Der szwarcer jungermanczik (rozdział VI)

POCZĄWSZY OD „CHIDUSZU” 8/2019 PUBLIKUJEMY W ODCINKACH PIERWSZE TŁUMACZENIE NA JĘZYK POLSKI POWIEŚCI JANKEWA DINEZONA DER SZWARCER JUNGERMANCZIK (CZARNY MŁODZIENIASZEK). POWIEŚĆ, PO OPUBLIKOWANIU W 1877 ROKU, STAŁA SIĘ PIERWSZYM JIDYSZOWYM BESTSELLEREM – LOSY ROZY I JÓZEFA PRZEŻYWANO W WIELU ŻYDOWSKICH DOMACH [CZYTAJ WIĘCEJ O AUTORZE POWIEŚCI]. CHOĆ DO NIEDAWNA ZAPOMNIANY, JANKEW DINEZON BYŁ SWEGO CZASU JEDNYM Z NAJWAŻNIEJSZYCH PISARZY JIDYSZ. PO ŚMIERCI SPOCZĄŁ WRAZ Z PRZYJACIÓŁMI – PERECEM I AN-SKIM – W JEDNYM GROBOWCU NA CMENTARZU ŻYDOWSKIM W WARSZAWIE.

PONIŻEJ PREZENTUJEMY szósty ROZDZIAŁ POWIEŚCI.

 

1. PÓŁNOC W BESMEDRESZU

2. LIST

3. CZARNY MŁODZIENIEC

4. GOŁDA

5. BOGOBOJNE KOBIETY

6. Józef i Mosze Szneur

 

Choć Józef starał się odpędzić od siebie wszystkie gorzkie myśli o Mosze Szneurze i wrażenie, jakie ten na nim wywarł, to wciąż trochę się go obawiał i bardzo go to niepokoiło. Zauważył bowiem, że Mosze coś knuje: niegdyś nazywał go próżniakiem, za co Józef nawet się nie obrażał, teraz jednak woła na niego Josefke. „Mój Josefke”. A Józef wyczuwa w tym imieniu dużo więcej jadu niż w słowie „próżniak”.

– Och, chciałbym – ba, byłbym szczęśliwy, gdybym mógł teraz powrócić do mojego poprzedniego stanu… do spokoju, do szczęścia… i nawet zostać ponownie próżniakiem! – mówił sobie Józef. – Choć wtedy też nie byłem spokojny. Różne myśli kłębiły się w mojej głowie. Mierziło mnie, że widzę, jak moje młode lata obracają się wniwecz, jak pogrążam się w Gemarze i jak nie potrafię się wyrwać z tego położenia. Nie wiedziałem też, jak zadowolić rodziców, którzy nade wszystko chcieli, bym został rabinem. Te myśli nie dawały mi spokoju. Płakałem nad losem innych ludzi. Dlaczego nie rozumieli tak dobrze jak ja, co jest słuszne, godne i pobożne? Dlaczego musiałem ukrywać się z tą wiedzą i nie mogłem robić tego, co uważam za dobre? Musiałem oszukiwać siebie i innych, i iść ich ścieżką, choć dla mnie była ona ciemna i śliska, ciasna i kręta. Żyłem, jakbym był zakuty w kajdany, nosząc na twarzy maskę i licząc się wyłącznie z tym, co ludzie powiedzą. Tak, to mi ściskało wówczas serce, a i dziś ściska jeszcze. Bo gdyby nie pętające mnie łańcuchy, wiedziałbym, Boże, jak przyjąć Twój dar! Wtedy byłbym szczęśliwy, podwójnie szczęśliwy. 

Tak, człowiek musi ugiąć się pod jarzmem, które ciąży na całej ludzkości, czy to dlatego, że nie ma wyjścia, czy z własnej woli. Naturą człowieka jest przeciwstawianie się naturze. Woli chodzić w galoszach i ryzykować przeziębieniem i tego typu rzeczami, niż iść boso, jak go natura stworzyła, i nie bać się takich niebezpieczeństw. I ja też jestem jednym z tych, którzy są przeciwko naturze, choć nie z własnej woli. Tak już jest na świecie, a ja noszę tylko część tego ciężaru. Tak sobie mówiłem, to mnie pocieszało. 

Och, ale teraz! Teraz mam swoją własną ranę, przez którą tylko ja cierpię. Nie mam chwili spokoju, nie śpię nocami, a przez to myśli mi się plączą i jestem nieprzytomny w dzień. Tylko jedną rzecz mam w głowie. Jaką?… Nie! Tego nawet sam przed sobą nie przyznam, choć jestem ze sobą szczery i wiem, co czuję. Gdzie są moje książki? Wracam do pracy. Wiem jeszcze, czym się leczyć, mam jeszcze czas!…

Od tego czasu Józef się zmienił. Czuć było, że stał się inny. Uczył się dużo i coraz pilniej, w towarzystwie zaś widywano go tylko podczas posiłków lub gdy od czasu do czasu wychodził do sadu. Sad ten należał do Fridmana i choć nie był szczególnie zadbany, to był duży i pełen wysokich drzew. Czasem Józef czytał tam coś domownikom, by jego odosobnienie nie rzucało się aż tak w oczy, lecz nie dość, że zdarzało się to rzadko, to jeszcze czynił to z wyraźnym chłodem. Lecz na niego te spotkania działały jak lekarstwo, więc nie zastanawiał się za bardzo, czy domownicy zauważyli w nim zmianę, czy nie.

Osobą, która doskonale to dostrzegała, był Mosze Szneur. Ponieważ dobrze znał Józefa, zrozumiał, co się z nim dzieje. Szczególnie zwróciło jego uwagę to, że Józef bardziej się do niego zbliżył i starał się przezwyciężyć swoją uprzednią niechęć – wcześniejsze współczucie chciał zastąpić serdecznym współżyciem.

Pewnego dnia, siedząc w swoim pokoju nad książkami, Józef z zaskoczeniem znalazł w Gemarze karteczkę z następującą treścią: 

 

Nie wiesz, że ściany mają uszy, a niebo i ziemia mają oczy. Myślisz, że nikt nie wie, lecz wiedzą wszyscy. Piszę Ci w imieniu teścia, który chciał Cię w niesławie przegnać. Lecz Bóg mi świadkiem, jestem Ci wierny i nie dopuściłem do tego. Moja rada, Józefie, jest taka: udawaj, że nic nie wiesz, strzeż się, by nikt nie zauważył zmian w Twoim zachowaniu, a jednocześnie spróbuj wydostać się z domu teścia. Taki człowiek jak Ty z łatwością znajdzie posadę w mieście. Po cóż masz siedzieć w domu, w którym jesteś niemile widziany i do którego nie pasujesz, i czekać, aż Ci każą iść precz? Oni są ze starego świata i uważają uczucia za hultajstwo i wielką obrazę. Nie mogę Ci więcej pisać, Józefie, błądzisz. Bóg świadkiem mojego oddania Tobie –

Mosze Szneur

P.S. Jeśli chcesz, to możesz przyjść do mnie dziś wieczorem. Wszystko Ci wyjaśnię.

 

Józefowi pociemniało przed oczami, gdy to przeczytał. Szepnął sam do siebie: – I kto jest temu winny? Ja? Tak, ja sam! No dobrze, w takim razie jeszcze dziś ucieknę, gdzie mnie oczy poniosą.

Długo siedział z głową ukrytą w dłoniach, pogrążony w rozpaczy i ciężkich myślach. Nie wiedział, co postanowić. Już-już chciał zebrać swój niewielki dobytek i odejść, lecz wtedy błysnęła mu w głowie myśl o skandalu, jaki by to wywołało. 

– Boże, gdzie ja mógłbym się po czymś takim pokazać? Przecież każdy będzie mógł sobie pomyśleć o mnie, co tylko zechce. I czy mogę jej to zrobić? Temu niewinnemu aniołowi? Tak zhańbić jej najpiękniejsze i najczystsze imię? Czyż ona jest winna temu, że nie umiałem utrzymać na twarzy maski, że w oczach widać było moją mękę? Czyż mogę tak potraktować tych niewinnych ludzi? O Boże, dlaczego pokierowałeś mnie na tak złą drogę? Głowa mi pęka na samą myśl o tym, że Gołda, ta wspaniała kobieta, tak mi oddana, mogłaby pomyśleć, że ją obraziłem, odpłacając się hańbą i zamętem za jej dobro.

Zrobiło się późno. Gołda znalazła Józefa pogrążonego w myślach, przynosząc mu, tak jak zazwyczaj, filiżankę herbaty. 

– Józefie, Gemara nie ucieknie, wypij! Herbata ci wystygnie – powiedziała Gołda, nim wyszła.

– I jeszcze jest dla mnie taka dobra – powiedział Józef do siebie. – Jakież oddanie słychać w jej głosie. I to wobec niej miałbym się zachować tak niewdzięcznie? Boże, Boże, spraw, żeby choć ta dobra kobieta znała prawdę! 

Nie wypił herbaty, pił jedynie swoje łzy, spływające mu z oczu.

Było już dość ciemno, lecz Józef nadal siedział jak przykuty do krzesła i bił się z myślami. Nie zauważył, jak Roza weszła do pokoju, i zatrzymawszy się przy drzwiach, patrzyła na niego wesołym, miłosnym spojrzeniem.

– Józefie – powiedziała ciepło – czemu jest pan taki zamyślony? Proszę się nie martwić, pana statki nie zatoną.

– Rozo, proszę wybaczyć, nie zauważyłem pani.

– Zawsze tak się jakoś dzieje, że pytam pana, o czym myśli. Proszę wybaczyć, Józefie. Od tej pory przestanę być ciekawska, tylko nauczę się zgadywać, nad czym pan duma. Nie będę więcej pytać.

– Rozo, Rozo – rzekł Józef – muszę pani coś powiedzieć.

– Nie teraz, Józefie. Wybieram się na wesele, dorożka już czeka. Zostałam poproszona o przekazanie panu tego listu osobiście. Proszę, niech mi pan nie ma tego za złe. Do widzenia!

Podała Józefowi rękę i wyszła. Mężczyzna patrzył, jak wsiada do dorożki, w której czekała już matka, i obie odjechały.

– I tobie też, boskie stworzenie, miałbym okazać niewdzięczność? – szepnął Józef. – Od ciebie, niewinny aniele, dziecko światła, od ciebie miałbym uciekać?… Uciekać. Lecz dokąd? Gdzie mnie nie dosięgną twoje świetliste promienie? Gdzie nie spotkam twojej miłości, słodkich uśmiechów, przyjemnego głosu? Och, Rozo! Zamieszkałaś w moim sercu, a ja chcę uciekać jak ranny jeleń ze strzałą w boku! Mówisz, że sama chciałabyś potrafić odgadywać, co myślę? Cóż, próbuj więc, wiedz, co się teraz we mnie dzieje. A potem przyjdź i poradź mi, co mam robić.

Józef zupełnie zapomniał o liście. Dopiero gdy późną nocą zapalił świecę, dojrzał kopertę. Była zaadresowana do niego. Nie był to list przesłany pocztą. Otworzył go i zaczął czytać:

 

Drogi przyjacielu Józefie!

Jako osoba światła zrozumie Pan moje położenie i poczuje to, co ja czuję, pisząc te linijki. Lecz człowiek nie decyduje sam o sobie i nie wszystko, co chwilowo wydaje się dobre, okazuje się dobre na zawsze…

Proszę mi wierzyć, czuję do Pana jak najsilniejsze przywiązanie. Otwarcie Panu mówię, że ma Pan miejsce w moim sercu, że myśli moje często są przy Panu i gdyby to ode mnie zależało, nie miałabym wątpliwości, co zdecydować. Józefie, ja też mam przecież serce i czucie, i wiem, co to miłość…

Lecz zależna jestem od woli rodziców. Oni potrafią lepiej rozpoznać i wybrać za mnie moje przyszłe życie. I ja muszę i chcę być im posłuszna! Z pewnością pocieszy Pana Pańska praworządna natura. Nie stracił Pan oddania moich rodziców, a moja przyjaźń z Panem także pozostanie niezmieniona!…

To, czego ja chcę – i o co jest mi Pana okropnie ciężko prosić – to rzecz następująca: bardzo proszę znaleźć sobie inną posadę lub inne powołanie. Zaklinam Pana, niech Pan opuści nasz dom i oszczędzi nam obojgu bólu i cierpienia. Proszę, niech Pan chroni nasze imię przed złymi językami.

Józefie, czy muszę Panu przypominać, że nie podoba mi się powód, dla którego przybył Pan do naszego domu?

Jest Pan młody i rozumny, dość tego! Niech Pan stąd odejdzie, stanie się człowiekiem. Widzi Pan przecież, że gdy człowiek zechce, to się może wszystkiego nauczyć. Nawet ja, dziewczyna z przedmieścia, to wiem.

Niech Pan będzie zdrów i szczęśliwy. Bardzo proszę, niech Pan mi nie odbiera swojej przyjaźni. I cokolwiek Pan zdecyduje zrobić, niech Pana decyzja nie będzie zbyt gwałtowna. Proszę, niech Pan chroni nasze imię!

Roza

 

– Cóż to jest za dzień! – powiedział Józef do siebie. – Najwyraźniej wisząca nade mną chmura postanowiła się wreszcie rozerwać i zniszczyć mnie całkowicie. Czy to już wszystko, czy coś jeszcze mnie czeka?

– Niemądra Roza – mruknął, patrząc na list. – Nie musiała pisać takiej megili. Nie musiała mi też mówić, że mnie kocha, w tej samej chwili, w której się ode mnie odwraca. Nie skupiałem się na tym, co ona myśli, miałem dość pracy z własnymi problemami! Nie prosiłem jej o takie odkrycie się przede mną. Wybacz jej, Boże, tę głupotę, te rany mi zadane! Dobrze, dobrze, właściwie się z tego cieszę, to mi daje siłę. Teraz wiem, co miała na myśli, mówiąc: „Nauczę się nie być ciekawską i sama zgadywać pana myśli”. Rozumiem, dlaczego się spieszyła. Mówiła: „Nie chcę teraz słyszeć tego, co masz mi do powiedzenia”.

Chłód i zimno, które biją z jej listu, przyprawiają mnie o dreszcze. Ona chce, bym sobie kawałek po kawałku wyrywał serce, męczył się w nieskończoność, aż się uwolnię. Nie! Tego zrobić nie mogę – to musi się stać raz, a dobrze! 

Z tymi słowy poderwał się i pobiegł do Mosze Szneura. Jego policzki płonęły, a oczy pełne były łez, lecz najbardziej bolało serce.

Lejke, siostra Rozy, przyjęła go przyjaźnie i ciepło.

– Józefie! Już dawno nie miałam zaszczytu gościć pana w domu. Proszę mi wierzyć, jestem bardzo zadowolona, że nie pojechałam na wesele, na które byłam zaproszona. Serce mi podpowiedziało, że będę miała miłego gościa. Musi pan zostać moim dobrym przyjacielem, serce mi tak mówi, choć mój mąż nie ceni pana dostatecznie wysoko.

– Tysiąckrotne dzięki – odrzekł Józef. – Serce jest jak zegar i czasem coś zapowiada. Jeśli czuje pani, że jestem pani przyjacielem, to proszę przyjąć zapewnienia, że tak właśnie jest, ja bowiem czuję to samo. Pani mąż także jest mi bardzo bliski, nie zawsze tylko rozumiem, jak odbierać jego przyjaźń. Nie jest mi jednak wrogiem.

– Józefie, czy jest pan chory? Głos panu drży i mówi pan jakby z bólem.

– Byłem dotychczas trochę niezdrów, lecz teraz zaczynam dochodzić do siebie.

Mosze Szneur jadł w tym czasie kolację w swoim pokoju i słyszał to, co mówił Józef. Otworzył drzwi i zawołał go do siebie:

– Usiądź, Józefie.

Do stołu, przy którym jadł, przystawił drugie krzesło. 

– Dawno cię u siebie nie widziałem, a niegdyś bywałeś u mnie niemal co noc!

– Tak to już jest, drogi przyjacielu – odparł Józef. – Gdy jest nam dobrze, zapominamy o przyjaciołach – przypominamy sobie o nich, gdy jest nam źle. Było mi zbyt wygodnie i błogo, lecz dzięki Bożej łasce zdążyłem przybiec z powrotem do moich przyjaciół, nim zrobiło się naprawdę źle.

– Dziękuję ci, drogi Józefie, że nadal uważasz mnie za swojego przyjaciela. Cieszę się, że o mnie pamiętałeś. Powiedz jednak prawdę: czy rzeczywiście myślisz o mnie jako o przyjacielu? I czy mi wierzysz? Czy mówisz to tylko dla przyzwoitości? Lejke! – zawołał nagle tonem gospodarza wołającego służących. – Wyjdź na chwilę, muszę porozmawiać z Józefem!

– Józef jest tak samo moim gościem, jak i twoim – odpowiedziała żona. – Cóż to za sekrety chcesz z nim omawiać?

– Wyjdź, mówię! – krzyknął mężczyzna i łypnął na nią wściekle.

Lejke zrozumiała, że nic nie wskóra, i wyszła. Mosze Szneur zamknął za nią drzwi. Zostali z Józefem sami.

– Pytam cię, Józefie, czy uważasz mnie za przyjaciela, czy nie?

– Mosze Szneurze, jestem człowiekiem uczciwym i mówię to, co mam na sercu! Nie znam cię! Pytasz mnie, czy ci wierzę, ale kim dla mnie naprawdę jesteś? A cóż się ze mną dzieje?! Sam nie rozumiem, dlaczego, ale boję się ciebie, nie obraź się. Ale zlituj się nade mną, jest mi tu źle, widzę, że coś zaczyna się dziać wokół mnie, przeze mnie, a ja nie wiem, dlaczego. Nie znajduję w sobie żadnej winy, Bóg mi świadkiem!

– Złodziej też się boi, nawet gdy jest winny. A niedoświadczony złodziej boi się samej myśli o kradzieży. Którym z nich jesteś ty, Józefie?

– Żadnym! – zawołał Józef. – Ani nie pomyślałem, ani nie zrobiłem nic nieuczciwego. Czego ode mnie chcą? Za kogo mnie tu uważają?

– Józefie, wierz mi, przysięgam ci na moją żonę i dziecko, na wszystko, co jest mi drogie, że jestem ci oddany jak brat. Nie uważają cię tutaj, broń Boże, za nieuczciwego, choć nie chcę mówić w imieniu wszystkich. Ja zaś nie postrzegam twojego czynu jako przewiny. Sam też byłem zakochany. Na dodatek łatwo i zupełnie naturalnie jest zakochać się w Rozie… Jak daleko z nią zaszedłeś? Powiedz mi prawdę, czyż jej nie uwiodłeś, nie usidliłeś?

– Mosze Szneurze, mówię ci prawdę. Kocham Rozę bardzo, ale przez myśl by mi nie przeszło…

– Kłamiesz – przerwał mu Szwarcer. – Czy twierdzisz, że Roza nigdy z tobą nie rozmawiała i że ty nie wyjawiłeś jej swoich uczuć? Józefie, szedłem za tobą krok w krok jak dobry przyjaciel i wszystko widziałem. Jesteście w sobie zakochani, wiem to na pewno! I to właśnie spowodowało tę całą burzę, to właśnie dlatego napisałem do ciebie notatkę – żeby móc cię jak brata wyprowadzić za rękę z tego domu, żebyś uciekł przed grożącym ci nieszczęściem!

– Mosze Szneurze, czy wierzysz, że jest Bóg? Przysięgam na Jego imię, że nie popełniłem grzechu, o którym mówisz. Od Rozy nie usłyszałem ani słowa o miłości lub o czymkolwiek, o co mnie podejrzewasz. A tym bardziej ja nie rozmawiałem z Rozą ani nie dałem jej, broń Boże, niczego odczuć!

– Wiem o wszystkim! Wiem o wszystkim! – upierał się Mosze Szneur.

– Nie rozumiem, o czym mówisz!

– A liściki, które sobie piszecie? Możesz mi to wyjaśnić?

– Mosze Szneurze, widzę, że chcesz mnie wziąć na spytki. Nie jestem taki głupi. Jeśli to przez ciebie bądź kogokolwiek innego twoi teściowie mnie podejrzewają, to chcę ci tylko powiedzieć, że jestem niewinny! I nic mnie tak nie boli, jak to, że mają mnie za niewdzięcznika.

– Na co te sztuczki? – zapytał Mosze Szneur. – Widzisz to pismo? Poznajesz je przecież. Kto to niby napisał? Czy to nie jest list od Rozy? Wyciągnięto go z twojej kieszeni, gdyż krążą już o was plotki. Wierz mi, ja jeden kocham cię jak brata i dlatego ci to mówię.

Józef sięgnął po list. Była to podarta kartka papieru, którą Mosze Szneur wcześniej skleił i podał teraz Józefowi do czytania.

 

Kochany Józefie!

Weź ten list, tak jak wziąłeś moje serce. Józefie, ledwo mogę pisać, wstydzę się przed samą sobą, że to czynię – ale nie zaznam spokoju, muszę Ci powiedzieć, że Cię kocham. To, jak mówisz, kochany i słodki sposób, w jaki czytasz – to wszystko jest dla mnie jak gwiazdy na niebie. Józefie, Ty jeden jesteś moim słońcem. Och, czemu tak kwieciście piszę? Czemu używam obcych słów? Józefie, tylko o Tobie myślę. Kocham Cię… Dziesięć razy już pisałam Ci takie liściki i dziesięć razy je darłam. Bóg widzi, jak szalone słowa tu piszę, piszę nie w pełni sił. Jestem dzikuską i nie potrafię powiedzieć, co czuję – chciałabym znaleźć odpowiednie słowa, przekazać Ci moje uczucia. Józefie, odkąd Cię poznałam, jestem jak nowonarodzona. Weź ten list, jak wziąłeś moje serce!

Czuję, że tych kilka słów nie wystarczy! Marzę, żeby wiatr porwał to pismo z mojej dłoni i przekazał je Tobie, żebyś je przeczytał i oszczędził mi pierwszych trudnych chwil zapoznawania się. Dlaczegóż dzisiaj nie zdarzają się już cuda? Gdzie znajdę kogoś, kto przekaże Ci ten list? Za każdym razem, gdy chcę go wysłać, robi mi się zimno, a w sercu wzbierają mi coraz to nowe słowa, którymi mogłabym wyznać Ci miłość.

Oszalałam chyba, co ja napisałam?…

 

Więcej Józef nie był w stanie przeczytać. Papier był porwany na kawałki i udało mu się zobaczyć tylko, że dalej było napisane coś o Mosze Szneurze. Łzy popłynęły Józefowi z oczu. Spojrzał ze zdziwieniem na Szwarcera.

– Mosze Szneurze – zaczął drżącym głosem – czy to nie ty jesteś przypadkiem tym wiatrem, o którym Roza marzyła, by mi przekazał ten list? To ona pisała, widać w tym jej osobowość, ale przysięgam, że nic o tym nie wiedziałem, Bóg mi świadkiem.

– Ten list leży u mnie już od czterech tygodni. Niemożliwe, żeby od tego czasu nie pisała. Przysięgasz, że nie otrzymałeś od niej żadnej wiadomości wczoraj ani dziś?

– Dziś otrzymałem list, ale o zupełnie innej treści. To jakby nie jej słowa.

Józef podał mu list, który otrzymał od Rozy, a Mosze Szneur się roześmiał.

– Proszę bardzo! – wykrzyknął. – Mógłbyś je zawiesić na łańcuszku od zegarka. Ja rozumiem ten list. Myślisz, że pojechała z teściową na wesele, lecz tak naprawdę udały się na spotkanie z kandydatem do jej ręki. Swatają ją z chłopcem prostym, lecz bogatym – ma trzy tysiące rubli. Posłuchaj i zrozum, co tu się dzieje – powiedział Szwarcer, biorąc Józefa za rękę. – Roza jest na wpół szalona. Ty znasz ją kilka tygodni, a ja przyglądam jej się już, dzięki Bożej łasce, od czterech lat. Wiesz przecież, że przychodzi do niej wielu swatów, a mimo to wciąż nie znaleziono jeszcze narzeczonego. Teściowa zapytała ją o to niedawno, a ona jej na to: „Nie potrzeba mi żadnych swatów, ja już mam narzeczonego!”. I wybuchła płaczem. Teściowa opowiedziała mi to i poprosiła mnie o radę. Niech Bóg odpowie mi tak, jak ja jej odrzekłem: „Józef jest bardzo dobrym pretendentem na męża, niech więc się żenią”. Powiedziałem Rozie, żeby cierpliwie czekała, a z teściową poszliśmy do teścia. Nie mówiliśmy mu, że Roza cię kocha, powiedzieliśmy tylko, że nie trzeba już szukać innych kandydatów, bo znaleźliśmy najlepszego. Och, jak on krzyczał! Znasz przecież teścia, wiesz, jaki jest, gdy się wścieknie. „Jak możecie mi tak mówić?!”, krzyczał. „Prędzej mnie ziemia pochłonie, niż to się stanie!”. Cała rodzina, wszyscy goście próbowali z nim negocjować. Powiem ci bowiem, że wszystkim przypadłeś do gustu. Teść jednak krzyczał, że dopóki on żyje i może decydować o swoim dziecku, to ci jej nie odda. Przestaliśmy więc próbować go przekonywać. 

A oto pojawił się nowy kandydat, syn Borecha Balszana. Musiałbyś go poznać, żeby zrozumieć, że jest nikim. Ma trzy tysiące tysięcy rubli, a głowę pustą jak bania. Roza go zna i jest zachwycona! Uwierz mi, że się wstydzi tego, co mówiła o tobie. Ta dziewczyna jest pusta jak wypolerowany młyn, a rozsądku u niej za grosz. Dziękuj Bogu, że cię pozbawił tego zmartwienia. Radzę ci: jutro rano w besmedreszu odmów stosowne błogosławieństwo za to, że ci pomógł.

– A ja tego wszystkiego nie wiedziałem? – szepnął Józef wstrząśnięty. – Co się musi dziać na świecie, skoro w pokoju, w którym razem jedliśmy i piliśmy, tyle się wydarzyło, a ja nie miałem o tym najmniejszego pojęcia? Co mogę wiedzieć o intrygach, które się dzieją w szerokim świecie? To historia jak z Tajemnic Paryża, z Hrabiego Monte Cristo[1] i tego rodzaju powieści, które wydają się niewiarygodne i przesadzone. Że Roza, którą miałem za tak ciche i niewinne stworzenie, pod swoimi delikatnymi jak jedwab maskami mogła się tak zachować? Pokazywać mi przyjazną twarz, niewinną, udawać oddanie? Aż nie chce mi się wierzyć!

– Dowód masz w dzisiejszym liście – odparł Szwarcer. – Roza codziennie jest inna. Masz szczęście. Dziękuję Bogu, że nie pozwolił teściowi wysłuchać mojej rady. Moje sumienie nie zniosłoby widoku tego, jak ona cię niszczy. Z Bożą pomocą mam nadzieję, że ujrzę jeszcze twoje szczęście i że kiedyś będziesz cieszyć się z tego, co się dzisiaj wydarzyło. 

A teraz radzę ci: ukryj wszystko, co wiesz. Teściowa kocha cię jak syna, nic jej więc nie mów. Kazała mi przysiąc, że niczego się ode mnie nie dowiesz. Rozejrzyj się za posadą w mieście i zapomnij o Rozie. Nie jest warta twojej pamięci. Rozmyślnie napisałem ci w liście, że teść jest na ciebie zły, bo bałem się, że inaczej uznasz mnie za wroga i nie zechcesz tutaj przyjść i wysłuchać moich wyjaśnień. Ale teraz wiesz, że teść nic nie wie o liście, wszystko zachowałem dla siebie. Nikt nie przeszukiwał twoich rzeczy. Znaleziono list, ale szybko zapłaciłem i trafił on do mnie. Zrób, co mówię, Józefie! Romansowanie nic ci nie da. Szukaj miejsca gdzie indziej, szukaj posady!

– Stój, poczekaj! – dodał Mosze Szneur po dłuższej chwili ciszy. – Czekaj! Właśnie przyszło mi do głowy miejsce dla ciebie. Nie nazywam się Mosze Szneur, jeśli to się nie uda. Idź jutro do miasta, nie martw się, Józefie, nie bądź dzieckiem.

Pod oknem nagle zazgrzytały koła dorożki.

– Teściowa wróciła, musisz iść do siebie. Niech nie wiedzą, że byłeś u mnie.

– Dobranoc, jestem ci wdzięczny za te wiadomości. Wybacz, nie wiem teraz, jak ci dziękować. Dobranoc, dobry przyjacielu! – odrzekł Józef i wymknął się z pokoju Szwarcera. 

 

* * *

[1] Słynne francuskie powieści, bogate w napięcia i intrygi.

7. JÓZEF I ROZA

 

Oryginalny tytuł powieści:

 הנאהבים והעימים, אָדער: דער שוואַרצער יונגערמאַנטשיק 

(Ha-neehawim weha-neimim, oder: Der szwarcer jungermanczik)

w dosłownym tłumaczeniu brzmi: Ukochani i mili albo Czarny młodzieniaszek