Naciera na nas ćwierć miliona drzew. O instrumentalizacji polskich Sprawiedliwych wśród Narodów Świata

Trzydzieści lat temu profesor Jan Błoński apelował w eseju „Biedni Polacy patrzą na getto”, o oczyszczenie polskiej pamięci, wyjaśniając, że możemy być sobą tylko dzięki świadomemu przeżywaniu naszej przeszłości. Pisał, że historii, a szczególnie historii Zagłady, nie można traktować wybiórczo, a ojczyzna nie jest hotelem, w którym wystarczy posprzątać po przypadkowych gościach. Należy więc uczciwie stanąć wobec pytania o współodpowiedzialność za przelaną na ziemiach polskich żydowską krew. Współodpowiedzialność, która nie oznacza współudziału w zbrodni.

 

Gdyby streścić ten ważny tekst w jednym zdaniu, należałoby powiedzieć, że jest to próba przekonania nas, że opłaca się stanąć w prawdzie.

Jan Błoński swoim esejem rozpoczął w Polsce temat trudnych relacji wojennych, nie znał więc jeszcze prawdy o Jedwabnem, Kielcach i wielu innych wojennych i powojennych pogromach dokonanych przez Polaków na Żydach, które w późniejszych latach – choć z trudem – zaczęły znajdować swoje miejsce w historii Polski. Miejsce wciąż zbyt wątłe i, jak się ostatnio okazuje, coraz mnie pewne.

Błoński pisał: „Kiedy czyta się to, co o Żydach wypisywano przed wojną, kiedy się odkrywa, ile było w polskim społeczeństwie nienawiści – można się nieraz dziwić, że za słowami nie poszły czyny. Ale nie poszły (albo szły rzadko). Bóg tę rękę zatrzymał”. Dziś wiemy, że nie zatrzymał, a przynajmniej wiele razy nie udało mu się zatrzymać. Obecnie, gdy część tego eseju może brzmieć naiwnie, uderza to, co w nim najważniejsze: nie wzięliśmy udziału w Zagładzie Żydów, a jednak powinniśmy wziąć odpowiedzialność – „miast się targować i usprawiedliwiać, winniśmy najpierw pomyśleć o sobie, o własnym grzechu czy słabości. Taki właśnie moralny przewrót jest w stosunku polsko-żydowskiej przeszłości konieczny. Tylko on może stopniowo oczyścić skażoną ziemię”. Zatem powinniśmy odrzucić wszelkie okoliczności łagodzące i otwarcie powiedzieć o zaniedbaniu obowiązku braterstwa i miłosierdzia.

I tak też w dużej mierze się stało.

Przez ostatnich 30 lat wydarzyło się wiele dobrego, dość wspomnieć poznanie bolesnej prawdy o Kielcach i Jedwabnem, czy publikacje opisujące niebezpieczeństwo grożące ze strony Polaków, na które narażeni byli Żydzi, próbujący się ukrywać po aryjskiej stronie okupowanej Polski. Dziś każde z tych zagadnień powoli przebija się do naszej świadomości – do świadomości polskiej i żydowskiej.

Za każdym jednak razem historyczna prawda napotyka na duży sprzeciw. Na opór, który obecnie nie maleje, a wzrasta. Jego siłę widać szczególnie teraz, gdy Instytut Pamięci Narodowej, publiczne media, Ministerstwo Edukacji i inne instytucje publiczne coraz wyraźniej wyrażają swoją niezgodę na tę rzeczywistość. Jan Błoński uruchomił proces oczyszczania, nie znaleźliśmy jednak sposobu, żeby doprowadzić go do końca. A tymczasem

 

coraz częściej czyta się na murach

naszych miast napisy po polsku

„żydzi do gazu” i po niemiecku „Juden raus”

to lekkomyślni młodzieńcy

to źle wychowani chłopcy dzieci

rysują gwiazdę dawida

powieszoną na szubienicy

 

Mniej więcej dziesięć lat po eseju Błońskiego, Tadeusz Różewicz podsumował nasze rozumienie i pamiętanie Zagłady, pisząc „recycling”, bodaj najważniejszy poemat, jaki powstał na ten temat w Polsce. W przeciwieństwie do Miłosza (wokół którego wierszy Błoński zbudował swój esej), Różewicz nie wchodzi w rolę sędziego, typową dla autora „Zniewolonego umysłu”. Przekazuje nam swoje obserwacje, nie jest jednak jednoznaczny, nie pozwala wyciągać łatwych wniosków, nie upraszcza, ani nie uspokaja. Może dlatego też nie odnosi takiego sukcesu jak autor „Campo di Fiori”. Zanurzony w informacyjnym śmietniku, przetwarza go na poezję wirtualną, w której może zmieścić się to wszystko, co nas otacza. Powstały w ten sposób chaos musimy jednak pokonać sami.

Na tryptyk „recycling” (z tomu „Zawsze fragment, recycling”), którego fragmenty cytujemy w tym artykule, składają się trzy wiersze: MODA, ZŁOTO i MIĘSO. Pozornie od siebie oderwane, pokazują wybiórczość naszej szalonej pamięci w dobie wściekłych krów, kiedy „największym błędem jest łączenie kolorów ciepłych z zimnymi”.

Wielu kwestionowało kręcącą się karuzelę na tle płonącego getta. Przecież było to w trakcie Wielkiego Tygodnia, przekonywano, i warszawiacy nie bawiliby się na karuzeli. Miłosza przyłapano na kłamstwie i można było zapomnieć o naszym „Campo di Fiori”. Karuzela zniknęła, wszyscy grali fair.

 

coraz częściej czyta się o tym

w postnazistowskich niemieckich gazetach

w gazetach amerykańskich

w polskojęzycznych gazetach „narodowych”

czyta się przedruki z obcojęzycznych

gazet że Holocaustu nie było

 

Na trasie Tel Awiw – Warszawa w 72. rocznicę wyzwolenia obozu Auschwitz Polskie Linie Lotnicze LOT milczą (minutę) ku czci ofiar Zagłady i upamiętniają Polaków ratujących Żydów, przekazując każdemu z pasażerów książkę Grzegorza Górnego „Sprawiedliwi. Jak Polacy ratowali Żydów przed Zagładą”. Autor swoją publikacją chce odrabiać długoletnie zaniedbania, jakie poczyniono po wojnie wobec Polski i jakie Polska poczyniła wobec samej siebie. Byliśmy wielkim nieobecnym w debacie historycznej na Zachodzie, przekonuje, i przez to Zachód stworzył narrację, która mówi, że jedynymi ofiarami drugiej wojny światowej byli Żydzi. Dodatkowo na Polaków spada odium, że byli narodem antysemitów, szmalcowników i grabieżców mienia. Grzegorz Górny swoją książką chce dotrzeć do elit na Zachodzie, zwłaszcza tych opiniotwórczych. I zmieniać ich opinie, odkrywać fałszerstwa, demaskować „Pokłosia” i „Idy”.

 

chrześcijańskiemu światu

dziwne znaki

pojawiły się na niebie i na ziemi

 

„Żadna inna linia lotnicza na świecie nie zrobiłaby podobnej rzeczy”, czytamy w mediach, które bezmyślnie przetwarzają zasłyszane frazy. Innymi słowy: żadna inna linia lotnicza na świecie nie rozdałaby książek o Polakach ratujących Żydów w rocznicę upamiętniającą zamordowanych w czasie Zagłady Żydów.

„Projekt”, jak przekonują inicjatorzy, miał ukazać silne więzi pomiędzy Izraelem a Polską, a także wiele rzeczy, które przytrafiły się podczas II wojny światowej Polakom i Izraelczykom: wspólne cierpienie, wspólne modlenie się, wspólne opłakiwanie bliskich. I jakąś rzekomą wspólną potrzebę spoglądania w przyszłość.

Nie wiadomo, skąd biorą się podobne hasła. Może „inicjatorzy” przeprowadzili jakieś kwerendy w nieznanych archiwach, może przepytywali nieznane narody. Przecież Polacy i (polscy) Żydzi przeżywali w czasie wojny dwie osobne, zupełnie różne tragedie. Nie modlono się razem, nie cierpiano razem, a już na pewno razem nie opłakiwano zmarłych.

Dzień Pamięci o Ofiarach Zagłady został utworzony po to, aby uczcić ofiary. Dlaczego więc mielibyśmy czcić tego dnia Sprawiedliwych? Czy ofiary nie zasługują na uwagę choćby podczas jednego poświęconego im dnia? Błoński pisał o lęku, który siedzi w nas, strachu, abyśmy, uchowaj Boże, nie zostali w konfrontacji z własnym sumieniem potępieni. Zatem mieszamy te dwie rzeczywistości, zaburzamy rozumienie dnia pamięci. Nie skupiamy się 27 stycznia na uczczeniu milionów ofiar, tylko zaczytujemy się w źle napisanych, wyjątkowych przypadkach heroizmu, tym samym ten heroizm umniejszając.

 

Formy, jakimi Niemcy likwidowali Żydów,

spadają na ich sumienia.

Reakcja na te formy

spada jednak na nasze sumienie.

Złoty ząb wydarty trupowi

zawsze będzie krwawił,

choćby już nikt nie pamiętał

jego pochodzenia (…)

 

Chowamy ten wydarty, złoty ząb z coraz większą starannością, tamujemy krew, która z niego wypływa. Już trzydzieści lat temu ta troska o „dobre imię” była, jak podkreślał Jan Błoński, stale obecna w prywatnych – a bardziej jeszcze publicznych – wypowiedziach. Profesor ostrzegał, że „rozważając przeszłość, chcemy z tych rozważań wyciągnąć moralny zysk. Nawet wtedy, kiedy potępiamy, chcemy sami stanąć ponad – czy poza – potępieniem. Chcemy znaleźć się absolutnie poza oskarżeniem, chcemy być zupełnie czyści. Chcemy być także – i tylko – ofiarami…”.

 

mój przyjaciel

profesor Kazimierz Wyka

musiał usłyszeć w Generalnej Gubernii

takie żartobliwe powiedzonko

„Hitlerek złoty nauczył żydów roboty”

Kazimierz Wyka jeden ze sprawiedliwych

napisał książkę „Gospodarka wyłączona. Życie na niby”

 

Rozważając przeszłość, chcemy poza „moralnym zyskiem”, wycisnąć z niej „zmianę wizerunku Polski”. Innymi słowy, poza ofiarami – czego raczej nie spodziewał się Jan Błoński trzydzieści lat temu – chcemy być bohaterami. Chcemy być ofiarami i bohaterami równocześnie.

A środkiem do tego celu, bronią w walce ze światem, stały się drzewa w jerozolimskim ogrodzie Instytutu Yad Vashem, a raczej ich – do znudzenia podkreślana – „połowa”, która upamiętnia Polaków ratujących Żydów w czasie wojny. Mnoży się je, zgodnie z obowiązującą polityką historyczną, razy tysiące ludzi, którzy zaangażowani byli w pomaganie Sprawiedliwym zostać Sprawiedliwymi. Gdy ich liczba odpowiednio się zwielokrotni, usłyszeć można – mniej lub bardziej otwarcie – żal do Żydów i całego świata, który woli widzieć w Polakach antysemitów, niż zbawicieli swoich żydowskich sąsiadów. Z tego żalu czerpie się siłę do zmieniania wizerunku, dlatego cały „projekt” musi okazać się niepowodzeniem. Mnożąc drzewa, nie ma czasu na przyglądanie się świadectwom Zagłady, nie da się zrozumieć, skąd „Zachód” ma tak niskie mniemanie o postawach Polaków w czasie wojny. Zapomina się, że dziesiątki ocalonych Żydów wyjechało po wojnie z Polski w poczuciu bycia zdradzonym, w bólu, bo w obliczu śmierci, zazwyczaj nie doświadczali żadnych pozytywnych gestów od nieżydowskich mieszkańców Polski.

 

nie wiem jak długo trzeba czekać

aż panowie (i panie) z Ministerstwa Edukacji

Narodowej

wciągną ten tytuł na listę

lektur obowiązkowych

 

Przed Światowymi Dniami Młodzieży w Krakowie w lipcu 2016 roku MSZ wydało przewodnik dla Polaków, którzy przyjmowali w swoich domach zagranicznych pielgrzymów przybywających do Polski na spotkanie z Papieżem Franciszkiem. Jedną z ważniejszych porad „Ambasadora Polskości” było wezwanie, by „nie narzekać”. Pouczano, że gdy goście zobaczą piękną Polskę, w której kościoły są wypełnione po brzegi głęboko wierzącymi, gościnnymi Polakami, nie wolno będzie zniszczyć tego obrazu rozprawianiem o naszych problemach, bo „problemy są w każdym kraju” – ogłasza „Ambasador” – „Dokładny ich opis zabiera czas i wprowadza ryzyko, że będziesz źle zrozumiany. Lepiej skupić się na pozytywnym przekazie. Nie chodzi o to, by ukrywać nasze trudności czy podziały polityczne i światopoglądowe. Polaków, niezależnie od stanowiska w sporach, więcej ze sobą łączy, niż dzieli. Jeśli goście zainteresują się Polską, łatwiej im będzie zrozumieć nasze bolączki”.

 

w Paryżu wyrażono ubolewanie

Świnie są mądre wiedzą co je czeka

Inspektorzy-Kontrolerzy Unii Europejskiej

kontrolują polskie mleczarnie i rzeźnie

 

Jednak „Ambasador” zadba, żeby nie zrozumieli Polski, karmiąc czytelników stosem przemilczeń i półprawd. Każda strona książki idealnie wpisuje się w nową politykę historyczną, w której nasza (?) historia, to opowieść o wielkich bohaterach-katolikach odważnie walczących o swoją, obecnie mlekiem i miodem płynącą, ojczyznę.

 

Anglik i Holender

poszli na śniadanie

zjedli ozory w galarecie

„no comment” powiedzieli

 

Historia Zagłady Żydów opowiedziana jest przez „Ambasadora” w takiej formule: 1) ogólne informacje na temat niemieckiej polityki eksterminacyjnej (getta i obozy koncentracyjne), 2) żydowski opór (powstanie w getcie warszawskim), 3) karanie śmiercią Polaków ukrywających Żydów (historie rozstrzeliwanych Polaków z konkluzją, że „mimo represji ratowali i ukrywali”), 4) pomoc, której Polacy i Kościół katolicki udzielali Żydom, 5) karani śmiercią szmalcownicy, na których wyroki wykonywało Polskie Państwo Podziemne, 6) drzewa w Yad Vashem dedykowane Polakom, 7) wielcy bohaterowie: Jan Karski i Witold Pilecki.

Czytelnik pozostaje z wrażeniem, że głównym zadaniem Polaków w czasie II wojny światowej było ratowanie Żydów i z tego zadania wywiązali się bardzo dobrze, a jak ktoś wydawał Żydów, to od razu ponosił surową karę. Nie ma nic o antysemityzmie, pogromach, polowaniach na Żydów. Ani słowa o piekle, w jakim znaleźli się Żydzi, próbujący ukryć się po aryjskiej stronie w czasie Zagłady. Widocznie twórcy czegoś nie doczytali.

 

(a może nie czytali tej książki

nie słyszeli o niej)

Kazimierz Wyka nie sadził drzewek w Ziemi Świętej

sztabki i sztaby złota

szczerzą zęby czaszki milczą

oczodoły mówią

 

„Ambasadora polskości” wydrukowano w zaskakującej liczbie 250 tysięcy egzemplarzy, dlatego rozdawano go przy różnych okazjach. Na przykład parę miesięcy po wizycie papieża Franciszka w Polsce podczas wrocławskiej debaty o tym, „jak promować wiedzę o polskich Sprawiedliwych”, zorganizowanej przez nowo powstały Ośrodek Debaty Międzynarodowej, twór pod auspicjami MSZ, którego jednym z pięciu podstawowych zadań jest promowanie „wkładu Polaków w ratowanie Żydów w okresie niemieckiej okupacji Polski w czasie II wojny światowej”.

W debacie brali udział Mateusz Szpytma, zastępca prezesa Instytutu Pamięci Narodowej, twórca Muzeum Polaków Ratujących Żydów w Markowej i Grzegorz Górny, autor książki o Sprawiedliwych, rozdawanej na pokładach samolotów LOT-u, założyciel kontrowersyjnej „Frondy”. Dyskusję prowadził profesor Krzysztof Kawalec, dyrektor wrocławskiego oddziału IPN, szef zakładu historii Polski XIX i XX w. na Uniwersytecie Wrocławskim, specjalista od Dmowskiego.

Debata, jakich pewnie wiele, data i miejsce nie mają zbytniego znaczenia. Choć i słowo „debata” to zbyt dużo, bo uczestnicy grzecznie wymieniają poglądy o zbawicielskich postawach Polaków. Prelegenci dobrani są tak, aby pod żadnym pozorem się nie pokłócili, aby nie powiedzieli czegokolwiek niezgodnego z poprawną wizją historii Polski. Na sali niewiele osób, część w głębokim zadziwieniu. Mówcy z uśmiechami na twarzach podlewają drzewa z Yad Vashem. Słyszeli coś o publikacjach Centrum Badań nad Zagładą Żydów, ale nie zwracają na nie uwagi. Filmy takie jak oscarowa „Ida”, czy „Pokłosie” absolutnie potępiają i nie mieści im się w głowie, jak poprzednie, niszczycielskie względem Polski rządy mogły przekazywać pieniądze na ich promowanie. Jednak, co najważniejsze: ich misją jest powiedzenie Zachodowi, że myli się w ocenie Polaków.

 

Śpiew zdrowej polskiej krowy:

„niech na całym świecie wojna

byle nasza wieś spokojna

byle nasza wieś wesoła

raz dokoła raz dokoła”

 

Ciężko sobie wyobrazić bardziej wdzięczny temat do rozmowy niż Sprawiedliwi, jeżeli tylko przy okazji nie będziemy wspominać tych, których nazwać by można niesprawiedliwymi. Ograniczenie się do postaw pozytywnych sprowadza całą debatę na temat sytuacji Żydów w czasie wojny do kurtuazyjnej wymiany zdań na temat bohaterskich postaw Polaków. Nie dziwi więc, że jest ona jednym z najważniejszych punktów polityki historycznej, która nabrała rozmachu po wyborach w 2015 roku, po otwarciu Muzeum Polaków Ratujących Żydów w Markowej, czy stworzeniu wspomnianego ośrodka debaty.

I nie byłoby aż takiego problemu z „zawężaniem” tematu Sprawiedliwych, gdyby jednocześnie dopuszczano do głosu historię niesprawiedliwych, którzy niejednokrotnie gotowali Żydom piekło na ziemi. Historię, która, na podstawie coraz to nowych badań, zdaje się być coraz czarniejsza, pociągająca coraz większą liczbę osób do odpowiedzialności za los Żydów. Tak się jednak nie dzieje. Tymczasem

 

odbywa się liczenie

żydów cyganów niemców

ukraińców polaków rosjan

czasem rachunek się nie zgadza

popioły wymieszane z ziemią

zaczynają powstawać przeciw sobie

za sprawą żywych

dzielą się i biją

 

Nowa polityka historyczna nie tylko wykorzystuje bohaterskich Sprawiedliwych do budowania nowego wizerunku Polski, ale stara się też skutecznie zamykać nimi jakąkolwiek rozmowę na temat polskiej odpowiedzialności i poszukiwania prawdy, bo odpowiedzialni za nią politycy zdają sobie sprawę, że takie wydarzenia, jak pogrom w Jedwabnem, to tylko wierzchołek góry lodowej. Pomyślana w ten sposób instrumentalizacja Sprawiedliwych jest sporym zagrożeniem dla oczyszczenia naszej pamięci, bo próbuje tę pamięć zastąpić.

 

zaraz po wojnie

pojawili się u nas poszukiwacze złota

„uzbrojeni” w łopaty kilofy

miski sita

szukali złotych żył

złotego piasku

złotych zębów

w złotodajnych Oświęcimiach

Majdankach Treblinkach

szukali w popiołach

we wnętrznościach naszej

wspólnej matki ziemi

szukali złota złota złota

 

[Różewicz pisał to na długo przed publikacją „Złotych żniw” Grossa.]

 

Mija kolejna rocznica pogromu w Jedwabnem i Kielcach. Publiczne media zalewają informacjami o Niemcach i Sowietach, którzy (raczej) byli odpowiedzialni za te zbrodnie, nie tyle nawet ignorując ustalenia Instytutu Pamięci Narodowej, co (mniej lub bardziej oficjalnie) dyskredytując je chociażby poprzez (mniej lub bardziej wyraźne) promowanie idei ponownej ekshumacji w Jedwabnem, która ostatecznie ma potwierdzić niemiecką odpowiedzialność za ten mord.

Uzbrojeni w łopaty, kilofy, nie będą jednak szukać w ziemi prawdy. We wnętrznościach naszej wspólnej Matki Ziemi nie znajdą oczyszczenia. W popiołach pogrzebią to, co wielkim wysiłkiem udało się dotąd oczyścić.

 

W Ziemi Świętej sprawiedliwi

sadzą drzewka zieleni się

Święty Gaj młody las

drzewa rosną do światła

święty las poruszył się

idzie na spotkanie

z młodzieżą świata

narody skrzętnie przeliczają

swoich zabitych zamordowanych

zagazowanych okaleczonych

żywcem pogrzebanych powieszonych

dodają odejmują

mnożą dzielą ważą

 

Z jednej strony Polska dba o Ogród Pamięci w Yad Vashem, starannie go podlewając, z drugiej tworzy własny sad owocowy w otwartym w marcu 2016 roku Muzeum Polaków Ratujących Żydów w Markowej na Podkarpaciu. W sadzie będziemy pamiętać o Żydach uratowanych przez Polaków. Na pierwszy rzut oka wszystko w Markowej wydaje się całkiem naturalne: skoro mówimy o bohaterach, dlaczego mielibyśmy przytłaczać ich heroiczność antybohaterami?

Przede wszystkim powinniśmy to robić dlatego, że antybohaterowie w Markowej, w okolicach i, niestety, w znacznej części kraju, stanowili najważniejszy kontekst, bez którego myślenie o Zagładzie jest mocno wykoślawione. To nie tylko kontekst wojennych pogromów, takich jak ten w Jedwabnem, ale historia około ćwierci miliona Żydów, którym niemal niemożliwie było znaleźć schronienie poza murami gett.

Jak pisał Szymon Datner, historyk działający w Głównej Komisji Badania Zbrodni Hitlerowskich w Polsce: „Holokaust Polaków nie obciąża. Była to robota niemiecka i niemieckimi rękami została wykonana. Z całą stanowczością muszę stwierdzić, że ponad 90 procent tej straszliwej, morderczej pracy Niemcy wykonali bez jakiekolwiek udziału Polaków […] natomiast rzeczywistym, jeśli mi tak wolno wyrazić, problemem dla Polaków było około dwieście-dwieście pięćdziesiąt tysięcy Żydów, którzy próbowali się uratować”. Może jedna piąta spośród nich dotrwała końca wojny. Co stało się z resztą? Gdzie w polskiej pamięci historycznej ukryło się około dwieście tysięcy Żydów?

„Czyśmy im solidarnie pomogli?” – pyta Błoński – „Ilu z nas uznało, że to nie ich rzecz! Byli też tacy (pomijam zaś zwykłych zbójców) co się po cichu ucieszyli, że Hitler załatwił nam „problem” żydowski… Nie umieliśmy nawet powitać i uszanować niedobitków, cóż z tego, że rozgoryczonych, zbłąkanych, może i dokuczliwych”.

 

żywy las sprawiedliwych

podchodzi

pod świątynie złotego cielca

pod banki i kamienieje

z sejfów i skrytek

z pancernych kas

sączy się trupi jad

czyste jak łza złoto

zamienia się w padlinę

szczerzy zęby

i znów zaczyna się liczenie

 

Lepiej, żeby las nie podszedł zbyt blisko. Za każdym drzewem, niezależnie czy sadzonym w Yad Vashem czy w Markowej, stoją ludzie. Im bardziej będziemy ich ignorować, tym bliżej podejdą i opowiedzą swoją historię. Historię piekła, przez jakie musieli przejść ratujący i ratowani, żeby ocalić innych i siebie. Część z nich zna też historię zaginionych dwustu tysięcy. Jest się czego bać.

 

PS.

jaki to długi wiersz! I tak się

dłuży dłuży czy to „mistrza” nie nudzi

czy nie można tego zmieścić

w japońskim haiku? Nie można.