Czeka nas lepsza przyszłość

Z Etgarem Keretem, izraelskim pisarzem okrzykniętym mistrzem krótkiej formy, spotkałam się w dniu jego urodzin. Opowiedziałam mu, że to właśnie od jego opowiadań zaczęła się moja przygoda z hebrajską prozą. Jednocześnie poprosiłam, żeby wybaczył mi zdradę – kiedyś czytałam tylko jego opowiadania, teraz sięgam po książki wielu innych izraelskich pisarzy. Uśmiechnął się i powiedział, żebym się nie przejmowała, bo on też czasem spotyka się z innymi czytelnikami.

 

Ula Rybicka: Czego można życzyć Etgarowi Keretowi w dniu urodzin?

Etgar Keret: Ciężko powiedzieć. Gdy byłem młodszy, wydawało mi się, że wiem, czego chcę. Z wiekiem dochodzę do wniosku, że życie to coś w rodzaju happeningu, sztuki teatralnej czy może filmu. A każdy dobry film ma to do siebie, że nie wiadomo, co się w nim wydarzy. Będę więc szczęśliwy, jeśli moje życie pozostanie interesujące. Nie twierdzę, że wszystko jest łatwe, czasem bywa trudno, ale i fascynująco. Życzyłbym sobie, żeby tak właśnie było, bo nie chcę łatwego, nudnego życia, w którym nie ma żadnych wyzwań. To przecież przygoda. Często sobie wyobrażam, że życie jest jak wesołe miasteczko, do którego wchodzimy w dniu naszych urodzin, a potem proszą nas, żebyśmy udali się w stronę wyjścia. I tak jak każde dziecko, chciałbym skorzystać z jak największej liczby atrakcji i zjeść jak najwięcej słodyczy, zanim mnie stąd wyrzucą.

 

A gdyby prezentem było to, że możesz wybrać kraj, w którym się urodzisz?

Wydaje mi się, że tożsamość człowieka składa się z jego historii, to dzięki niej stajemy się tym, kim jesteśmy. Dla przykładu powiem, że od dziecka chorowałem na astmę i myślę, że to dzięki niej rozwinąłem styl, w którym piszę. Gdy odbywałem służbę wojskową, straciłem najlepszego przyjaciela, a więc to poczucie straty oraz zmaganie się z niewyobrażalnym bólem uczyniły ze mnie pisarza. Nie mogę oddzielać tych rzeczy, które się wydarzyły w moim życiu, ponieważ jestem sumą wszystkich doświadczeń, zarówno traumy, jak i radości. Myślę, że nie można ulepszyć mojego życia. Można wieść inne, ale ja jestem zadowolony z tego, co mam.

 

Niedawno twoje polskie obywatelstwo zostało potwierdzone. Do Sopotu przyjechałeś z najbliższymi, by spędzić z nimi urodziny. Czy to pierwszy raz, kiedy zabrałeś całą rodzinę do Polski?

Pierwszy raz przyjechaliśmy z moją mamą rok temu do Warszawy, w tym roku niestety lekarz zabronił jej latać, więc przyjechałem tylko z żoną i synem. Mamie było bardzo przykro, że nie może odwiedzić Polski, w jej wieku dochodzi do tego strach, że może już nigdy nie będzie jej to dane. Mimo wszystko myślę, że jest szczęśliwa przez sam fakt, że w Polsce mam wielu czytelników, których moje opowiadania intrygują i poruszają. To jej daje poczucie bliskości, której nigdy nie miała, bo gdy opuszczała Polskę, nie robiła tego świadomie. Była wtedy dzieckiem przenoszonym z sierocińca do sierocińca, ostatecznie trafiła do Izraela. Nigdy nie odcięła się od Polski, ale była zmuszona, aby się od niej oddalić. A fakt, że jej dziecko połączyło się z ojczyzną na nowo, jest dla niej jak pojednanie, jak zawarcie pokoju.

 

Przeczytaj dotąd niepublikowany tekst Etgara Kereta

 

Twoja mama nazywa cię polskim pisarzem na wygnaniu. Jak myślisz, czy Polacy czują to, że jesteś z nimi związany? Co takiego jest w twoich opowiadaniach, że my je tak doskonale rozumiemy?

Nigdy nie nauczyłem się języka polskiego ani nie dorastałem w polskiej kulturze, ale jestem synem polskich imigrantów. I ta wrażliwość, którą przekazali mi w domu, jest – moim zdaniem – bliska polskiej wrażliwości. To, co wzruszało lub rozśmieszało moich rodziców, tak samo działało na Polaków. Urodziłem się w Ramat Ganie, a tam większość mieszkańców jest pochodzenia irackiego. Kiedy żartowałem w domu, wszyscy się śmiali, ale gdy chciałem rozśmieszyć kogoś obcego, to on nie zawsze wiedział, o co mi chodzi. Wydaje mi się, że nie wiedząc o tym, dorastałem w polskim świecie. Nie było tam na co dzień ani języka polskiego, ani polskiej pogody, ale tym, co rodzice przywieźli mi z Polski, była właśnie wrażliwość.

 

Jednym z moich ulubionych opowiadań jest „Strzelają do Tuwii”. To historia o psie, który był wielokrotnie wyganiany, ale zawsze wracał do swojego właściciela, bo go kochał. Czy ty, kiedy przyjeżdżasz do Polski, czujesz, że ją odwiedzasz, czy że do niej wracasz?

Przyjazdu do Polski nie traktuję jak wizyty w innych krajach. Będąc tu, czuję się zupełnie inaczej, to chyba nie do końca jest całkiem świadome uczucie. To zabawne, ale wielokrotnie powtarzam, że rodzice, kiedy się ze sobą kłócili, używali języka polskiego, żebym nie mógł ich zrozumieć. Kiedy więc tu jestem i ktoś do mnie mówi po polsku, a ja nic nie rozumiem, to czuję się świetnie – jak w domu. Ciągle nie rozumiem tego języka, ale to nie przeszkadza mi w tym, żeby czuć się kochanym. Oczywiście historia moich rodziców sprawia, że jesteśmy związani z tym miejscem. Ważne jest dla mnie jednak to, że niektóre znajomości zawierane tutaj są bardziej zażyłe, niż w innych krajach.

 

Niedawno zostałeś uhonorowany prestiżową nagrodą Charlesa Bronfmana. Jak zareagowałeś na wieść o nagrodzie?

To dla mnie wielkie wyróżnienie z tego względu, że nie jest to nagroda literacka. Gdy zostajesz laureatem nagrody literackiej, to znaczy po prostu, że dobrze piszesz. Kiedy jednak dostajesz nagrodę, której nigdy jeszcze nie przyznano artyście, oznacza to, że twoja praca ma wielki wpływ na świat, wpływ poprzez kulturę, czyli to, czego życzyłby sobie każdy twórca. Gdy piszę opowiadania, zawsze towarzyszy mi nadzieja, że wpłyną one na czytelników. Nagroda, która w ubiegłym roku została przyznana fundacji pomagającej uchodźcom, a dwa lata wcześniej przyznana człowiekowi, który otworzył szpital w Afryce, jest dla mnie znakiem, że to, co piszę, ta fikcja, te wymyślone przeze mnie obrazki, ogromnie wpływa na ludzi. To dla mnie wielki komplement. Prawdą jest, że kiedy jestem nagradzany, czuję się dość niepewnie, bo w nagrodach zawsze jest coś przypadkowego. Oczywiście, to cudowne uczucie, ale nie zmienia mojego podejścia do tego, co robię. To tak jak wygrana na loterii i nagła świadomość, że jest się kimś innym. Często cytuję film „Człowiek z blizną”, w którym Al Pacino gra dilera narkotyków. I w ich świecie główną zasadą jest: nigdy nie bierz własnego towaru. Myślę, że to dobra życiowa rada dla nas wszystkich. Robisz to, co robisz i czujesz się szczęśliwy, ale gdy zaczynasz „brać” komplementy zbyt poważnie, to wtedy też musisz zmierzyć się z krytyką. Kiedy ktoś pisze w recenzji, że moja książka jest najlepsza na świecie, jestem przygotowany na to, że w następnym tygodniu ktoś inny może napisać coś zgoła odwrotnego. Muszę pamiętać o tym, że jeśli przyjmę komplement jako prawdę objawioną, to wtedy będę o wiele bardziej podatny na krytykę.

 

To istotne, że nagroda Charlesa Bronfmana została po raz pierwszy przyznana artyście. Jestem marzycielką i wierzę, że literatura może zmieniać ludzi i świat.

Moim zdaniem literatura oraz sztuka w ogóle – są zaproszeniem do zmiany. Czasami jednak jest tak, że gdzieś nas zapraszają, ale wcale nie chcemy tam iść. Literatura jest jak wyjątkowo cichy szept i trzeba włożyć bardzo wiele wysiłku w to, żeby go usłyszeć. Myślę, że może zmienić tych, którzy są otwarci i pragną czegoś więcej. Nie zmieni jednak tych, którzy tego nie chcą.

 

Wróćmy do tego, co powiedziałeś o krytyce. Po tym, jak dostałeś nagrodę, niektórzy byli oburzeni, że przyznano ją pisarzowi, który według nich jest antyizraelski.

Myślę, że ta debata jest bardzo zbliżona do tego, co teraz dzieje się w polskim społeczeństwie. Podstawowym pytaniem jest to, czy jeśli krytykujesz swój kraj, to znaczy, że go nie kochasz lub do niego nie przynależysz? Jeśli na ulicy spotkałbym obcego narkomana wstrzykującego sobie heroinę, pomyślałbym, że to jego sprawa. Jednak, gdybym zobaczył w tej samej sytuacji mojego przyjaciela, to poradziłbym mu, żeby przestał. A to wcale nie znaczy, że nie lubię mojego kolegi, tylko że się o niego bardziej troszczę. Narodowa przynależność jest jak dom. Im bardziej czuję się jak u siebie, tym częściej powtarzam, żeby domownicy używali popielniczki albo nie rzucali śmieci na podłogę. Robię to, ponieważ się o ten dom troszczę. Nie wydaje mi się, żeby ludzie, którzy twierdzą, że wszystko jest cudowne i niczego nie trzeba ulepszać, lepiej zajmowali się swoim domem. I w Polsce, i w Izraelu panuje przekonanie, że jeśli kochasz swój kraj, to nie oczekujesz żadnych zmian. Nie zgadzam się z takim podejściem. Warto zapytać kogoś, czy jest coś, czego w sobie nie lubi albo, co chciałby w sobie zmienić. Myślę, że ci, którzy wykazują się samoświadomością, a jednocześnie więcej osiągają, są właśnie tymi, którzy zauważają własne braki i chcą się zmienić. Ludzie, którzy twierdzą, że są doskonali, nie znają samych siebie i niewiele też osiągają. Jednocześnie są bardzo niepewni. Jeśli więc rozmawiamy o tożsamości narodowej oraz historii, to wskazanie rzeczy, które wymagają poprawy, jest oznaką siły. Kiedy obserwuję to, co dzieje się w polityce, to zauważam dwa modele działania. Taki jak w Turcji, która nie przyznaje się do ludobójstwa Ormian, jak w Iranie, który zaprzecza wszystkiemu, za co jest krytykowany, jak w Rosji Putina, która jest przekonana, że jest najpotężniejsza na świecie i nie można powiedzieć inaczej. Jednak jest też odmienny sposób patrzenia na własny kraj, jak w Nowej Zelandii lub Australii, gdzie mieszkańcy przyznają się do krzywd, które wyrządzili rdzennej ludności i próbują naprawić swoje błędy. Niemcy także starają się zmierzyć ze swoją historią. Wolałbym, żeby moja ojczyzna była bardziej jak Nowa Zelandia, a nie jak Turcja. Według mnie to ten właściwszy model.

 

Hanna Arendt pisała, że w polityce nie ma miejsca na miłość, ale jest miejsce na szacunek. Czy w polityce jest miejsce na wartości?

Słowo polityka pochodzi od greckiego polis oznaczającego miasto i w założeniu zajmuje się rozdzielaniem środków w jego obszarze, gdyż jej celem nadrzędnym jest dobro wspólne. Tak naprawdę dialog polityczny cechuje się dużym pragmatyzmem. Obecnie chcielibyśmy się zajmować pojęciami bardziej abstrakcyjnymi, wykraczającymi ponad to, ale debata polityczna to pytanie, czy w szkole powinno być więcej klas, czy w szpitalu więcej łóżek dla chorych. Polityka zajmuje się sprawami przyziemnymi, materialistycznymi. Jestem przekonany, że polityka powinna dbać o wzajemny szacunek obywateli, poszanowanie odmiennych światopoglądów, prawa mniejszości, powinna pozwalać na wyrażanie różnorodnych opinii, jeśli nie są one dla innych krzywdzące. Myślę, że jeśli na to się nie pozwala, to kieruje tym potężny strach. Wydaje mi się, że ludźmi, którzy są na przykład homofobami lub antysemitami powoduje tylko lęk. Oddzielam to, co nazywamy emocjami pierwotnymi, od tego, co jest ich zniekształceniem. Nienawiść jest tą emocją, która nie występuje w królestwie zwierząt. Słonie nie nienawidzą ptaków, mogą się ich bać, a więc być agresywne wobec nich. Dialog pomiędzy liberałami a konserwatystami jest dialogiem pomiędzy optymizmem i pesymizmem. To dialog pomiędzy ludźmi pewnymi siebie, którzy chcą zmiany na lepsze, a tymi, którzy są tak niepewni siebie, że chcą jedynie ochronić to, co już mają, od zewnętrznego zagrożenia. I w Polsce, i w Izraelu żyjemy w silnym społeczeństwie, które może sobie pozwolić na różnorodność, na odmienne przekonania, poczucie empatii z innymi. Wyobraźmy sobie, że oboje znaleźliśmy się na bezludnej wyspie i jedyną szansą na przeżycie jest to, że jedno z nas musi zjeść swojego towarzysza. Być może empatia byłaby luksusem, na który nie moglibyśmy sobie pozwolić. Na marginesie chcę zauważyć, że wyglądasz bardzo apetycznie. Jednak nie w takim świecie żyjemy. Uczestniczymy w kompetentnym społeczeństwie, dzięki któremu dostrzegamy siebie nawzajem i to nie kosztem życia lub śmierci. W Izraelu współczucie wobec palestyńskich dzieci, którym grozi śmierć, nie osłabi mojego kraju, tylko je umocni.

 

Nad czym teraz pracujesz? Od polskiej premiery „Siedmiu dobrych lat” minęły już dwa lata.

Oczywiście piszę opowiadania, ale to złożony proces. Czasem wyruszam na małe przygody z moim pisaniem, teraz jestem na etapie science fiction, piszę opowiadania, których akcja rozgrywa się w przyszłości. To bardzo interesujące, podoba mi się idea miejsc, do których możemy dotrzeć lub takich do których boimy się dotrzeć. Napisałem dwie książki dla dzieci, jedną sam, drugą z żoną (Shirą Geffen – przyp.red.), do których teraz tworzone są ilustracje. Wraz z żoną pracujemy nad serialem dla francuskiej telewizji ARTE i to mnie obecnie głównie pochłania. Jest naprawdę wiele rzeczy, którymi się zajmuję, wszystkie są dla mnie bardzo atrakcyjne i inspirujące. Wśród nich są też mniejsze projekty, jak ten, w ramach którego kręcę czterominutowy film. Nazywamy to Storyvid, klip jest oparty na moim opowiadaniu, które nie zostało jeszcze opublikowane.

 

Czym właściwie jest koncepcja Storyvid?

To literacki odpowiednik muzycznego teledysku. Kiedy oglądasz teledysk, widzisz interpretację reżysera, który pokazuje, co czuł, kiedy słuchał danej piosenki. Nasza koncepcja powstała podczas spotkania z nauczycielami liceów na temat interpretacji opowiadań. Nieustannie wtedy mówili o dobrej lub złej interpretacji, jak gdyby była tylko jedna właściwa odpowiedź, tak jak w matematyce. Tłumaczyłem im, że według mnie interpretacja to punkt, w którym czytelnik spotyka się z tekstem. Dla mnie nie jest ważne, czy czytelnik prawidłowo zrozumiał opowieść, ale interesuje mnie to, czy spotkanie z tekstem stworzyło coś ciekawego i kreatywnego, co daje do myślenia. Wymyśliliśmy więc, że kilka osób będzie interpretowało jedno opowiadanie, tworząc różne filmy. Dzięki temu możemy pokazać czytelnikom, że jeden tekst można odczytać na wiele różnych sposobów i zachęcić ich, żeby sami przeczytali i stworzyli coś nowego. Na przykład, nasz ostatni projekt polegał na interpretacji opowiadania Orly Castel-Bloom zatytułowanego „The Woman Who Wanted to Kill Somebody”. Pierwsza interpretacja zakładała, że bohaterka jest modelką cierpiącą na anoreksję, która chce zabijać otyłych ludzi. Druga wersja przedstawiała dziesięcioletnią dziewczynkę z miasta zasypanego śniegiem, która wyobraża sobie, że zabija ludzi. Obie wariacje są uzasadnione, nie ma złych i dobrych interpretacji, dzięki temu dostrzegamy, jak bardzo czytelnicy różnią się od siebie.

 

A jaka była twoja interpretacja tego opowiadania?

Dwie poprzednie interpretacje były bardzo realistyczne. Dla mnie to opowiadanie było wyjątkowo baśniowe. Odczytałem je bardziej ekstremalnie, groteskowo, jak coś na kształt Edwarda Nożycorękiego.

 

Twoja wizja pisarska jest bardzo kompleksowa, dostrzegasz wiele aspektów w obrębie konkretnej sytuacji. Gdybyśmy chcieli to uprościć: na przyszłość patrzysz jako optymista czy pesymista?

Instynktownie jestem optymistą, zarówno na poziomie osobistym, jak i ogólnym. Mój optymizm bierze się z tego, że dostrzegam piękno i siłę ludzkości. Historia odnotowała już nasz potencjał dobroci oraz dokonywania wspaniałych rzeczy, ale istniały także okropieństwa i bezmyślność. Nie potrafiłbym żyć w Izraelu jako pesymista. Nie potrafiłbym także żyć w Izraelu jako prawicowiec i w przekonaniu, że to wszystko, na co nas stać. Chcę wierzyć w to, że może być lepiej, że ludzie będą lepsi i że czeka nas lepsza przyszłość.