Der szwarcer jungermanczik (rozdział III)

POCZĄWSZY OD „CHIDUSZU” 8/2019 PUBLIKUJEMY W ODCINKACH PIERWSZE TŁUMACZENIE NA JĘZYK POLSKI POWIEŚCI JANKEWA DINEZONA DER SZWARCER JUNGERMANCZIK (CZARNY MŁODZIENIASZEK). POWIEŚĆ, PO OPUBLIKOWANIU W 1877 ROKU, STAŁA SIĘ PIERWSZYM JIDYSZOWYM BESTSELLEREM – LOSY ROZY I JÓZEFA PRZEŻYWANO W WIELU ŻYDOWSKICH DOMACH [CZYTAJ WIĘCEJ O AUTORZE POWIEŚCI]. CHOĆ DO NIEDAWNA ZAPOMNIANY, JANKEW DINEZON BYŁ SWEGO CZASU JEDNYM Z NAJWAŻNIEJSZYCH PISARZY JIDYSZ. PO ŚMIERCI SPOCZĄŁ WRAZ Z PRZYJACIÓŁMI – PERECEM I AN-SKIM – W JEDNYM GROBOWCU NA CMENTARZU ŻYDOWSKIM W WARSZAWIE.

PONIŻEJ PREZENTUJEMY trzeci ROZDZIAŁ POWIEŚCI.

 

1. PÓŁNOC W BESMEDRESZU

2. LIST

3. Czarny młodzieniec

W krok za szczęściem podąża nieszczęście – mawiają poeci. A rozsądny człowiek dodaje: nie ma róży bez kolców. W naszej historii widzimy prawdę obu tych powiedzeń. Na nieboskłonie życia naszego drogiego Józefa jak jutrzenka pojawiło się szczęście. Lecz ledwo wzeszło słońce, już na drugim krańcu nieba zaczęły kłębić się ciężkie i ciemne chmury. O tak, to prawda, że w krok za szczęściem podąża nieszczęście. Lecz człowiek szczęśliwy tego nie dostrzega. I kto wie, czy właśnie to nie jest istotą szczęścia? Bo gdybyśmy dostrzegali w naszej radości nadchodzący smutek, nie cieszylibyśmy się ani nigdy nie bylibyśmy szczęśliwi! 

Gdyby nasz Józef otworzył oczy i zobaczył sieć tkaną dla niego pod tym samym dachem, nie dziękowałby Bogu za to, że wprowadził go do tak dobrego domu. Raczej prosiłby, ba, błagałby ze łzami w oczach, by go stamtąd wyprowadził, póki jeszcze jest czas. Lecz Józef, nie podejrzewając niczego, żył sobie szczęśliwie i błogosławił Stwórcę za dobro, które go spotkało. Nie powinniśmy jednak być okrutni i na siłę otwierać mu oczu. Pozwólmy mu się cieszyć, póki jeszcze może!

Szwagier Szneura, którego Józef z początku nawet trochę się bał, teraz, gdy już mieszkali w jednym domu, udawał jego przyjaciela. Często przychodził do Józefa i długo z nim rozmawiał o nauce. Zorientował się bowiem, że nowy mieszkaniec zna się na historii, a zwłaszcza na historii żydowskiej, o której szwagier Szneura nie miał bladego pojęcia. Nie posiadał też innych talentów Józefa, który wiedział dużo o Tanachu, po hebrajsku pisał takie wiersze, że trudno sobie wyobrazić lepsze, a nawet znał się na przyrodzie, żeby wymienić tylko kilka z jego licznych zdolności. Szwagier Szneura zorientował się więc, że może się od niego wiele nauczyć i tym samym stać się rzeczywiście tak wykształconym, jak o tym wszystkich przekonywał. Zapraszał więc Józefa do swojego pokoju i przesiadywał z nim całe wieczory. Wychwalał go przy tym za jego wiedzę, co Józefowi wcale się nie podobało. Nazywał go próżniakiem lub biedakiem, ale zawsze od razu przepraszał: – Próżniaku, bez urazy! – wołał. – Nie chcę cię, broń Boże, obrazić, ale wyleciało mi z głowy twoje imię.

– Mój drogi przyjacielu – odpowiedział raz Józef, gdy już mu zbrzydło to całe przepraszanie. – Powiedz mi, co właściwie znaczy dla ciebie słowo „próżniak”? Jeśli masz na myśli ucznia jesziwy, to dlaczego uważasz, że mogłoby mnie to urazić? Czy to coś złego, że ktoś opuszcza dom, by się uczyć? Może i wstyd być obdartusem, który siedzi w besmedreszu, ale taki jeszybotnik, który ciężko pracuje, ma dużą wiedzę – czy to też wstyd? Ktoś, kto nie ma pieniędzy i nie może wynająć kwatery, zmuszony jest mieszkać w jesziwie, ale tego przecież nie należy się wstydzić. A co ma zrobić syn, którego rodzice chcą, by się uczył? Przecież dobre żydowskie dziecko nie może sprzeciwić się ich woli. Wierz mi, gdybym miał dziecko i znalazł się w trudnej sytuacji, chciałbym, żeby zdobyło porządny zawód, a nie żeby było jeszybotnikiem. Ale cóż z tego, skoro nie każdy ma tyle rozumu. Czy mam pogrzebać moich rodziców żywcem, żeby robić, co zechcę? Bóg mi świadkiem, nie potrafię tak! Przysłowie mówi: jeśliś żołnierz, wąchajże proch. No więc jeślim ja próżniak, to muszę polubić to imię. Nazywaj mnie więc tak, jak chcesz, bardzo proszę. Imię nic nie znaczy. Należy szukać człowieka w człowieku, a nie w jego imieniu. 

– Tak uważasz? – odparł szwagier Szneura niby uprzejmie, lecz z ukrytym zamiarem. – Zapytaj lepiej, co myślą dzisiejsze dziewczęta: „Za żadne skarby próżniaka, każdy lepszy niż próżniak!” – tak mówią. Nawet szewc nie weźmie dla swej córki próżniaka. Taki ktoś zostanie co najwyżej zięciem mełameda, mężem dwudziestopięcioletniej starej panny, a później sam będzie mełamedem jak jego teść. Gdzie są ci, którzy szukają w człowieku człowieka? A właściwie sprawdź! Ogłoś, że szukasz narzeczonej i zobacz, kto będzie oferował swoje córki: rzeźnik, szewc czy też mełamed, od którego w najlepszym wypadku dostaniesz sto rubli posagu. 

– Wiedz, przyjacielu – odrzekł Józef – że po pierwsze daleko mi do szukania narzeczonej, gdyż mam dopiero siedemnaście lat. Po drugie nie jestem już właściwie próżniakiem, zarabiam przecież teraz na chleb, ucząc twojego szwagra i szwagierki. Ale do niedawna, owszem, mieszkałem w jesziwie i wcale się tego nie wstydzę. Choćby i sto osób słuchało, jak nazywasz mnie próżniakiem, w ogóle mnie to nie obchodzi.

– Sto osób może i cię nie obchodzi, lecz jedna dziewczyna owszem… – odpowiedział tamten znacząco.

Józef nie zrozumiał do końca tych słów, ale poczuł, że odpowiedź była złośliwa. Zorientowawszy się, że Roza słyszała, jak stanął w obronie uczniów besmedreszy, zmieszał się. Bronił ich, choć sam ich nie lubił. Ale wiedział, że oni nie mogą być przecież nikim innym, gdyż sytuacja im na to nie pozwalała. 

– Żydzi! Mój drogi narodzie! – mówił sobie często. – Najpierw się szczycicie jeszybotnikami, chwalicie ich, że są tak pracowici, a potem nimi gardzicie. Tak, często są to darmozjady i nieroby, ludzie bez charakteru i emocjonalne kaleki, lecz kto jest temu winien? Kto stworzył system nauki w jesziwach? Sami się kaleczycie, a potem nie chcecie nawet przyłożyć opatrunku. Smarujecie twarz sadzą i błotem, a później sami się z siebie śmiejecie.

Józef prowadził dziennik, w którym codziennie zapisywał każdą myśl, wszystko, co go poruszyło lub wywarło na nim wrażenie. Dzięki temu zauważył, że szwagier Szneura zaczął mu dokuczać. Bardzo go to dziwiło. – To przecież nie jest przypadek – myślał. – Czego on się boi? O co mnie podejrzewa? Przecież to musi być pomyłka, nic mu nie zrobiłem, a on niczego podejrzanego o mnie nie wie.

Szwarcer – bo takim mianem będziemy określać szwagra Szneura – nazywał się naprawdę Mosze Szneur. Jednak jego czarna jak u Maura twarz sprawiała, że każdy, kto widział go po raz pierwszy – a takich nie brakowało, gdyż jego teściowie chętnie podejmowali gości – od razu mówił o nim per „Szwarcer”, czyli czarny. My więc też będziemy go tak nazywać.

Mówiono o nim, że ma głowę na karku, zaś jego teść uznał go za uczciwego młodzieńca i dał mu za żonę swoją córkę. Ubrał w stroje od najlepszych krawców, a za liściki z interpretacjami pism obsypał go złotem, nie domyślając się, że napisał je nie Szwarcer, lecz jego dawny nauczyciel. Jego żona była kobietą cichą, niezbyt mądrą i staroświecką. Wstydziła się wyrazić to, co czuła, i zgodziła się na narzuconego jej męża. Nie oceniajmy jej jednak zbyt surowo. Poznała bowiem prawdziwą naturę swojego małżonka i cierpiała w milczeniu.

Od wesela minęły trzy lata, a Szwarcer zdołał wkraść się w łaski rodziców swej żony z lisią chytrością. Fridman, jego teść, był starszym człowiekiem i nie miał już siły pilnować swoich interesów czy prowadzić ksiąg, przyuczył więc do tego zięcia. Możemy sobie wyobrazić, jakich zmartwień mu to przysporzyło. Na szczęście rodzina była bogata i nie odczuwała tego zbyt boleśnie. 

Lecz człowiekowi o takim charakterze nigdy nie jest dosyć. Szwarcer nie był wcale wdzięczny za szczęście, które go spotkało. Ciągle narzekał, że pracuje u teścia zbyt ciężko i niemal za darmo. Wszystkich członków rodziny traktował jak wrogów i zachowywał się tak, jakby ich wszystkie wydatki pochodziły z jego własnej kieszeni. Najszczęśliwszy byłby wtedy, gdyby jego teść nie miał wcale dzieci, a on, Szwarcer, został jego jedynym spadkobiercą.

– Jak pozbyć się całej tej rodziny? – powtarzał za każdym razem, gdy wprowadzał do ksiąg pieniądze dla rabina albo wydatki na odzież lub buty dla domowników.

Dreszcz przebiegłby po plecach naszego drogiego Czytelnika, gdyby poznał wszystkie czarne myśli, które kłębiły się nocami w głowie Mosze Szneura, gdy rozmyślał, jak położyć rękę na rodzinnym majątku. Nie chcemy nawet próbować ich tu opisywać, lecz będziemy je przedstawiać podczas jego spotkań z Józefem, a i to niechętnie.

Chytry Szwarcer dobrze rozumiał, jakim zagrożeniem jest dla niego nowy domownik, który cieszy się sympatią wszystkich gości, i którego teściowa traktuje tak dobrze. Widział też, jak piękny i dobry jest Józef. Jego spokojny charakter, zamyślenie i ciągła wesołość, szlachetna twarz i dobro, przyjazność i ufność – wszystkie te cechy sprawiały, że nie dało się go nie lubić, a Mosze Szneurowi spędzało to sen z powiek. Na dodatek zauważył też zmiany w zachowaniu Rozy. Widział, jak wychodzi, gdy tylko ktoś z gości zaczyna chwalić Józefa. Dostrzegł też zmieszanie na jej twarzy, gdy pewnego razu przybysz zaproponował jej spacer. Szneur zauważył, że szwagierka jednocześnie odsuwa się od niego samego. Szybko domyślił się, co z tego może wyniknąć. Józef stanął mu kością w gardle. Zaczął więc obmyślać plany pozbycia się go z domu.

– I co ja wtedy zrobię? – powiedział kiedyś do żony. – Co zrobię, jeśli ta przybłęda, która się tu czort wie, skąd zjawiła, zostanie moim szwagrem? Jeśli Roza się w nim zakocha i będzie z tego ślub? Teściowa już teraz woli jego ode mnie. Nie! Nie pozwolę, żeby Józef zajął moje miejsce w rodzinie. Nigdy się na to nie zgodzę. Poczekaj tylko, już ja mu pokażę!

– Dlaczego odmawiasz Rozie takiego męża? Czyż na niego nie zasługuje? – zapytała jego żona bez ogródek. – Przecież jest dużo lepszy od pozostałych jej adoratorów. Powiem ci prawdę – sama mam ochotę podsunąć mamie ten pomysł. Mnie on się podoba. Roza jest moją siostrą. Dlaczego miałabym mieć za szwagra jakiegoś gbura, jeśli mogę mieć tak dobrego, pięknego młodzieńca?

– Tylko gbura! – odpowiedział Szwarcer. – Jedynie gbura, nikogo więcej! Słyszysz, co się do ciebie mówi? Czy byłabyś zadowolona, gdyby to Gabriel został twoim mężem? Już wszystko było umówione, jednak gdy tylko stanąłem w progu, wszyscy zapomnieli o jego istnieniu! I masz tu przykład, nikt go już nawet nie pamięta. I ze mną będzie tak samo, jeśli Józef zostanie zięciem Fridmana.

– A czy wszyscy są tacy jak ty? – zapytała żona. – Myślisz, że on cię potraktuje tak, jak ty potraktowałeś Gabriela? Gdybyś się tak nie uczepił Józefa, moglibyście zostać najlepszymi przyjaciółmi. Co cię obchodzi, że ktoś będzie szczęśliwy? Bogu dzięki, że ojca stać na to, żeby znaleźć Rozie takiego męża, na jakiego zasługuje. A ty się upierasz, że ma sobie znaleźć gbura. Nie, nie uda ci się to.

– Głupia! – wrzasnął Szwarcer, a jego krzywe nozdrza wydęły się z wściekłości. – Z głupią nie ma co mówić. Nie masz rozumu, to nic nie mów!

Żona była przyzwyczajona do takich uwag, więc je przemilczała.

 – W swaty nie wolno się mieszać – powiedziała Lejke. – Kto wie, może są sobie przeznaczeni? 

– Przeznaczeni? – powtórzył Szwarcer ze śmiechem. – Już ja mu pokażę, co to znaczy przeznaczenie. Wyrzucę tego zapyziałego jeszybotnika na bruk! A cóż to niby wielkiego? Mam się bać każdej łazęgi, która przychodzi do naszego domu? Nie! Będzie tak, jak ja chcę!

Szwarcer wstał i zaczął krążyć po pokoju, a Lejke podała w tym czasie kolację. Mężczyzna rzucił się do stołu i zaczął jeść zachłannie, wsadziwszy cały nos do misy. Już nie raz żona i teściowa prosiły go, by jadł jak człowiek. Nie raz wesoła Ruchame przedrzeźniała go podczas posiłku. Ale jego to nie obchodziło. 

– Oni wszyscy są jak psy! – mawiał. – Ze mnie się śmieją, a to ja jem jak człowiek, a oni jak świnie.

– Kogo właściwie nazywasz świniami? – zapytała go raz żona, gdy po raz setny użył tego porównania. 

– A nawet jeśli mam na myśli twoich rodziców, to co? – odpowiedział z wściekłością. – A jeśli i ciebie, to czy mówię nieprawdę? Wszyscyście niewarci podeszwy moich butów. Gdzie wy, a gdzie ja? 

– Oho – odparła żona – też mi paryski kupiec. A ja pamiętam ten przykrótki surducik, w którym się tu zjawiłeś.

Ale cóż z tego? Nos można przecież wytrzeć, a twarz umyć. Lepiej milczeć. I Lejke nauczyła się milczeć. Odjęła teraz od piersi niemowlę i położyła je w kołysce:

– Och, dziecko! Jeśli miałbyś wdać się w ojca, to już lepiej, żebyś był umarł w moim łonie. Jeśli twoja żona musiałaby cierpieć tak jak ja, to już wolałabym chyba pogrzebać cię jako niemowlę.

Niemal czuć, jak złamane jest serce matki, kiedy szepcze dziecku takie błogosławieństwa nad kołyską, podczas gdy obok stoi anioł, który naucza je przez sen. Matka, która wyszeptała te słowa, zna i czuje swoje rany. My zatem musimy zamilknąć. 

4. GOŁDA

5. BOGOBOJNE KOBIETY

6. JÓZEF I MOSZE SZNEUR

7. JÓZEF I ROZA

 

Oryginalny tytuł powieści:

 הנאהבים והעימים, אָדער: דער שוואַרצער יונגערמאַנטשיק 

(Ha-neehawim weha-neimim, oder: Der szwarcer jungermanczik)

w dosłownym tłumaczeniu brzmi: Ukochani i mili albo Czarny młodzieniaszek