili grupkami. Wolno im było spędzić z nami kwadrans. Nie każdy przychodził, ponieważ większość z nas miała jeszcze rodzeństwo, a we wszystkich domach kładło się dzieci spać o tej samej porze, poza tym wielu rodziców zajętych było budową kibucu i pracą w komisjach”.

Jael Neeman „Byliśmy przyszłością”

 

Michał Bojanowski: Wychowywałeś swoje dzieci inaczej?

Ran Tal: Dom, który stworzyłem ze swoją żoną, był zupełnie inny od tego, w którym dorastałem. Normalna mieszczańska rodzina z Tel Awiwu.

 

Lepszy niż ten w kibucu?

RT: Jak każdy rodzic zastanawiałem się, jak wychowywać dzieci. Każde pokolenie robi to, w co wierzy, że jest najlepsze dla ich dzieci, a mimo to po świecie chodzi wielu nieszczęśliwych ludzi. Twórcy kibuców uwierzyli, że mogą stworzyć szczęśliwych i produktywnych obywateli. Nie sposób to osiągnąć w taki sposób, choć nie dziwi mnie, że kogoś ta idea mogła pociągać.

 

Wierzyłeś, że wychowujesz swoje dzieci we właściwy sposób?

RT: Nie ma czegoś takiego jak właściwy sposób, a jednak czuję, że to, jak ja zostałem wychowany, nie było właściwe. Jeśli rodzina wspiera cię emocjonalnie, daje podstawy do tego, żebyś był gotowy do funkcjonowania w świecie, prawdopodobnie będziesz w miarę szczęśliwym człowiekiem, choć i to nie zawsze działa. Mam nadzieję, że dałem swoim dzieciom dobre podstawy – wsparcie, miłość, zrozumienie.

 

Tego brakowało wam najbardziej w kibucu?

Yael Neeman: Czasami, kiedy patrzyłam na to, jak jacyś rodzice opiekują się swoim chorym dzieckiem, robiło mi się przykro.

 

„Tylko raz widzieliśmy węgierską dziewczynkę w naszym wieku. Była to kuzynka Idit, która niespodziewanie przyjechała latem w odwiedziny. Nosiła białą haftowaną bluzkę, dokładnie taką jak te, które przysyłano nam w paczkach z zagranicy. Wyjmowaliśmy je z kartonów i od razu zanosiliśmy do magazynu ubrań, by stały się galowym strojem należącym do wszystkich dzieci i wróciły do nas, gdy przyjdzie nasza kolej, żeby raz do roku pojechać z rodziną biologiczną do kibucowego mieszkania przy ulicy Szejnkina w Tel Awiwie”.

Jael Neeman „Byliśmy przyszłością”

 

Nie mogło to być szczęśliwe dzieciństwo.

YN: Nie mam dzieci, ale i ja, i moi znajomi wychowani w kibucu dostrzegamy tutaj paradoks. Mieliśmy bardzo szczęśliwe dzieciństwo, ale żadne z nas nie chciałoby wychowywać swoich dzieci w kibucu. Jaki w tym sens?

 

Dlatego wszyscy wyjechaliście.

YN: Oprócz jednego mojego brata, który został. Jednak kibuc teraz nie przypomina miejsca, w którym dorastaliśmy. Dzieci mieszkają z rodzicami. Opuściliśmy kibuc, ale przestał on w międzyczasie istnieć.

 

„To właśnie odchodzenie młodzieży, a nie kwestia wspólnego nocowania, spowodowało rozłam w kibucach. Rodzice załamywali się, nie mogąc pomóc.”

Jael Neeman „Byliśmy przyszłością”

 

Dlaczego w swojej książce posługujesz się zwrotem „rodzina biologiczna”, „biologiczni rodzice”?

YN: W kibucu nie znajdziesz na drzwiach tabliczki: „tu mieszka taka a taka rodzina”. Rodzin nie ma. Są rodzice – osobno, i dzieci – także osobno. Zależało mi na tym, żeby to podkreślić.

 

Zwracaliście się do rodziców po imieniu?

RT: Nie, zwracałem się do nich mamo i tato. Kibuce należały do różnych ruchów, były tam różne zwyczaje. U nas mówiło się po staremu.

 

Po skończeniu szóstej klasy przenoszono was do innej szkoły i do domu wracaliście tylko na weekendy. Piszesz, że nawet nie miałaś potrzeby odwiedzać swoich rodziców, nie tęskniłaś za nimi. To normalne w pewnym wieku, ale chyba nie w tak młodym?

YN: Od wczesnego dzieciństwa byliśmy bardziej samodzielni i niezależni.

 

„Teraz w naszych pokojach panował nieład, żadne ubranie nie trafiało do szafy. Przez okrągły rok chodziliśmy wyłącznie w kapciach, jedliśmy tosty opiekane na krajowych piecykach naftowych marki Fireside.

Kiedyś jedna z opiekunek powiedziała:

– Dość, to zaczyna być niebezpieczne!

Wylała dwadzieścia wiader wody na podłogę w pokoju mojego brata Jaira, starszego ode mnie o pięć lat, i zostawiła go z trzema współlokatorami, żeby to posprzątali.

– Teraz nie macie wyjścia! – wrzeszczała. – To was nauczy porządku!

Mój brat z kolegami udali się jednak do warsztatu mechanicznego, gdzie przez bite dwanaście godzin konstruowali system drewnianych mostów. Następnie zamontowali go nad lustrem wody. Łączył ich pokój na końcu korytarza z klasą, przechodził wysoko nad betonowym placykiem między budynkiem mieszkalnym a lekcyjnym i nad rozległym trawnikiem. Wieczorami schodziliśmy się wszyscy podziwiać tę imponującą konstrukcję podświetloną kolorowo przez inny zespół z ich grupy, złożony z matematyczno-fizycznych geniuszów. Kiedy po tygodniu woda wyparowała, mosty zdemontowano, a drewno wzięliśmy na ognisko”.

Jael Neeman „Byliśmy przyszłością”

 

Kadr z filmu "Children of the Sun"

Kadr z filmu „Children of the Sun”

 

Miałaś dobre relacje z rodzicami?

YN: Na pewno były one inne od tych panujących w normalnych rodzinach, ale były dobre.

 

Nie kłóciliście się?

YN: To nic tak wyjątkowego. Jeśli spotykasz się z rodzicami tak rzadko, to o co masz się kłócić?

 

Młodzieńcze miłości?

YN: W grupach chłopaki i dziewczyny z reguły nie łączyli się w pary, bo relacje były tak bliskie, jak w rodzinie. Pomiędzy klasami – owszem. Tyle że był problem z prywatnością. Niekoniecznie dlatego, że wstydziłyśmy się chłopców, ale po prostu brakowało nam prywatności. Jednak znów – tak zostaliśmy wychowani, nie wiedzieliśmy, że może być inaczej. Miłość, szczególnie młodzieńcza, potrzebuje intymności.

 

A co z religią?

YN: W większości kibuców założeniem było stworzenie nowego typu Żyda – wysportowanego, ciężko pracującego, inteligentnego i niereligijnego. Chciano uciec jak najdalej od tradycji europejskiej. Część osób, już po opuszczeniu kibuców, angażowała się w bardziej liberalne nurty judaizmu.

Była jednak w kibucu grupa starszych mieszkańców nazywana „dziadkami” i im wolno było praktykować. To były jedyne przejawy religijności, które widzieliśmy. Jednak szczerze mówiąc, nie zaprzątaliśmy sobie tym głowy.

 

„Synagog u nas nie było. Szczyciliśmy się tym, że w Jom Kipur pracuje się w Jechiam jak w każdy inny dzień i je dziczyznę pieczoną na ognisku. Nie obchodziło się uroczystości obrzezania ani bar micwy. Śluby odbywały się bez rabina. Zmarłych chowano w trumnach, a nie w całunach, nie odmawiano nad nimi modlitwy i nie cytowano Tory. Oprawę ceremonii pogrzebowej stanowił świecki wiersz Natana Altermana, Natana Jonatana albo Natana Zacha”.

Jael Neeman „Byliśmy przyszłością”

 

Żydówki z Wiednia i Budapesztu, które przed wojną lubiły dobre perfumy i kosmetyki, nagle porzucają swoje przyzwyczajenia. W twoim kibucu tylko jedna kobieta maluje paznokcie.

YN: Trzeba pamiętać, że to były lata, kiedy Izrael był dopiero budowany. Nie było w tym nic dziwnego, że kobiety nie są przesadnie eleganckie. Nie wyglądały jak kołchoźniczki, ale na pewno nie przywiązywało się aż takiej wagi do wyglądu.

 

W swojej książce opisujesz Węgrów, od zawsze stanowiących trzon kibucu i oddzielonych od nich Francuzów, którzy później zaczęli napływać. Zostawali tam rok, może dwa i wyjeżdżali. Mieli lepsze możliwości, więc uciekali?

YN: Nie zawsze tak było, ale zgadza się, wielu z nich opuszczało kibuc bardzo szybko. Założyciele kibuców przeżyli Zagładę, stracili wszystko, zatem wyjazd i rozpoczęcie życia w mieście bez niczego, byłyby dla nich zbyt trudne. Przyjezdni z Paryża mieli o wiele więcej opcji, byli dobrze wykształceni. Nie zmienia to faktu, że w kibucach mieszkało też wielu intelektualistów, którzy znali i nie bali się innego życia.

 

I nie uderzał ich na przykład słaby poziom edukacji?

YN: Nie było egzaminów, był to więc bardzo alternatywny model edukacji, bardzo skrajny. Jednak z mojej grupy rówieśników – było nas w sumie czternaścioro – pięcioro jest teraz profesorami biologii, medycyny, fizyki. Może więc fakt, że musisz sam motywować się do nauki, miał sens? Na pewno były to bardzo wyjątkowe warunki. Na studiach mieliśmy specjalny program, w którym przez rok nadrabialiśmy różnice.

 

I nastąpił rok 1977.

RT: Pojawia się Menachem Begin, wybrany jako pierwszy prawicowy premier Izraela. To była bardzo ważna zmiana dla izraelskiego społeczeństwa. Wtedy syjoniści i socjaliści, którzy przez 50 lat wcześniej budowali Izrael, zrozumieli, że nadeszła zmiana, że to nie oni będą odtąd u władzy. Od tego momentu prawica przegrała wybory tylko dwa razy. Rok 1977 to punkt zwrotny w biografiach kibucników.

 

Był to początek końca?

RT: Użyłem w filmie jako metafory scenę, w której mieszkańcy kibuców obserwują wyniki wyborów w telewizji. W ciągu chwili czerwona flaga, dumnie noszona na ulicach Tel Awiwu, staje się symbolem wroga.

 

Oglądając tę scenę można odnieść wrażenie, że poczuli się zdradzeni.

RT: Wychowaliśmy się myśląc, że jesteśmy na czele Izraela, a nagle okazało się, że jednak nikt już nas nie wspiera. Zasady się zmieniły i nikt nie powiedział, że nie gramy już w tę samą grę. Może więc zdrada jest tu słowem, którego można użyć.

 

Czy twoi rodzice mają poczucie porażki? Ich wysiłek poszedł na marne, bo kibuce nie przetrwały dłużej niż jedno pokolenie?

RT: Chciałem pokazać pokolenie moich rodziców, bo było ono częścią rewolucji. Tworzyli kibuc całe swoje życie, a potem oglądali jego upadek. Można na to patrzeć jak na tragiczną historię, ale ja nie mam takiej perspektywy. Kultury nie da się podsumować w Excelu, tak żeby na końcu było wiadomo, czy jesteśmy na plusie, czy na minusie. Kultura żyje, są jakieś idee, które dopiero kiełkują i może w przyszłości pojawią się na powierzchni. To więcej niż porażka albo sukces. Oczywiście ruch kibucowy nie ma obecnie dużego znaczenia dla kultury Izraela, albo nie takiego, jakie miał pięćdziesiąt lat temu. Było to jednak wspaniałe doświadczenie, nie tylko dla Izraelczyków, ale także dla ludzi na całym świecie. Pozostaje inspiracją w czasach hiperkomercjalizmu.

 

Kadr z filmu "Childeren of the Sun"

Kadr z filmu „Childeren of the Sun”

 

A gdybyś miał ocenić życie w kibucu?

RT: Nie ocenię.

 

Film nie jest jednak jednoznaczny.

RT: Pytasz mnie o kibuc, czy o ten radykalny sposób wychowywania dzieci? Wychowywanie i uczenie się w komunie było bardzo radykalnym i interesującym doświadczeniem. Można na ten temat wiele powiedzieć, ale film skupia się na aspekcie emocjonalnym, próbuje przyjrzeć się bliżej relacji rodziców z dziećmi. Oczywiście, że jeśli o to chodzi, pojawia się krytyka.

 

W filmie wypowiadają się osoby, których wspomnienia nie należą do najradośniejszych.

RT: Nie pokazuję w filmie tylko krzywdy, są tam też pozytywne uczucia. Czasem pojawia się tęsknota do pięknej przyrody, poczucia wolności. Tego już nie ma w naszych czasach, dzieci nie biegają już same. Tamta rzeczywistość miała bardzo dużą siłę oddziaływania i czasami system ranił ludzi. Wydaje mi się jednak błędem, kiedy niektórzy ludzie mówią: „my teraz wiemy lepiej”. Ja do tego, co mój dziadek próbował zbudować, podchodzę z dużym szacunkiem, choć widzę, że popełniał sporo błędów. Gdy utopia spotyka się z rzeczywistością, zawsze prowadzi to do tragedii. Jednak czy możemy zrezygnować z możliwości spróbowania stworzenia czegoś lepszego? Czy musimy przyjmować życie takim, jakie ono jest?

 

To było wygodne życie w porównaniu z tym, jak obecnie musimy walczyć o przetrwanie.

RT: Nie takie znowu wygodne. Żeby wyjechać na wywiad do Sopotu, musiałbym najpierw uzyskać zgodę całej społeczności. Konieczna była rezygnacja ze swojego indywidualizmu, jeśli chciało się wierzyć w ten system. To było ciężkie, wielu ludzi czuje, że straciło bardzo dużo, że dostało mniej, niż samemu dało. Czasami po 40 latach ludzie pytają sami siebie, na co zmarnowali swoje życie. Oddali je społeczności, ale zaprzepaścili własny rozwój.

 

Co zabierał kibuc?

RT: Zawsze istniała walka pomiędzy jednostką a ogółem. Czasami historia, tak jak teraz, układa się tak, że ważniejsza jest jednostka. Wtedy było na odwrót. Zawsze się coś traci, z czegoś rezygnuje, to prawda dotycząca wszystkich ludzi. Mówię o tym, pokazując doświadczenie wielu osób, nie tylko chodzi mi o kibuc, o syjonizm, o Izrael. Raczej o ludzi, którzy podejmują decyzję, żeby zrobić coś radykalnego. Oni naprawdę wierzyli, że takie życie jest najlepsze. Mój ojciec zawsze powtarzał, że taki jest „najmniej zły” sposób na życie.

 

Children of the Sun Trailer from Lama Films on Vimeo.

 

Stworzyłeś niezwykle wzruszający dokument.

RT: Pamiętajmy jednak, że to przede wszystkim kino, nie lekcja historii. W kinie chodzi o pokazanie bliskości, ukazanie czegoś z zewnątrz i od wewnątrz. Interesowała mnie bardzo estetyka przekazu mojego filmu. Składa się on z setek krótkich, amatorskich filmów. To nie jest typowy dokument, w którym mówiący są podpisani, zachowana jest jakaś chronologia. W moim filmie jest metakibuc, metahistoria, łączę fikcję z dokumentem. Jesteś częścią bardzo intymnej opowieści, ale nie widzisz twarzy osób, które się wypowiadają, ich uśmiechów, łez.

 

Skąd te setki krótkich, amatorskich filmów?

RT: Ludzie dokumentowali różne momenty. Przez 1,5 roku chodziłem do archiwów, to była ciężka praca i fascynujące zajęcie. Stworzyłem kolaż składający się z filmów i głosów ludzi, które nagrałem, podróżując od miejsca do miejsca. Chciałem pokazać cykl życia – moment, w którym się rodzą i w którym są już starzy.

Jeśli ktoś patrzy na zdjęcia z albumu rodzinnego, teraz czy sprzed 200 lat, zobaczy to samo – szczęśliwą rodzinę. Wszyscy fotografujemy szczęśliwe chwile – święta, wesela, nikt nie fotografuje pogrzebów. W sumie czemu nie? To bardzo ważny moment. Mój film wpisuje się w estetykę pokazywania tego, co wydaje się szczęściem, ale narracja nadaje temu inny wymiar.

 

Tworzysz kontrast.

RT: Kiedy widzisz szczęśliwą rodzinę na plaży, nie przyjdzie ci na myśl, że dwa dni temu rodzice postanowili się rozwieść, ale jeszcze nie powiedzieli o tym dzieciom. Dlatego dodałem narrację w filmie. Wszystkim ujęciom nie można odmówić intymności, są to przecież obrazy, które powstają w rodzinie. Jednocześnie wszystko jest bardzo ustawione, wyreżyserowane. Taki materiał zdjęciowy przedstawiający szczęśliwe rodziny może wydawać się nudny, ale mnie zafascynował.

 

Jak na film zareagowali ludzie z kibuców?

RT: Mówimy o bardzo dużej grupie ludzi! Niektórym film bardzo się podobał, innych sprowokował do tego, żeby po raz pierwszy powiedzieli o swoich negatywnych doświadczeniach. Inni z kolei uświadomili sobie, że mieli piękne dzieciństwo.

Niedawno rozmawiałem ze znajomą, z którą się wychowałem i zwierzała mi się, jak ciężko było jej za każdym razem, kiedy musiała wracać do kibucu. Bolał ją brzuch, czuła, jakby wracała na miejsce zbrodni. Jej siostra, młodsza zaledwie o rok, miała zupełnie inne odczucia. Za każdym razem, kiedy przyjeżdżała, czuła, że powraca do miejsca, w którym była najszczęśliwsza. Ta sama rodzina, prawie identyczny wiek, a zupełnie różne odczucia i wspomnienia. Trudno więc powiedzieć, co sprawia, że jesteśmy właśnie tacy, jacy jesteśmy.