Zobaczyć wszystko [recenzja książki]

We wstępie do „Rzeczy, których nie wyrzuciłem” Marcin Wicha zapowiada, że przedstawi historię o rzeczach i gadaniu. Ale ku przestrodze dodaje, że „to także książka o mojej matce, i z tego powodu nie będzie wesoła”. O smutku, jakim obarczył nas autor, dowiemy się, zerkając na drżące dłonie przekładające ostatnie kartki książki.

Narracja Wichy jest zdystansowana i oszczędna. Przedmioty, o których opowiada, to niemi świadkowie życia codziennego matki. Ich widok, tuż po jej śmierci, może prowokować tylko ból. Jeszcze wczoraj przecież do kogoś należały, dziś swoją obecnością podkreślają stratę. Czy byłoby łatwiej, gdyby ich nie było?

W książce odnajdziemy ślady żydowskiego życia, dyskretnego i ukrywanego. Pisarz podejmuje trop, by opowiedzieć o tym, o czym przez lata się nie mówiło, czyli między innymi o wojnie, Stalinie i Marcu. Opowiada także o dzieciństwie, w którym Żydzi mogli być tylko „po cichu”, to znaczy „w czterech ścianach, w małych grupach, w domu, na cmentarzu i w przeszłości”.

Wicha udowadnia, że zna odpowiedź na pytanie postawione przez Bronkę Nowicką w książce „Nakarmić kamień”: „jak zobaczyć wszystko, jeśli wokół widać tylko rzeczy i każda chce być poznana?”. Po „Rejwachu” Mikołaja Grynberga, to jedna z ważniejszych premier tego roku. Książka ważna i potrzebna. Rzecz, której nie wyrzucimy, nawet z głowy. 

Marcin Wicha, „Rzeczy, których nie wyrzuciłem”
Wydawnictwo Karakter