Kol Chatan we-kol Kala na moment przed ślubem

Być może to właśnie dlatego, że nie mieszkamy w Polsce na co dzień, zdecydowaliśmy się zorganizować naszą żydowską ceremonię ślubną we Wrocławiu. Oczywiście także dlatego, że Katka jest rodowitą Wrocławianką i wieloletnią członkinią wrocławskiej gminy żydowskiej. Sławek, urodzony w Lublinie i wychowany w Warszawie, od kilku lat regularnie przyjeżdża do Wrocławia, i to on pierwszy powiedział, że nasz ślub wyobraża sobie tylko w Synagodze pod Białym Bocianem.

W Stanach Zjednoczonych, gdzie mieszkamy przez większość roku, na co dzień opowiadamy ludziom, że życie żydowskie w Polsce wcale się nie skończyło, wbrew temu, co myśli tak wiele osób. I mamy nadzieję, że nasz ślub we Wrocławiu będzie tego kolejnym dowodem. Ostatecznie komu potrzebne jest jeszcze jedno żydowskie wesele w takim mieście jak Nowy Jork? Tu i teraz, w Polsce, w dwudziestym pierwszym wieku, ta żydowska uroczystość nabiera innego wymiaru. Na kilka tygodni przed tym, jak staniemy pod chupą, chcemy podzielić się z Wami naszymi osobistymi historiami. Do zobaczenia na dziedzińcu Synagogi Pod Białym Bocianem 22 czerwca 2014!

Sławek:

Mój ojciec, Karol Grünberg, urodził się w Drohobyczu, gdzie ukończył w 1941 roku Liceum im. Władysława Jagiełły. W szkole ze względu na swoją ciemną karnację dostał ksywę „Gandhi”. Jego nauczycielem rysunku i prac ręcznych był Brunon Schulz.

Na kilka tygodni przed najazdem Niemców, 22 czerwca 1941, w wieku 18 lat ojciec ze swoją matką i ojczymem wyjechali w głąb Rosji. Cała trójka przeżyła wojnę w Rosji. Moja babcia Chancia, z domu Lewi, zarabiała między innymi wróżeniem z ręki w pociągach, a ojciec zatrudnił się w kopalni miedzi. Było to w miejscowości Kafan, w południowej Armenii niedaleko granicy z Iranem. Ojciec opowiadał mi o wielkim głodzie, o tym, jak żyli w nędzy, że ludzie padali jak muchy z powodu cholery, malarii, tyfusu i innych chorób tropikalnych, na które ich organizmy nie były uodpornione. Ojciec do końca życia miał wielki problem właśnie z głodem: przed pójściem spać kładł na stoliku bułkę i szklankę mleka, tak, żeby widzieć jedzenie, jak tylko się obudzi. Do końca życia tak robił. Miał też swoje ulubione potrawy, które również wywodziły się stamtąd. Uwielbiał ryż z cynamonem, ze śmietaną i z cukrem. Pił kakao, jadł czekoladę, ten swój ryż i tak przez cały dzień. To są te rzeczy, które przywiózł z krajów Azji Mniejszej. Kiedy wrócili do Polski w 1945 roku, okazało się, że cała rodzina z Drohobycza zginęła zagazowana w Bełżcu. Moi pradziadkowie mieli liczne rodzeństwo i kuzynów, łącznie ponad 60 osób. Tylko Izaak, jeden z braci pradziadka, nie dał się wywieźć do Bełżca. Razem ze swoją żoną i córeczką połknęli cyjanek.

Po przyjeździe do Polski mój ojciec zamieszkał w Warszawie z mamą i ojczymem. Pracował jako dziennikarz. Kilka lat później spotkał moją mamę, która miała wtedy 17 lat. Kilka lat później był ślub i zaraz potem pojawiłem się ja, ale moi rodzice już wtedy zdążyli się rozwieść. Zostałem adoptowany przez rodziców mojej mamy. Mój dziadek – a właściwie przybrany dziadek, gdyż mój rodzony dziadek zginął w Katyniu – stał się moim ojcem, a moja babcia – moją mamą. Tak ich do końca życia nazywałem. Moi dziadkowie/rodzice przenieśli się bardzo szybko z Lublina, gdzie przyszedłem na świat, do Warszawy. Mój rodzony ojciec został później profesorem historii i autorem wielu książek historycznych.

Mój ojciec zawsze ukrywał swoje żydowskie pochodzenie. Można powiedzieć, że był przestraszonym Żydem, mimo że nosił nazwisko Grünberg, i wyglądał tak, jak wyglądał. To po ojcu odziedziczyłem rysy. Ukrywanie pochodzenia żydowskiego brało się z antysemityzmu, czy też tego strachu, który pozostał z okresu okupacji. Strachu przed szmalcownikami, którzy za kilogram cukru wydawali Żydów Niemcom, czy strachu, które budziły pogromy dokonywane przez Polaków na Żydach bezpośrednio po zakończeniu wojny.

Kiedy przyszedł rok 1968, ojciec postanowił nie wyjeżdżać do Izraela, gdzie, jak się okazało, miał dalszą rodzinę. Nie wyjechał między innymi dlatego, że jego mama była chora. Emigrował więc z Warszawy do Torunia i tam kontynuował nauczanie, otrzymał profesurę i napisał ponad dwadzieścia książek, wszystkie na temat historii II wojny światowej. Pisał między innymi o Hitlerze i o Hitlerjugend, ale na wszelki wypadek nic o Żydach. Tych tematów w ogóle nie poruszał. Moja siostra Ela, która jest dwa lata młodsza ode mnie, powiedziała mi, że pierwszy raz temat pojawił się w 1968 roku, kiedy ojciec stracił pracę na uczelni w Warszawie i powiedział jej na głos: „I to wszystko dlatego, że jesteśmy Żydami”.

W ostatnich latach, mieszkając już w Toruniu i pracując jako profesor historii Uniwersytetu Mikołaja Kopernika, lubił opowiadać nam: „Idę ulicą, a tu na domu wielkie graffiti ‘Żydzi do Izraela’. A ja się pytam, dlaczego ‘Żydzi’, dlaczego liczba mnoga? Mogliby napisać po prostu ‘Grünberg do Izraela’. Przecież ja jestem jedynym Żydem w Toruniu.”

Kiedy dwa lata temu byliśmy na pogrzebie ojca, okazało się, że przygotował nam wszystkim, dzieciom, a jest nas czwórka, małą niespodziankę. W czasie uroczystości pogrzebowych zażyczył sobie, żeby zagrała piosenka. Nikt nie wiedział, jaka to będzie piosenka. I nagle okazuje się, że to piosenka, którą śpiewała ze Skaldami Łucja Prus: „W żółtych promieniach liści” do słów Agnieszki Osieckiej. Niewiele osób w Polsce wie, że piosenka, w której słyszymy „ci odlatują, a ci zostają” dotyczy właśnie marca 1968 roku. Na pogrzebie ojca tylko my – jego dzieci – wiedzieliśmy, o co chodzi. Bardzo płakałem. Pogrzeb odbył się w Toruniu. Nic żydowskiego tam nie było. Ja chciałem, żeby jakiś akcent tego był w czasie pochówku, moje siostry też tego chciały, więc jako najstarszy, pierworodny, zrobiłem taką akcję, że sobie poszliśmy na bok i przy dworcu, kiedy już nikogo nie było, założyłem kipę i razem powiedzieliśmy kadisz. Jak się okazało, było to dla nas bardzo ważne. Dla mnie to było też zachowanie tradycji. Gdzieś tam myślałem o jego mamie, o mojej babci Żydówce, to nie ma nic z religią wspólnego, to jest tradycja i powrót do korzeni, sposób wyrażenia tego, jak umiesz najlepiej. Ja nic innego nie potrafiłem zrobić w tym momencie. Cieszę się, że to zrobiłem i mam z tego jakąś satysfakcję. Myślę też, że ojciec byłby ze mnie dumny.

O tym, że moja mama jest Żydówką i że Żydówką była też jej matka, czyli moja babcia – ta, którą nazywałem mamą, bo mnie wychowywała – dowiedziałem się dopiero w latach 90. Kilka lat przed swoją śmiercią powiedziała mi o tym moja rodzona mama. Pamiętam, że ja właśnie ukończyłem zdjęcia do filmu „Shtetl”, oboje byliśmy w Stanach, jechaliśmy samochodem. Powiedziała mi wtedy, a właściwie zapytała się, czy wiem, że ona i jej mama oraz jej praprababcia, wszystkie rodem z okolic Wilna, to była rodzina przechrztów. Zapytała, czy wiem, że moja ukochana babcia, która mnie wychowała, całe życie ukrywała swoje żydowskie pochodzenie.

Okazało się, że prababcia przeszła z judaizmu na katolicyzm najprawdopodobniej w obawie przed pogromami Żydów, jakie miały miejsce w owym czasie w tamtych okolicach (ostatnie – w 1905 roku) i przyjęła (czyli kupiła) bardzo klasyczne polskie nazwisko – Nowicka. Moja babcia, którą kochałem nad życie i która była dla mnie mamą, wychowywała mnie w domu raczej świeckim, ale tradycje świąteczne obowiązywały w porządku katolickim. Kiedy źle się zachowywałem, mama/babcia biegała za mną z mokrą szmatą i krzyczała: „Ty żydowskie nasienie!”. Równie dobrze mogłaby wołać za mną „Ty cholero ciężka!”. Ja wtedy nie wiedziałem, co to „żydowskie”, kojarzyłem tylko, że to nic dobrego. Pamiętam też, jak straszono mnie, że jak będę się źle zachowywał, to przyjadą po mnie Żydzi i zabiorą mnie do Izraela. Miałem wtedy może pięć, może sześć lat.

Jednocześnie raz w miesiącu spotykałem się z moim rodzonym ojcem, który zawsze zabierał mnie do swojej mamy, mojej babci Chanci. Pamiętam, że tam zupełnie inaczej pachniało, tam były owoce cytrusowe i banany przysyłane w paczkach z Izraela. Ten zapach czuć było od razu, jak się wchodziło: pomarańcze, cytryny, banany, cynamon, goździki, czekolada, chałwa, którą uwielbiam do dziś. Kiedy przychodziłem do babci Chanci, było tak, jakbym wchodził w inny świat. Wiele lat później przypomniałem to sobie, oglądając „Sanatorium pod klepsydrą” Wojciecha Jerzego Hasa. Przez pół życia chyba wierzyłem, że u babci Chanci mieszkała małpka, mała małpka kapucynka, z którą bawiłem się jako chłopiec. Wiele lat później w końcu zapytałem ojca, czy babcia miała małpkę. Oczywiście, żadnej małpy tam nigdy nie było. Tylko w mojej wyobraźni, ale to było tak silne, że ja naprawdę wierzyłem, że ona tam była cały ten czas – że oprócz chałwy, pomarańczy i bananów była tam mała małpka: ja otwierałem klatkę, a ona siadała mi na ramieniu. Ten żydowski świat mojej babci był rzeczywistością, której doświadczałem raz w miesiącu, a która potem znikała, stawała się nierealna, jakby to był tylko film.

I również nierzeczywiste jest dla mnie to, że byłem ochrzczony przez babcię w tajemnicy przed jej własnym mężem, przed moją matką i ojcem i przed rodzicami ojca. Przed dziadkami ze strony ojca i ojcem, bo byli Żydami, przed dziadkiem ze strony mamy, bo był partyjny. I żeby było bardziej konspiracyjnie, dziadkowie ze strony ojca, a zatem babcia Chancia z mężem, przyszli po mnie pewnego dnia, kiedy byłem jeszcze niemowlęciem, i – wbrew protestom drugiej babci i w tajemnicy przed wszystkimi – zabrali mnie na obrzezanie.

W szkole podstawowej nazywali mnie „Murzynek”, bo miałem ciemniejszą skórę i kręcone czarne włosy. Byłem jak Murzynek Bambo z Tuwima i nawet mi się to podobało. Natomiast potem, kiedy już byłem w liceum i słyszałem obok siebie słowo „Żyd”, to bałem się, udawałem, że mnie nie ma, bałem się być z tym Żydem kojarzony. Bałem się też, jak zobaczyłem w telewizji film, pamiętam, że to był czeski film fabularny, i była lista osób, które poszły do gazu w Oświęcimiu i na tej liście znalazło się moje nazwisko – Grünberg. Wiedziałem, że wszyscy moi koledzy z klasy ten film obejrzeli, bo wtedy to był jedyny kanał w Polsce, i bałem się pójść następnego dnia do szkoły. Bałem się, że zostałem zdekonspirowany i że teraz wszyscy będą wiedzieli, że jestem Żydem.

Kiedy już byłem w szkole filmowej w Łodzi, zaraz po tym, jak zdobyłem pierwszą nagrodę na festiwalu w Krakowie za najlepszy film studencki, jeden z moich kolegów na wydziale reżyserii powiedział mi, że zdobyłem nagrodę, bo szefem jury był Jerzy Hoffman. Nie zrozumiałem. „Bo on jest Żydem” wyjaśnił kolega. Po pierwsze do głowy mi nie przyszło, że Jerzy Hoffman jest Żydem i nigdy się nad takimi sprawami nie zastanawiałem, a po drugie, nie wyobrażałem sobie, że ktoś w ogóle może mieć taki pomysł, że ja dostałem nagrodę nie dlatego, że dobry film zrobiłem, tylko dlatego, że jestem Żydem. Pomyślałem sobie wtedy, że muszę być bardzo głupi i naiwny, że ludzie mnie zupełnie inaczej widzą. Pamiętam to jak dziś.

Potem miałem kilka takich przykrych incydentów; jeszcze w filmówce byłem zaatakowany nie dlatego, że miałem długie włosy (za to oberwałem kilka lat wcześniej), nie dlatego, że komuś coś zrobiłem, tylko dlatego, że jestem Żydem. I to był jedyny argument, to słowo padało w czasie, kiedy byłem obrzucany jakimiś szmatami, polewany pomyjami, kiedy siedziałem wystraszony w zatarasowanej od zewnątrz toalecie w piwnicy szkoły. Koledzy się upili i coś z nich wyszło, jakaś agresja, postanowili „bić Żyda” i odreagowali na mnie. Byli to koledzy, z którymi dalej później studiowałem i obserwowałem ich kariery w telewizji i w filmie.

Jako reżyser i operator w ostatnich latach pracuję bardzo dużo w tematyce żydowskiej, zrobiłem kilka filmów o Holokauście i o relacjach polsko-żydowskich. Co ciekawe, zaczęło się od Jedwabnego. Kiedy usłyszałem o zbrodni w Jedwabnem, to było tak, jakby uderzył we mnie piorun. Mnie to zaszokowało – jako Polaka i jako Żyda. Pięć lat wcześniej otrzymałem e-mail od faceta, który próbował mnie zainteresować tym tematem i opowiedział historię Jedwabnego. Ja tę wiadomość mam do dzisiaj. Kiedy przeczytałem o Żydach spalonych w stodole, pomyślałem sobie, że to jakiś wariat, że wymyślił sobie, że to niemożliwe. I nagle okazuje się, po tym, co opisał Janek Gross w książce „Sąsiedzi”, co pokazała Agnieszka Arnold w swoim filmie, po dwóch tomach wydanych przez IPN, że to są fakty, że są świadkowie, że coś takiego miało miejsce. I do tego nie jest to tylko Jedwabne, że było dwadzieścia innych miasteczek, gdzie sąsiedzi zabijali sąsiadów. O Kielcach wiedziałem, ale o tych wszystkich innych zbrodniach, tysiącach polskich Żydów, którzy zginęli z rąk Polaków, nie wiedziałem wcześniej nic. To właściwie było taką iskrą, która we mnie wznieciła zainteresowanie tematem polsko-żydowskim. Z tego wstrząsu i bólu powstał mój dokument „Dziedzictwo Jedwabnego” – film, który sfinansowałem z kart kredytowych, bo nikt nie chciał dać na niego ani grosza.

Jednocześnie zacząłem odkrywać swoją własną tożsamość. To zbliżenie do tematu żydowskiego było we mnie wewnętrzną i naturalną potrzebą. W rezultacie zacząłem robić film pod tytułem „Jestem Żydem”, w pewnym momencie dołączyła do mnie Katka Reszke, dla której to wtedy był temat zarówno odkrywania własnych korzeni, jak i obszar zainteresowań naukowych. To właśnie dzięki filmowi poznaliśmy się i już od ponad siedmiu lat szczęśliwie jesteśmy razem.
Zgromadziliśmy już ponad dwieście wywiadów z ludźmi, którzy opowiadają swoje historie o tym, jak się dowiedzieli, że są Żydami, i co dla nich znaczy: być Żydem w Polsce. Filmu do tej pory nie ukończyliśmy, ale za to coraz więcej możemy powiedzieć o tym, co to znaczy być Żydem, w Polsce i nie tylko.

Katka:

Szolem Alejchem!

Przy wigilijnym stole w Kluczborku, w rodzinnym domu mojej mamy, zwykło się opowiadać różne historie z dawnych lat. Pamiętam wspomnienia babci Steni (mamy mojej mamy) z Czerniowiec, gdzie dorastała przed wojną. I pamiętam uśmiechającą się u szczytu stołu prababcię Józię, która w ciszy przysłuchiwała się tym opowieściom. Moja mama ze swoją siostrą – ciocią Lusią – miały w zanadrzu także tę najbardziej dla mnie intrygującą historię. Otóż mój pradziadek Dolek, którego nigdy nie było mi dane poznać, miał zwyczaj chować się w spiżarni, z głową okrytą wielkim szalem i z jakimś pudełkiem na czole. Czekał aż prababcia Józia otworzy drzwi i wówczas kiwając się przed nią mruczał: „Szolem alejchem, szolem alejchem”, udając pobożnego Żyda. To doprowadzało moją prababcię do szału, goniła Dolka po kuchni dzierżąc wałek do ciasta i krzycząc za nim: „Ty durniu, to wcale nie jest śmieszne! Jeszcze cię ktoś zobaczy!”.

Tę historię usłyszałam po raz pierwszy, kiedy zaczęłam wypytywać wszystkich członków rodziny, czy przypadkiem nie mamy żydowskich korzeni. Dlaczego zaczęłam o to pytać? W wieku około szesnastu lat pojawiło się we mnie kompletnie irracjonalne wewnętrzne przekonanie, że jestem Żydówką – przeczucie, intuicja, może obsesja…

Meszigene

A może szaleństwo? Tylko mnie z całej rodziny prababcia Józia nazywała „meshigene”, czyli, w jidysz, wariatka. Pamiętam, że wiedziałam, co to znaczy, i uwielbiałam być tak nazywana, chociaż długo nie miałam pojęcia, że to po żydowsku. I nie zdążyłam już o tym porozmawiać z prababcią. Odeszła, kiedy byłam jeszcze w liceum. Po jej śmierci zaczęłam jeszcze bardziej obsesyjnie uczyć się wszystkiego na temat żydowskiej historii i tradycji i jeszcze bardziej agresywnie wypytywać o żydowskie korzenie… na wszelki wypadek po obu stronach rodziny.

I co? I złego słowa nikt nie powiedział na temat Żydów, ale nikt też nie powiedział, że mamy żydowskie pochodzenie. A ja wciąż w tym szaleństwie nie potrafiłam sobie wyobrazić, że Żydówką nie jestem. Choćby „trochę”.

Nie znalazłszy tego, czego szukałam, wśród rodziny, postanowiłam poszukać innych „prawdziwych Żydów” i przekonać się, na czym to wszystko polega. I tak wylądowałam we wrocławskiej gminie żydowskiej i wkrótce okazało się, że młodzi Żydzi, których tam wtedy spotkałam, nie byli bardziej „prawdziwi” ode mnie. Wszyscy mieliśmy po kilkanaście lub dwadzieścia parę lat i wszyscy mieliśmy żydowskiego dziadka lub babcię, niezależnie od tego, czy mieliśmy na to twarde czy miękkie dowody.

Oczywiście nie chwaliłam się na „dzień dobry”, że mam „przeczucie”, że jestem Żydówką, bo postanowiłam nie uchodzić od razu za meshigene.

I tak jakoś przez osmozę, nie musząc się specjalnie tłumaczyć, zadomowiłam się w gminie żydowskiej – byłam przez te lata gminną fotografką, tłumaczką rabina (czy może nawet rabinów) i aktywną uczestniczką życia społeczności. Jurek Kichler i Mojżesz Honigsfeld to były pierwsze osoby, które pamiętam z Gminy i którym jestem wdzięczna za to, jak mnie wtedy przyjęły. Potem była też Lucyna Rojzen, z którą miałam świetny kontakt. No i wreszcie słynna trójca – bez nich nie byłoby tego wszystkiego, myślę, że nie byłoby też tego szalonego żydowskiego wesela tyle lat później, gdybym nie poznała wtedy Ewy Charęzy, Michała Robaka i Karoliny Szykier-Koszuckiej. Może to zabrzmi kiczowato, ale to oni przez wiele lat byli moją żydowską rodziną.

Oj Gewalt!

„Oj Gewalt!” mawiała moja prababcia Józia, jak coś było nie po jej myśli. I w gminie wrocławskiej i w Warszawie, i w innych miejscach szybko okazało się, że tak inni, jak i my sami nawzajem dzielimy się na Żydów lepszej i gorszej kategorii. Coś, co w czasach, kiedy nikt nie przewidywał, że tyle ludzi zacznie wracać do żydowskich korzeni, wydaje mi się najgorszą chorobą toczącą nasze środowisko. Tak czy inaczej, kiedy na horyzoncie we Wrocławiu pojawiło się hasło „konwersja”, bardzo wielu z nas uznało, że skoro nie mamy, albo nie wiemy na pewno, albo nie możemy udowodnić żydowskiego pochodzenia ze strony mamy, to może warto w ten sposób „uregulować” swój status. I ponieważ coraz słabiej wierzyłam w to, że kiedykolwiek uda mi się odnaleźć te żydowskie korzenie, o których istnieniu byłam tak przekonana, sama postanowiłam „wskoczyć do tej mykwy” i mieć to z głowy.

Lewi

Błogosławionej pamięci Pan Dawid Ringel był w owych czasach najbardziej chyba poważaną osobą w gminie wrocławskiej. Ocalały z Holokaustu, chazan i w oczach wielu – choć bez papierów – to jednak rabin.
Do dziś pamiętam poranne nabożeństwo szabatowe, które Pan Dawid prowadził pod nieobecność Rabina Caine’a – amerykańskiego rabina, który zorganizował rzeczoną konwersję kilka tygodni wcześniej. Jak zawsze Pan Dawid wezwał do Tory najpierw kohena. „Czy jest kojen?” – zakrzyknął charakterystyczną dla siebie wymową. Kohena nie było. Wówczas Jurek Kichler, który towarzyszył Panu Dawidowi na bimie, krzyknął „Czy jest lewi?”. Zanim ktokolwiek mógł odpowiedzieć, Pan Dawid uśmiechnął się pod nosem, machnął ręką i nieco półgłosem – ale kilku osobom wśród nas udało się to usłyszeć – mruknął „Tutaj wszyscy są LEWI”. Wszyscy wiedzieliśmy, że Pan Dawid ma poczucie humoru, ale to przekroczyło nasze oczekiwania! Myślę też, że w dużej mierze gdzieś tam rozumieliśmy, że może trochę byliśmy „lewi”. W końcu jak miała się ta nasza raczkująca żydowskość do doświadczenia życia żydowskiego takiego Pana Dawida? A jednak myślę, że ze wszystkich starszych osób w gminie w owym czasie Pan Ringel żywił do nas najwięcej sympatii i tak naprawdę kibicował naszym żydowskim tożsamościom. Ostatecznie, nie byliśmy i nie jesteśmy ani lepsi, ani gorsi niż pozwoliła nam na to historia.

Izrael

Latem 2002 razem z Michałem Robakiem pojechaliśmy na miesiąc do Izraela. Kiedy zobaczyłam Jerozolimę, po cichu wymówiłam życzenie, żeby mieć kiedyś okazję zamieszkać w tym przedziwnym mieście. Moje życzenie spełniło się dwa miesiące później, kiedy dostałam propozycję rozpoczęcia studiów doktoranckich na Uniwersytecie Hebrajskim. Myślę, że Izrael to dla nas szczególne sanatorium lub SPA tożsamościowe. My – trzecie po Holokauście pokolenie polskich Żydów – jeździmy do Izraela na parę dni, tygodni, czasem na kilka lat, i robimy naszym żydowskim tożsamościom wakacje. W Izraelu nasza żydowskość nie ma specjalnego znaczenia, nie musimy reprezentować zgładzonych milionów, bo one już są tam reprezentowane. Nasza tożsamość może sobie zrobić wakacje od całego tego samo-powątpiewania. W Izraelu to, czy wsiadamy za kierownicę samochodu w szabat nie jest uważane za kwestię fundamentalną dla przeżycia Żydów. Panuje tam przekonanie, że wszyscy są Żydami, jesteśmy tam większością i życie żydowskie może swobodnie trwać – z nami czy bez nas. W Polsce natomiast jesteśmy właśnie tymi Żydami odpowiedzialnymi za los wszystkich Żydów, mamy wrażenie, że jeśli nas nie będzie, historia Żydów w Polsce dobiegnie końca. W Izraelu jesteśmy de facto Polakami otoczonymi „prawdziwymi” Żydami, którzy – w przeciwieństwie do nas – nie prowadzą codziennych dyskusji o swojej żydowskiej tożsamości.

Niedługo po moim wyjeździe do Izraela moja babcia ze strony ojca ni stąd ni z owąd oświadczyła, że jej ojciec był Żydem. Nigdy wcześniej o tym nie mówiła. „Bo nie pytałeś” – odpowiedziała na zdumienie mojego ojca. Od tej pory powtarzam wszystkim w Polsce, żeby koniecznie pytali!

W Jerozolimie mieszkałam prawie pięć lat. W tym czasie postanowiłam prowadzić względnie tradycyjne życie żydowskie, przestrzegałam zasad szabatu i świąt żydowskich, a także ścisłych reguł koszerności. Przez to ostatnie moja mama nauczyła się gotować koszernie i trzymała dla mnie koszerne naczynia, tak, żebym mogła swobodnie odwiedzać rodziców we Wrocławiu. Ta moja gorliwość to nie był wybór religijny, ja po prostu wiedziałam, że jeśli chcę się tego wszystkiego nauczyć, to uda mi się to najszybciej, jeśli w to wejdę całą sobą i będę w tym konsekwentna. Można powiedzieć, że była to dla mnie taka mała prywatna jesziwa. Swoją drogą, osiem lat później uznałam, że czas na absolutorium i powoli zaczęłam odstępować od wielu – choć nie wszystkich – nakazów i zakazów judaizmu. A któregoś razu, kiedy przyjechałam do Wrocławia z Izraela, mama zaoferowała, że upiecze koszerny chleb. Zaczęłam jej tłumaczyć, że przy pieczeniu chleba tradycja żydowska nakazuje odjąć część ciasta, że to się nazywa hafraszat chala i tak dalej… i mówiąc to, zauważyłam, jak moja mama momentalnie blednie. „Dokładnie tak robiła moja babcia, twoja prababcia Józia” – wydusiła w końcu. „Kiedy ją pytaliśmy, po co to robi, zbywała nas, mówiąc, że to tylko taki zwyczaj”.

Nowy Jork

Kiedy dostałam izraelskie obywatelstwo, myślałam poważnie, że już tam zostanę. Wyjechałam do Polski na kilka miesięcy, żeby skończyć pisać doktorat, potem zaczęłam pracować w warszawskim Muzeum Historii Żydów Polskich i zaraz potem poznałam – co tu dużo mówić – miłość mojego życia.

Jesienią 2007 roku zamieszkaliśmy już razem w Nowym Jorku, gdzie Sławek mieszka od czasu stanu wojennego. Po kilku latach zdobywanego przy nim doświadczenia w robieniu filmów dokumentalnych postanowiłam, że nadeszła pora, żeby przed kamerą posadzić moją babcię Stenię. Razem ze Sławkiem wierzyliśmy, że czasem kamera potrafi sprowokować do większej otwartości. Miałam nadzieję, że tym razem uda się wydusić z babci coś na temat jej ewentualnego pochodzenia żydowskiego. Dwie godziny przed kamerą i jedyne, co usłyszeliśmy, to historie, które już znałam. O tym, jak babcia wychowywała się w Czerniowcach w dzielnicy żydowskiej, gdzie wszystkie jej koleżanki były Żydówkami i w ogóle wszyscy ci Żydzi byli wspaniali i cudowni (!). Ale też o tym, jak przyszła okupacja niemiecka i jak Gestapo zatrzymywało babcię notorycznie na ulicy, pytając, gdzie ma gwiazdę. Babcia nie nosiła opaski z gwiazdą Dawida, bo miała dobre aryjskie papiery, w których wpisaną miała narodowość polską.

Powrót Żyda

Pomyślałam sobie wtedy, że ostatnią moją szansą na „złamanie” babci Steni będzie dzień, kiedy ukaże się moja książka „Powrót Żyda. Narracje tożsamościowe trzeciego pokolenia Żydów w Polsce po Holokauście”. Tymczasem na kilka miesięcy przed wydaniem książki zachorował mój dziadek ze strony ojca. Ponieważ dziadek Radek nigdy nie chorował, wszyscy wiedzieliśmy, że to jego ostatnie tygodnie. I oto w rozmowie z moim tatą dziadek oświadczył: „Nie zabiorę ze sobą do grobu tej tajemnicy, że jestem Żydem”. Niedługo po tym dziadek umarł. Nie doczekał ukazania się mojej książki. I – co gorsza – nie doczekała się tego moja ukochana babcia Stenia. Po jej odejściu, pomyślałam, już nigdy nie dowiem się niczego więcej o żydowskich korzeniach tej części mojej rodziny. Że zostanie mi tylko szolem alejchem, meszigene, hafraszat chala, i oj gewalt!

Żeby tego wszystkiego było mało, wspomniana wcześniej mama mojego ojca – babcia Jadzia, która ponad dziesięć lat temu powiedziała, że jej ojciec był Żydem – zaczęła teraz opowiadać historie, które sugerują, że być może Żydówką była także jej matka. Jak dotąd nie możemy dojść to tego, czy coś w tym rzeczywiście jest. Ale nic już mnie nie zdziwi po tym, co wydarzyło się na kilka dni przed premierą mojej książki ubiegłego lata.

Otóż, kiedy przyjechałam do Wrocławia z Nowego Jorku niedługo przed moim pierwszym w Polsce autorskim wystąpieniem, które miało mieć miejsce w krakowskim JCC podczas Festiwalu Kultury Żydowskiej, moja mama posadziła mnie przy kuchennym stole i zaczęła od słów „Tylko mnie nie zabij”.

Otóż przed swoją śmiercią w połowie lat 90. moja prababcia Józia zawołała do siebie moją mamę – swoją ulubioną wnuczkę. Kazała mamie przysiąc, że nikomu nie powie tego, co za chwilę usłyszy, że dochowa tajemnicy przynajmniej tak długo, dopóki żyje Stenia, czyli mama mojej mamy, a moja babcia. Zapewniona przez mamę, że nie zdradzi jej tajemnicy, Józia oznajmiła: „Jesteśmy Żydami”. Ponieważ bardzo przy tym płakała, mama postanowiła dokończyć tę rozmowę rano. Opowiedziała mi, że w drodze do domu tego wieczora myślała sobie, że wróci bardzo wcześnie rano i zrobi wszystko, żeby przekonać babcię, że nie ma powodu trzymać tego w tajemnicy, że przecież nie ma powodu do obaw, że nie tylko nikt nie będzie z tej przyczyny nieszczęśliwy, ale wręcz znajdą się takie osoby, które będą bardzo zadowolone. Tu oczywiście miała na myśli mnie samą, która już przecież zaczęłam swoje „dochodzenie” w sprawie żydowskich korzeni, idąc za tym moim absurdalnym przeczuciem. Kiedy następnego dnia wcześnie rano mama pojawiła się w szpitalu, okazało się, że przyjechała 10 minut za późno.

I dlatego, że obiecała, przysięgła, trzymała to w tajemnicy przed wszystkimi przez te wszystkie lata. No i nie zabiję jej za to. Ale nie przestaje mnie zadziwiać fakt, że moje irracjonalne przeczucie napędzało moje żydowskie życie przez niemal dwie dekady.

Dziś mogę powiedzieć, że nie tylko ja, ale i oboje moi rodzice widzimy nasze żydowskie pochodzenie jako coś jak najbardziej pozytywnego.

Mieszkałam w Jerozolimie i mieszkałam w Nowym Jorku – dwóch chyba najbardziej żydowskich miastach na świecie. A mimo to nigdzie nie czuję się bardziej Żydówką niż w Polsce – to właśnie na tle polskiego krajobrazu moja żydowskość najbardziej się dla mnie uwidacznia. I to się prawdopodobnie nigdy nie zmieni. Po tych wszystkich latach jedno mogę powiedzieć z całą pewnością: chociaż moja żydowskość jest zawsze płynna, tak jak płynna jest, moim zdaniem, natura wszystkich tożsamości, to jest ona bez wątpienia przede wszystkim moja własna.