Der szwarcer jungermanczik (rozdział VII)

POCZĄWSZY OD „CHIDUSZU” 8/2019 PUBLIKUJEMY W ODCINKACH PIERWSZE TŁUMACZENIE NA JĘZYK POLSKI POWIEŚCI JANKEWA DINEZONA DER SZWARCER JUNGERMANCZIK (CZARNY MŁODZIENIASZEK). POWIEŚĆ, PO OPUBLIKOWANIU W 1877 ROKU, STAŁA SIĘ PIERWSZYM JIDYSZOWYM BESTSELLEREM – losy Rozy i Józefa przeżywano w wielu żydowskich domach [CZYTAJ WIĘCEJ O AUTORZE POWIEŚCI]. CHOĆ DO NIEDAWNA ZAPOMNIANY, JANKEW DINEZON BYŁ SWEGO CZASU JEDNYM Z NAJWAŻNIEJSZYCH PISARZY JIDYSZ. PO ŚMIERCI SPOCZĄŁ WRAZ Z PRZYJACIÓŁMI – PERECEM I AN-SKIM – W JEDNYM GROBOWCU NA CMENTARZU ŻYDOWSKIM W WARSZAWIE.

Poniżej prezentujemy siódmy rozdział „Czarnego młodzieniaszka”, kończący pierwszą część powieści. Dalsze perypetie Józefa i Rozy publikujemy w kolejnych wydaniach „Chiduszu”, począwszy od numeru 3/2020.

 

1. PÓŁNOC W BESMEDRESZU

2. LIST

3. CZARNY MŁODZIENIEC

4. GOŁDA

5. BOGOBOJNE KOBIETY

6. JÓZEF I MOSZE SZNEUR

7. Józef i Roza

 

Józef wyszedł na korytarz i natknął się na Gołdę, która właśnie opłacała furmana, stojąc przy lampie. 

– Ty, Józefie? – powiedziała na widok młodzieńca. – Tak późno, a ty nie śpisz?

– A która jest godzina? – zapytał Józef.

– Prawie pierwsza. Zatrzymała mnie rodzina państwa młodych. Mnie na chwilę, ale Rozy w ogóle nie chcieli wypuścić. 

– Dobry wieczór, Józefie – powiedziała dziewczyna z głębi korytarza, gdzie czekała na matkę. – Proszę dać mi rękę, jest ciemno.

– Ja sam siebie ledwo widzę, a co dopiero panią – odrzekł Józef i podał Rozie dłoń. Poprowadził ją do pokoju i więcej już się nie odezwał. Gołda opowiadała Fridmanowi, jak dumna była z Rozy, bo choć na weselu bawiło się wielu wykształconych ludzi z dobrych domów, to jej córka z łatwością ze wszystkimi rozmawiała i wszyscy się nią zachwycali.

– Czy muszę tego słuchać? – pomyślał Józef. – Ludzie nie mają za grosz wyczucia. Wiedzą przecież, co się stało z Rozą i jej zachowaniem wobec mnie, a mimo to wychwalają ją pod niebiosa, sypiąc mi sól do rany.

Myśli Józefa zostały przerwane przez Rozę, która wyszła ze swojego pokoju i z radosną miną powiedziała:

– Raz jeszcze dobry wieczór! O czym panu najpierw opowiedzieć? O panu młodym czy o jego rodzinie?

– Mnie to obojętne. Nie mój pan młody, nie moja panna młoda. Dobranoc, Rozo. Proszę mnie zostawić, mam ważniejsze, to znaczy bliższe mi rzeczy.

– Nie wypuszczę pana, Józefie. Musi pan wysłuchać, jakim człowiekiem jest nowożeniec: wykształcony, długo ze mną rozmawiał i bardzo mi się spodobał. Mądry, przystojny – Józefie, jest podobny do pana, bardzo podobny! A jaką ma rodzinę! Ich towarzystwo to sama przyjemność. Bardzo dobrze się bawiłam. A teraz proszę posłuchać, jak miła jest panna młoda. Taka para, naprawdę, jakby byli dla siebie stworzeni. 

– Dość, Rozo, proszę mnie nie męczyć tematami, o których nie chcę słuchać.

– Nie, nie puszczę pana, muszę jeszcze opisać pannę młodą, żeby mi pan powiedział, kogo panu przypomina.

– Nie musi pani mi jej opisywać, Rozo. Znam ją być może nawet lepiej od pani. Bardzo proszę mnie zostawić.

– Skąd ją pan zna? – chciała wiedzieć dziewczyna. – Józefie, może zna ją pan z Kurlandii? Czy też stąd? Nie, myli się pan, nie może pan znać ani jej, ani jego.

– Znam ją, powtarzam pani. Proszę mnie zostawić, Rozo, czemu się pani tak mnie uczepiła?

– Dlaczego jest pan dziś taki nie w humorze? Nie puszczę pana z miejsca, musi mi pan powiedzieć, skąd pan zna pannę młodą.

– Skoro się pani upiera, to pani powiem. Byłem kiedyś u nich w domu. I nie wiadomo skąd, nagle otrzymałem od niej list. Boże, jaki list! Jak słodka i miła była mi jego treść, choć przekazała mi go przez nieprzyjaciela. List zaś, który innego razu przekazała mi osobiście, był zimny i gorzki. Nie znałem jej wcześniej, jego treść otworzyła mi jednak oczy. Okazało się, że ów nieprzyjaciel jest mi jak brat. To on mi wszystko wyjaśnił. Nie! Nie mam do niej żalu, to dobre dziecko, choć niezbyt mądre. Nie musiała mi pisać takiej megili, wypełniłbym jej prośbę od razu. Po co opowiadała mi tę długą historię, o której nie miałem pojęcia? Wystarczy, Rozo! Obiecała mi pani przyjaźń, proszę więc dotrzymać słowa i mnie puścić.

– Kiedy coś panu obiecywałam? Kiedy rozmawiałam z panem o przyjaźni, Józefie? Chyba myśli pan, że rozmawia z tamtą panną młodą… Co ja mówię? Mamo, spójrz, Józef źle się czuje i nie chce ze mną rozmawiać. Proszę poczekać. Zapamięta mnie pan z dzisiejszego wieczoru – powiedziała Roza i obróciła się na pięcie. – Dobranoc! – dodała na odchodne.

– Żegnam! – odparł mężczyzna.

– Co ci jest, Józefie? – spytała Gołda. – Czemu jesteś dziś taki zmartwiony? Pewnie spałeś, a my wyrwałyśmy cię ze snu. Znam to uczucie, gdy śpi się kilka godzin, a potem nagle budzi się ze złym humorem. Wypij herbatę, bo samowar stygnie. Kuźma robi się leniwy, zawsze go proszę, by pilnował samowaru, lecz na próżno.

– Spałem, ale obudziłem się już dawno. Mam jednak dreszcze, proszę wybaczyć, ale muszę iść. Mam jeszcze coś do napisania.

– Nie jestem przecież Rozą – odparła matka. – Już ona się z tobą policzy. Szkoda, że Ruchamke już śpi, pewnie by cię rozweseliła. Roza jest zresztą trochę jak Ruchamke. Czy można mieć pretensje do dziecka o to, że je radość rozpiera? Że cieszy się z szacunku, jakim darzono ją w dobrym towarzystwie? Nie gniewaj się, Józefie – dodała Gołda.

Mężczyzna poszedł spać. Kobieta pokrzątała się jeszcze, jak na dobrą gospodynię przystało, odmówiła kriszme[1], aż w końcu także położyła się spać.

W domu zapadła cisza. W Józefie wrzało. Długo siedział, oparłszy głowę na dłoni, i raz po raz czytając list, który przyniosła mu Roza.

– Czy dziewczyna z tego listu to ta sama, która napisała tamten wcześniejszy? – zastanawiał się. – Może jest tak, jak mi się wydaje, i to nie jest jej pismo? Wie o tym liście, bo sama mi go przyniosła, lecz może napisał go ktoś inny? To pismo wydaje mi się bardzo podejrzane, a tym bardziej zimny ton tego listu. To nie jest styl Rozy!

Ale czyż nie jest niemądra, a do tego zła, że tak ze mną igra, tak mi sypie sól do rany? Czy to wypada tak się przede mną chwalić narzeczonym? I tak się ze mnie naigrywać, dopytywać, skąd ją znam? Rozo, nie chcę powiedzieć, kim jesteś. Jesteś porządnym dzieckiem, dobrym, szczerym stworzeniem. Pamiętam cię jako sumienną i pracowitą, nie jesteś przecież okrutna, nie igrałabyś z uczuciami tak bezwzględnie! Och, nie wierzę, żebyś tak dobrze wiedziała, co się ze mną dzieje!

Bądź szczęśliwa! Tego ci życzę z całego serca. Jestem przecież głupcem. Jakie niby mam prawo do ciebie? Czy cię kupiłem, czy ktoś mi ciebie dał? Jesteś przecież wolna, a ja jestem nikczemnikiem, że się tak złoszczę i tak się do ciebie odniosłem. Nie miałem prawa, jestem tutaj przecież tylko zatrudnionym nauczycielem. Byłem jedynie próżniakiem na przedmieściu. Czy to niby źle, że wolisz człowieka wykształconego, posiadającego trzy tysiące rubli, ode mnie?

Rozmawiałaś ze mną mądrze, odważnie, jak kobieta doświadczona. Pojęłaś wszystko i napisałaś mi list. Zrobię tak, jak radzisz, i stanę się naprawdę człowiekiem. Nie podoba ci się powód, dla którego się tu znalazłem – dobrze, że mi to powiedziałaś. A czy mnie on się podoba? Znasz tylko jeden, moja przyjaciółko. Ja natomiast znam dwa. Wiem, że mam podcięte skrzydła, że nie potrafią mnie unieść. Są związane miłością do rodziców, lecz przede wszystkim słabym charakterem.

Naprawdę jestem jak szmata. Cóż ze mnie za człowiek? Ale dość tych myśli, Rozo. Jutro poproszę cię o wybaczenie i podziękuję ci za radę – pozostanę twym bratem, jak zamierzałem od początku.

Józef zasnął dopiero rano. Łzy płynęły mu z oczu, lecz ich nie czuł, gdyż serce pękało mu z bólu. Wyobrażał sobie dzień, w którym ujrzy Rozę z innym. Mówił sobie jednak: 

– Nie kocham jej już jak brat. Dotychczas nie znałem tego uczucia i sam się oszukiwałem. Pełznąłem jak ślepiec coraz dalej i dalej w głąb niebezpiecznego ogrodu. Może powinienem był bardziej uważać? Bardziej ukrywać to, co do niej czułem, ażeby nikt nie zauważył? Teraz jednak muszę wypić to piwo, którego nawarzyłem. Teraz wiedzą już wszyscy. Roza zaś wie najlepiej ze wszystkich. I ciężko, bardzo ciężko będzie spojrzeć jej w oczy. Ale to nic. Sam jestem sobie winien. Najwyraźniej niedostatecznie dobrze kryłem się pod moją maską.

I z tą myślą Józef wstał wreszcie, lecz przekrwione oczy zdradzały jego łzy i nieprzespaną noc.

 

* * *

[1] Kriszme (jid.) – odmówienie modlitwy Szma Israel (Słuchaj, Izraelu) [przyp. tłum.]

 

 

Oryginalny tytuł powieści:

 הנאהבים והעימים, אָדער: דער שוואַרצער יונגערמאַנטשיק 

(Ha-neehawim weha-neimim, oder: Der szwarcer jungermanczik)

w dosłownym tłumaczeniu brzmi: Ukochani i mili albo Czarny młodzieniaszek