Kochaj się ze swoim wrogiem

Na początku lat dziewięćdziesiątych śpiewali, że „seks w szabat jest koszerny”. Dziś mają po pięćdziesiąt lat i wciąż zdarza im się powiedzieć, że gdyby mogli, przespaliby się z każdym. Propokojowo oczywiście, bo ich recepta jest prosta: sypianie z wrogiem, łączenie ze sobą sprzeczności. Jest więc armia i są kochankowie. Army of Lovers – być może drugi po Abbie najbardziej znany szwedzki zespół, z całkiem pokaźnym żydowskim dywizjonem.

 

Szwedzkie przebieranki

Kiedy w 1837 roku w Anglii na tronie zasiadła królowa Wiktoria, rozpoczęła się epoka zapamiętana jako ta, w której role społeczne przydzielane były według kryterium płci, a przejawy cielesności klasyfikowano jako niedopuszczalne seksualne zachęty. Mniej więcej w tym samym czasie jedną z popularnych rozrywek szwedzkiej socjety było odwiedzanie więziennej celi w Marstrand na zachodnim wybrzeżu kraju. Zajmował ją mężczyzna, który do historii przeszedł pod dwoma imionami – męskim Lasse (zdrobnienie od Larsa) i żeńskim Maja.

Lasse-Maja urodził się w 1785 roku w środkowej Szwecji, sto kilometrów od miasta Västerås, w którym w 1947 roku powstanie pierwszy sklep odzieżowego giganta H&M. W rodzinnej wiosce został zapamiętany jako niepałający chęcią do pracy żartowniś, który dość szybko znalazł sobie dochodowe i wymagające minimalnego wysiłku zajęcie. Razem ze swoją sympatią Mają Andersdotter okradał pobliskie domostwa, żeby w wieku dziewiętnastu lat – już po odbyciu swojego pierwszego wyroku – wyjechać do Sztokholmu, gdzie widoki na karierę kryminalną wydawały się być lepsze. Kilka razy trafiał do więzienia, ale za każdym razem uciekał. Skuteczność akcji rabunkowych miał zawdzięczać przede wszystkim temu, że przebierał się za kobietę – usypiało to czujność okradanych, a także pozwalało niezauważenie oddalić się z miejsca przestępstwa. Dopiero kradzież kościelnego srebra nie uszła mu na sucho – w 1813 roku dostał za nią wyrok dożywocia. W więzieniu jego osobowość szybko zaczęła wzbudzać ciekawość, do tego stopnia, że pozwolono mu nawet przyjmować gości, z reguły zamożnych Szwedów, którzy za opłatą mogli usłyszeć opowieści z jego kryminalnej przeszłości. W 1833 roku Lasse-Maja opublikował nawet swoją autobiografię. Można przypuszczać, że jego sława przyczyniła się też do tego, że król Karol XIV Jan (pierwszy władca wywodzący się z francuskiej mieszczańskiej rodziny Bernadotte, który na szwedzkim tronie znalazł się dzięki wsparciu Napoleona) skrócił mu wyrok i pozwolił spędzić resztę życia na wolności i w dostatku. Lasse-Maja przez kilka kolejnych lat podróżował po kraju i zabawiał Szwedów historyjkami z życia rabusia. Ale to nie tylko wyjątkowa zręczność w złodziejskim fachu sprawiła, że Lasse-Maja stał się najpierw bohaterem ludycznej wyobraźni i ballad, a w końcu na dobre zapisał się w szwedzkiej pamięci.

Historia życia opowiedziana przez samego Lassego-Maję sugeruje, że przebieranie się za kobietę nie było dla niego wyłącznie strategią, jaką przyjął, by stać się najlepszym w swoim fachu złodziejem. Scena, w której opisuje, skąd wziął się pomysł na dokonywanie kradzieży w kobiecym stroju, przypomina bardziej coming-out mężczyzny przyłapanego przez swoją kochankę na przymierzaniu damskich fatałaszków. Jego zachowanie nie spotyka się jednak z jej przerażeniem, lecz pełną akceptacją, a wręcz zachętą do tego, żeby robił to dalej.

Pewnego dnia wpadłem na pomysł nałożenia na siebie jej ubrań, a kiedy skończyłem, ona właśnie wróciła. „Na Boga!”, westchnęła. „Jakże pięknie wyglądasz w kobiecym ubraniu”, powiedziała i zawołała swoich rodziców, żeby zobaczyli, jak dobrze Lasse prezentował się w jej garderobie.

Dziś badacze uznają Lassego-Maję za pierwszego szwedzkiego cross-dressera, a być może i transwestytę.

 

Wysokie obcasy

Piosenka nazywa się Judgement Day i tak jak połowa wszystkich pozostałych, tytułem nawiązuje do religii. Druga połowa zawiera słownictwo militarystyczne, choć i tak wiadomo, że chodzi o seks i jego niewyszukane metafory. W teledysku trójka wokalistów z wypchanymi brzuchami, w dodających dramatyzmu porodowych skurczach śpiewa o karze, jaka spotka dawnego kochanka. Zespół to Army of Lovers, a postaci pojawiające się w wideoklipie to Jean-Pierre Barda (w kabaretowej sukni z lat trzydziestych, sznurze długich korali i ulizanym puklem włosów na policzku), Alexander Bard (leżąc na marach rodzi buldoga, na długo przed tym, jak dwadzieścia lat później rasa ta stanie się atrybutem it-girls z Instagrama) i Michaela de la Cour (wsuwką wyjętą z welonu zabija pluszowego psa). W 1992 roku MTV emitowała Judgement Day tylko w ocenzurowanej wersji. – W Szwecji z takiej pruderyjności się śmiejemy – mówi Jean-Pierre.

Army of Lovers mogłaby uchodzić za antonim pruderyjności. Grupa powstała w 1987 roku, piętnaście lat po tym, jak Szwecja stała się pierwszym krajem na świecie, który pozwolił osobom transseksualnym na formalną zmianę płci, prawa homoseksualistów były powszechnie respektowane, a Szwedzi na całym świecie cieszyli się reputacją bezwstydnego, wyzwolonego seksualnie społeczeństwa. Alexander Bard (swoje prawdziwe imię Magnus zmienił, bo nie kojarzyło się z show-biznesem) najpierw, będąc jeszcze studentem, na życie zarabiał seksem za pieniądze, a potem w sztokholmskim klubowym światku zaistniał jako drag queen Barbie, sekretne dziecko Marilyn Monroe i Johna F. Kennedy’ego. Wkrótce do anturażu Barbie dołączyli Jean-Pierre Barda i Camilla Henemark, która zasłynie potem z romansu z królem Szwecji Karolem Gustawem (ona przypłaci to depresją, a on poinformuje opinię publiczną, że razem z żoną, królową Sylwią, uznają wybryk za stare dzieje). Nazwę Army of Lovers wzięli od tytułu dokumentu niemieckiego reżysera i aktywisty Rosy von Praunheima Armee der Liebenden oder Aufstand der Perverse (Armia kochanków lub powstanie zboczeńców), który opowiada o walce kalifornijskich gejów o swoje prawa w latach siedemdziesiątych.

Ich wizerunek od początku miał być kontrowersyjny, ale i zabawny. Po wielu latach Jean-Pierre przyzna, że nieświadomie czuli kompleks Abby.

Standardowa fotografia zespołu z czasów ich największej popularności przedstawia wokalistkę (przez cały okres istnienia Army of Lovers zmieniały się trzy razy) w gorsecie, z którego wylewa się biust, i Jeana-Pierre’a z Alexandrem, którzy patrzą na nią lubieżnym wzrokiem, najczęściej też za ten biust chwytając. Generalnie na jakie zdjęcie by nie patrzeć, biust musi się wylewać, a makijaż – pań i panów – ma być przerysowany, teatralny. Niemiecki magazyn „Pop rocky” nazywa ich „rajskimi ptakami” i donosi, że przygotowanie stylizacji do wyjścia na scenę zajmuje artystom trzy godziny. Wywiadów nie udzielają bez swoich kostiumów i nieodzownych wysokich obcasów. Dziś przyznają, że chodzenie w szpilkach to ich największy talent, bo śpiew wychodzi im tak sobie. Podczas występów poruszają tylko ustami do podkładu muzycznego. W teledysku do Ride the bullet reżyser daje im dziecięce instrumenty, żeby zabawić się konwencją zespołu, którego członkowie nie mają pojęcia o graniu. Kiedy są u szczytu sławy, to jednak nie talent muzyczny, a właśnie prowokacyjny wizerunek, podsycany kontrowersyjnymi wywiadami, liczy się najbardziej. Alexander zwierza się, że jest biseksualny i sprzedał swoje nasienie. Michaela de la Cour, następczyni La Camilli (która, jeśli wierzyć ówczesnej kolorowej prasie, opuściła szeregi Army przez to, że stała się zbyt sławna poza zespołem), twierdzi, że Jeana-Pierre’a i Alexandra poznała dlatego, że wysłała im swój biustonosz. Rozmiar 80D uznali za bardzo dobry.

Ale kontrowersja otaczająca Army of Lovers dotyczyła nie tylko kwestii obyczajowości. W Judgement Day Jean-Pierre bierze na ręce urodzonego przez Alexandra buldoga i recytuje modlitwę Szema. Ich największy hit, Israelism, sampluje tradycyjną żydowską pieśń Hewejnu szalom alejchem, a jego tekst stanowi ciąg nawiązań do wydarzeń z Biblii, postaci historycznych i oczywiście seksu. „Rynek diamentów w getcie / Gwiazda Dawida na klacie / Seks w szabat jest koszerny / Żydowska księżniczka na chacie / Jak ciocia Golda na Syjonie wysoko / Mleko i miód to moje dragi”. Jasne jest, że taki strumień świadomości mógł wypłynąć tylko od kogoś wychowanego w tradycji i kulturze żydowskiej.

 

Ziemia Święta

– Znamy się od ponad dwudziestu pięciu lat, a nigdy nie mówiłeś mi o swoim żydowskim pochodzeniu – w 2017 roku szwedzki dziennikarz pyta Jeana-Pierre’a. Rozmawiają w Tel Awiwie, Jean-Pierre jest ole chadasz, nowym emigrantem, i przed mikrofonem liczy po hebrajsku do dziesięciu.

Jean-Pierre do siódmego roku życia mieszkał w Paryżu. Jego ojciec był algierskim Żydem, z zawodu cyrulikiem. Matka, Szwedka, przeszła dla niego na judaizm. Po przeprowadzce do Sztokholmu Jean-Pierre chodził do żydowskiej szkoły, należał do młodzieżowego ruchu Bnei Akiwa. Był wzorowym uczniem, „małym żydowskim chłopczykiem w okularach”, jak sam o sobie mówi. Wspomina, że w podstawówce jego idolem był Yves Saint Laurent. W wieku trzynastu lat zaczął się zastanawiać, czy jest bi, czy może jednak homo. Trzy lata później wyprowadził się z domu i przez kolejnych piętnaście nie rozmawiał z rodzicami. To oni, kiedy dowiedzieli się, że jest gejem, sami spakowali jego walizkę.

– Nakręciłem film o osobie, która szuka domu – mówi reżyser Asaf Galay, którego Army of Lovers in the Holy Land podczas zeszłorocznego festiwalu filmowego w Hajfie został uznany za najlepszy izraelski dokument. „Haaretz” pisał, że wprowadził „świeże, wesołe i wybitnie przyjemne tempo pośród filmów, które poruszały ważne tematy, ale wpędzały w depresję, jakiej izraelska rzeczywistość przysparza non-stop”. Rodziną Jeana-Pierre’a przez wiele lat był zespół. Jednak ostatnie pięć lat to czas rozpadu Army of Lovers, każdy ma swoje własne projekty, każdy idzie w inną stronę. W 2018 roku w Rydze zapowiedzieli, że to ich ostatni występ.

Oglądając fragmenty tego ostatniego koncertu, refleksja, że to czas, aby zejść ze sceny, przychodzi szybko. Choć Jean-Pierre biega po scenie w złotych majtkach i kozakach na szpilce, to ani w stroju Dominiki Peczynski (ostatniej wokalistki Army), ani Alexandra nie ma już cienia dawnej ekstrawagancji. Alexander, po wielu latach zaznawania uroków bycia gwiazdą i zasiadania w jury szwedzkich talent shows, angażuje się teraz głównie w komentowanie bieżącej polityki i społeczeństwa. Na Twitterze śledzi go ponad dziewięćdziesiąt tysięcy osób, co pozwala mu śmiać się z samozwańczych guru Instagrama, a także uwielbianej w Szwecji prorokini ekologicznej apokalipsy, 16-letniej Grety Thunberg, nazywanej przez niego Gretamaguchi. Dominika prowadzi w Sztokholmie agencję PR i stateczne życie u boku dawnego ministra finansów, który swoje najbardziej bolesne medialne pięć minut przeżywał po głośnej imprezie sprzed dwóch lat, podczas której nabrał ochoty na porównywanie rozmiarów swojego przyrodzenia z innymi gośćmi. Jean-Pierre przyznaje, że choć w Izraelu czuje się fantastycznie, to właśnie zaznanie – pierwszy raz w życiu – spokoju ducha sprawiło, że zaczął rozliczać się ze swoją przeszłością i wpadł w depresję. W filmie łamie mu się głos, ale czasami udaje mu się do tematu aliji podejść z większym humorem. W nowej ojczyźnie ceni sobie łatwy dostęp do trawki i relacje międzyludzkie. – Jeśli jutro bym tutaj umarł, w ciągu tygodnia ktoś by się zorientował. W Szwecji zajęłoby to co najmniej dwa tygodnie – śmieje się.

Przed Army of Lovers Jean-Pierre pracował jako fryzjer. Nawet kiedy zespół był u szczytu sławy, nie rezygnował z zawodu, który był dla niego jak wentyl bezpieczeństwa i odskocznia do normalności. Czasem prosto z lotniska jechał do salonu, w którym pracował. W artykułach o nim zawsze pada zdanie, że czesał między innymi szwedzką rodzinę królewską. Kiedy przestał regularnie koncertować, fryzjerstwem zajął się na pełen etat. – Kiedy usłyszałem, że chce przeprowadzić się do Izraela, byłem w szoku, myślałem, że żartuje – mówi Asaf Galay, który film o Army of Lovers zaczął reżyserować tuż przed podjęciem przez Jeana-Pierre’a decyzji o wyjeździe. – W Sztokholmie miał własny salon fryzjerski, piękne pięciopokojowe mieszkanie, regularnie pojawiał się w telewizji. Myślałem, że skończymy film na tym, że Jean-Pierre chce wrócić do Szwecji, że jest mu źle w Izraelu. Ale tak się nie stało.

aol from naama pyritz on Vimeo.

 

Fanklub

Galay prace nad filmem zaczął już w latach dziewięćdziesiątych. Poniekąd. – Stworzyłem fanklub zespołu, szalenie popularny, należały do niego aż dwie osoby – śmieje się. Nastolatkowi w tamtych czasach nie wypadało przyznawać się do słuchania czegokolwiek poza Nirvaną czy Pearl Jam, ale Asaf uwielbiał akurat Crucified i Israelism, który do dzisiaj jest jego ulubionym kawałkiem. Potem wybuchła afera z teledyskiem, bo komisja Knesetu do spraw przeciwdziałania antysemityzmowi, mimo że klipu nie widziała, dopatrzyła się w nim obrazy uczuć Żydów w Izraelu i za granicą. Asaf poczuł się zobowiązany przeprosić i zaprosić Army of Lovers na koncert do Izraela, zapewniając, że zespół ma tam wielu fanów. – Nie dostałem żadnej odpowiedzi, ale nie poddawałem się, wysyłałem listy dalej, jak na dobrego żydowskiego chłopca przystało: a to z życzeniami Szana Towa, a to z jakiejś innej okazji. Potem przerzuciłem się na e-maile. Też pozostawały bez odzewu. W końcu cztery lata temu dostałem wiadomość, że dziękują mi za wszystkie moje listy i że musimy się spotkać, najlepiej w Sztokholmie.

Asaf Galay nie był jedynym reżyserem, który zabiegał o nakręcenie filmu o Army of Lovers, ale Alexander Bard (choć sam nie ma żydowskich korzeni) uznał, że to właśnie pomysł izraelskiego twórcy na pokazanie synergii popkultury i żydowskiej tradycji najbardziej go przekonuje. Potem okazało się jeszcze, że Jean-Pierre nie żartuje na temat swojej aliji, więc żydowska tożsamość wysunęła się na pierwszy plan, także dzięki Dominice Peczynski.

Dominikę, która do zespołu dołączyła w 1992 roku, z Jeanem-Pierrem łączy wiele podobieństw. Tak jak on nie urodziła się w Sztokholmie, jej rodzice przeprowadzili się do Szwecji, kiedy miała siedem lat. Jej matka, Żydówka, Zagładę przeżyła w Związku Radzieckim. Tak jak Jean-Pierre chodziła do żydowskiej szkoły, tak jak pozostałe wokalistki została przyjęta do Army of Lovers, bo lepiej wyglądała, niż śpiewała. Cały najbardziej aktualny skład Army of Lovers, jak przyznaje Jean-Pierre, ma bardzo liberalne poglądy. „Dominika i ja korzeniami tkwimy jednak w czymś, co nie jest bardzo liberalne – oboje dorastaliśmy w konserwatywnych, żydowskich rodzinach”, mówi w wywiadzie dla „Haaretzu”. Dominika stwierdza z kolei, że żydowskie zapożyczenia w ich piosenkach to próba dodania judaizmowi nieco glamouru.

– Żydowskie motywy to nie tylko Israelism i Judgement Day. W Crucified są nawiązania do proroka Ezechiela, jest Mojżesz. Oni czytają Biblię na swój sposób – mówi reżyser Army of Lovers in the Holy Land.

Army Of Lovers Israelism from shebo0000 on Vimeo.

 

Więcej (seksu)

Działalność Army of Lovers jest póki co zawieszona, choć grupa nie wyklucza sporadycznych występów – jak zwykle – z playbacku. Kiedy Army of Lovers in the Holy Land pokazano w izraelskiej telewizji, pierwszy raz w historii zdarzyło się, że ktoś zhakował stronę nadawcy po to, żeby zobaczyć film dokumentalny. Okazało się, że byli to czescy fani zespołu. Druga fala popularności trwa.

Według oceny samego zespołu najlepszą sceną w filmie Galaya jest ta, w której Alexander i Dominika po przylocie do Tel Awiwu leżą na łóżku Jeana-Pierre’a i wypytują go o jego życie seksualne w nowym mieście. Po premierze stwierdzili również, że może lepiej by było, gdyby w filmie mówili więcej o seksie. W końcu ich dewizą nieprzypadkowo jest „more is more, less is bore”, czyli im więcej, tym lepiej, a im mniej, tym nudniej.