Melancholia. Przypadki pisarzy polskich

Październik, być może jeden z najbardziej melancholijnych miesięcy, przyniósł adekwatnie chmurne premiery książkowe. Paweł Sołtys w felietonie na łamach „Polityki” nazywa tę porę roku: „zło – ta polska jesień”. Na szczęście ratunek niesie znakomita literatura.

Nadszedł czas, by sięgnąć po polską prozę, całą w tej jesieni zanurzoną. Zbiór reportaży Marcina Kołodziejczyka „Peryferyjczyk” oraz debiutancki tom opowiadań Pawła Sołtysa „Mikrotyki” są lustrzanymi odbiciami po dwóch przeciwnych stronach gatunków literackich. Pisarzy łączy upodobanie do eksponowania tego, co teoretycznie nieatrakcyjne – zwykłego, nieco przaśnego życia wykluczonych lub wykluczających się bohaterów, gdzieś na peryferiach Polski lub jej stolicy.

pawel-soltys-mikrotyki-recenzja-wydawnictwo-czarne-chidusz-magazyn-zydowski-literaturaperyferyjczyk-marcin-kolodziejczyk-recenzja

 

 

 

 

 

 

 

 

 

 

 

 

 

Obaj pisarze urodzili się w latach siedemdziesiątych w Warszawie i obaj, gdy ją opisują, nie robią wyjątków na jej mapie, jednak można odnieść wrażenie, że klimat dzikiej, praskiej części miasta bardziej im odpowiada. Obaj też publikują w „Polityce”, inspirują się rosyjską prozą i mieli romans z komiksem Marcina Podolca – Marcin Kołodziejczyk wydał z nim komiks reportażowy „Morze po kolana” (który niebawem ukaże się także we Francji), a w przypadku Pawła Sołtysa – Pablopavo był to wywiad-rzeka „Dym” o jego życiu i twórczości. Pisarze odwołują się też do literackich autorytetów. Paweł Sołtys jedno z opowiadań tytułuje nazwiskiem autora „Czułego barbarzyńcy” – „Hrabal”, a u Marcina Kołodziejczyka znajdziemy reportaż „Śmiech śmiechem, Wiech Wiechem” o fascynacji twórczością prozaika i mistrza gwary warszawskiej, Stefana Wiecheckiego.

Eleganccy pesymiści

Reportaży Marcina Kołodziejczyka zapewne nikomu nie trzeba przedstawiać, od kilkunastu lat regularnie publikowane są w „Polityce”. Dziennikarz znany jest z fenomenalnego słuchu, dzięki któremu bohaterowie jego tekstów przemawiają swoim głosem, a nie językiem z podręczników. „Peryferyjczyk” to już piąta książkowa pozycja w dorobku autora, reportażysta z upodobaniem kontynuuje opisywanie polskiej prowincji, czasem tylko zdradzając ją dla większych miast (jak w „Dysforii. Przypadkach mieszczan polskich”). Niemniej łatwo zauważyć, że nawet wielkomiejski zgiełk nie przeszkadza jego bohaterom w prowadzeniu małego, zaściankowego życia. Niezależnie od miejsca akcji, autor „Peryferyjczyka” nie ucieka przed wyzwaniami: „Jest temat; jazda, pociąg przed świtem, kawa, bohater płacze, […] podsłuchanie, błoto podwórka, miasteczko nocą, pijaństwo, […] kawa, wino, czyjeś życie do opowiedzenia, wiele żyć, […] pisanie; bo jest temat. Ale się jedzie, więc się żyje”.

Niełatwo przedstawić „Mikrotyki” jako dzieło Pawła Sołtysa. Napisał je przecież znany nam wokalista i autor tekstów Pablopavo, którego zdolności literackie do tej pory szły niemal zawsze w parze z muzyką. Wiosną tego roku ukazała się „Ladinola”, czyli kolejny album nagrany z Ludzikami, na którym Pablopavo udowodnia, że ze słowami radzi sobie doskonale. I tak na przykład w piosence „Jak człowiek ze snu” poznajemy stołeczną zjawę: „łażę po ulicach i wpatruję się / w miejsca gdzie nie chce się już nikomu patrzeć / coś tam znajduję i boję się / czy to znajdowanie jest cokolwiek warte”. Bartek Chaciński, obecnie redakcyjny kolega Pawła Sołtysa, opisuje jego twórczość jako „folk miejski w rasowej formule”. Odłóżmy jednak muzykę na bok, niech słowa prowadzą nas po znanych z bezpretensjonalności światach warszawskiego barda.

pawel-soltys-fot-monika-soltys

Paweł Sołtys

Życie i inne żarty

„Mikrotyki” to zbiór krótkich opowiadań lub, innymi słowy, mikrofikcji nie dłuższych niż kilka stron. Narracje te są gorzkie jak piwo, które piją bohaterowie Pawła Sołtysa. To na przykład postaci noszące „nieszczęścia w kieszeniach” i czytające „listy umarłych do umarłych”, a nocą przechadzają się grochowskimi ulicami, których „szepty błyszczą jak noże”. Poznajemy świat barowych rozmów, bójek i szlugów, nastolatków kopiących piłkę pod blokiem, pierwszych (oczywiście niespełnionych) miłości, a także wujka Wariata od dekad zamkniętego w małym pokoju. Czytamy o czasach współczesnych lub nieco wcześniejszych, stosownie smutnych wspomnieniach odkopanych w pamięci. Oto głos jednej z postaci: „Niektóre historie się pamięta, a niektóre pamiętają ciebie i wyciągają rękę, żeby cię poddusić w najmniej spodziewanych chwilach”. I te bolesne lub po prostu niewygodne odczucia stanowią kanwę „Mikrotyków”. Paweł Sołtys opisuje wszystko z wrażliwością, ale bez przesadnej wzniosłości ani nadmiernej próby estetyzacji opisywanych sytuacji. Są piękne, takie jakie są, to powinno wystarczyć. I wystarcza.

Wielbiciele reportaży Marcina Kołodziejczyka czytając „Peryferyjczyka” będą usatysfakcjonowani, ponieważ na książkę składa się wybór tekstów publikowanych przez niemal ćwierć wieku. Przez ten czas jedni nadawali mu łatkę prowincjonalnego turpisty, inni chwalili jego umiejętność opisywania specyfiki tak zwanej Polski B. Z jednej strony jego reportaże opowiadają o zwykłym życiu Polaków, które przecież nie powinno nas zaskakiwać, z drugiej jednak, świat ten jest pełen absurdów i niezbornych postaci. Niech za przykład posłuży reportaż z 1997 roku opowiadający o powodzi w Oławie, która od wody wybroniła się dzięki cudotwórcy leżącemu krzyżem w kapliczce na działkach; lub ten o rozbitej rodzinie, w której uzależniona od komputera żona dokonywała technologicznej emancypacji; jest też historia chłopca, który kradł nocą konie, by do świtu je ujeżdżać.

m-kolodziejczyk_fot-radek-polak

Marcin Kołodziejczyk /fot. Radek Polak

Jednak oprócz prześwietlania lokalnych absurdów, Marcin Kołodziejczyk nie boi się tematów ważkich i istotnych społecznie. W „Peryferyjczyku” znajdziemy cały wachlarz patologii: przemocy, nałogów, morderstw, samobójstw, bezdomności i wielu innych. Reportażysta najlepsze zostawia czytelnikom na koniec – tom zamyka napisany wierszem reportaż „Pięć czterysta” o dilerze amfetaminy, któremu w handlowaniu narkotykami pomagała osiemdziesięcioletnia matka („Matka zatrudniona / Była chałupniczo / Ważyła na wadze / Działki działkowiczom.”). Reporterska wirtuozeria, na którą stać tylko nielicznych reportażystów, wieńczy to dzieło z przymrużeniem oka.

Polska szkoła prozy

W dorobku pisarzy wyraźnie dostrzeżemy rozmyte, tak w życiu codziennym, jak i świecie literackim, postaci. Zarówno Marcin Kołodziejczyk, jak i Paweł Sołtys generują dla literackiego świata podobny typ protagonisty: trochę neurotycznego (a może tylko wstawionego?), pogubionego szarego człowieka spod bloku z wielkiej płyty lub sklepu spożywczo-przemysłowego, takiego, co się wierci, kombinuje, „chce dobrze, ale wychodzi jak zwykle”. Mieszkańcy tytułowej planety prowincja Marcina Kołodziejczyka i zanurzone w mazowieckiej mgle postaci Pawła Sołtysa są spokojni, bierni, chorobliwie zrezygnowani, choć ciągle tli się w nich uporczywie nękająca wola życia. Ich bohaterowie przeważnie mierzą wysoko, choć za sukces zwyczajnie musi im wystarczyć brak dojmującej porażki. Tylko przez chwilę zastanawiam się, dlaczego pisarze kreują akurat takie światy. Mówią nam tym samym: tu jesteśmy, tu jest życie. Wy też tu jesteście, więc nie odwracajcie wzroku.

Czytając ich książki warto jednak postawić granicę – w „Peryferyjczyku” spotykamy bohaterów reportażu, ludzi z krwi i kości, być może naszych sąsiadów lub dalszą rodzinę. Marcin Kołodziejczyk tworzy językowe majstersztyki pełne niuansów i metafor, lubi podkreślać rozterki postaci, umiejętnie też korzysta z poetyckich środków wyrazu. „Mikrotyki” to snucie opowieści i zapis fikcyjnych sytuacji, choć jestem przekonana, że wielu bohaterów z opowiadań Pawła Sołtysa ma swój pierwowzór w życiu niezmyślonym. W jego prozie nie brakuje także delikatnych i poetyckich dekoracji, ale nie jest to jeszcze liga Kołodziejczyka.

Marcin Kołodziejczyk, „Peryferyjczyk”
Wydawnictwo Wielka Litera
Paweł Sołtys, „Mikrotyki”
Wydawnictwo Czarne